31
sty
2017

KOBIETY, KTÓRE KOCHAJĄ ZA BARDZO….

Osoba, która kocha za bardzo, posiada wiele specyficznych cech, które powodują uzależnianie się od związku i drugiej osoby w toksyczny sposób. Im więcej takich cech przejawia dana osoba, tym trudniej jej wyrwać się z niekorzystnej relacji. Jakie więc cechy posiadamy, kiedy kochamy za bardzo?

• Nisko oceniasz siebie
Nie uważasz się za osobę zasługującą na miłość i szacunek. Negatywnie oceniasz siebie i własne możliwości. Masz niską samoocenę. Cechuje Cię nastawienie na opinie płynące z otoczenia. Od nich uzależniasz własną wartość. Możesz uważać się za osobę gorszą i nie protestujesz jeżeli partner źle Cię traktuje.

• Obwiniasz siebie za wszystkie niepowodzenia w związku.
Jak pisze Robin Norwood w swojej książce: „Gdy spotykają nas rzeczy emocjonalnie dotkliwe i gdy powiemy sobie, że przyczyny należy szukać w nas samych, w „tunelu błyska światełko”. Panujemy znów nad sytuacją. Wystarczy coś zmienić, a ból ustanie. Podobny mechanizm działa w kobietach, które kochają za bardzo. Obwiniając siebie o wszystko nie tracą nadziei: trzeba jedynie wpaść na to, co się robi „nie tak”, i skorygować postępowanie, a sprawy ułożą się pomyślnie” Obwiniając siebie, czujemy, że mamy wpływ na bieg wydarzeń i mamy kontrolę nad sytuacją. To rodzi nadzieję, że będziemy w stanie tak zmienić poprzez własne zachowanie partnera, że osiągniemy sukces i związek zmieni się na lepsze.

• Starasz się za wszelką cenę „uratować” toksycznego partnera
Poświęcasz się nadmiernie w relacji i wierzysz, że potrafisz zmienić swojego partnera siłą własnej miłości i przywiązania. Ciągle masz nadzieję, że otrzymasz od partnera to czego oczekujesz i związek się poprawi. Starasz się zaspokajać jego oczekiwania i wykazujesz wyrozumiałość, nawet jeśli partner Cię lekceważy i źle traktuje. Tłumaczysz partnera ze wszystkiego co negatywne: „on jest taki bo miał trudne dzieciństwo”, „ nikt nie nauczył go jak kochać, ale ja to zmienię”. Kochając za bardzo łudzimy się, że w oschłym partnerze będziemy w stanie obudzić żywe uczucia. Wierzymy, że siłą naszej miłości na pewno uda nam się go zmienić na lepsze.

• W związku kierujesz się nie tyle realną sytuacją, a swoimi marzeniami i wyobrażeniami.
„Kiedy kochamy za bardzo, przebywamy w świecie urojonym, gdzie zamiast mężczyzny, który przynosi nam tyle cierpień i rozczarowań, pojawia się ktoś, kim on na pewno będzie, jeżeli tylko mu pomożemy. W gruncie rzeczy nie wiemy nic o szczęściu. Nie doświadczyłyśmy nigdy zaspokojenia naszych emocjonalnych potrzeb. Toteż ów bajkowy świat jest wszystkim, czego ośmielamy się dla siebie żądać.” Związek osoby, która kocha za bardzo opiera się na jej wyobrażeniach o tym jak może być, gdy tylko uda się jej zmienić partnera, w taki sposób, aby otrzymać to czego się potrzebuje. Nie skupiamy się na realnych faktach. Ignorujemy to, że partner nie okazuje nam uczuć, staramy się ze wszystkich sił, aby zdobyć jego względy, bez względu na koszty.

• Obsesyjnie uzależniasz się i przywiązujesz do mężczyzny
Przywiązanie do mężczyzny pozwala unikać wewnętrznej pustki. „Im więcej ktoś przysparza nam cierpień, tym bardziej nas odrywa od smętnej rzeczywistości. Związek katastrofalny działa w istocie niczym silny środek oszałamiający”. Bez osoby, od której jesteśmy uzależnieni, czujemy się jak narkoman na głodzie.

• Przyciągają Cię osoby trudne. Wikłasz się w skomplikowane relacje.
Przez takie uwikłanie, unikamy przyjrzenia się własnemu życiu. Często możemy uciekać od własnych nierozwiązanych problemów. Jeżeli kochamy za bardzo, jesteśmy wyczuleni na potrzeby i oczekiwania drugiej osoby, całkowicie ignorując własne wnętrze. Skupiamy się na innych, poświęcamy się w relacji z drugą osobą, nie dbając o własne potrzeby i interesy. Wybieramy osoby trudne, specyficzne, o ciężkim charakterze, z którymi stwarzamy toksyczne związki.

• Nie podobają Ci się mężczyźni zrównoważeni, życzliwi i wyraźnie Tobą zainteresowani. Uważasz ich za nudnych.
Osoby spolegliwe i ułożone, nie zapewniają takich emocji, jak osoby trudne. Wierzysz, że swoją miłością przemienisz osobę nieprzystępną i zamkniętą w sobie, lub wybuchową i agresywną. Osoba przyjazna i zainteresowana Tobą, zostaje najczęściej przez Ciebie zignorowana.

• Wychowałaś się w rodzinie dysfunkcyjnej. Masz tendencję do odtwarzania we własnym związku, trudnych sytuacji znanych z domu rodzinnego.
Jeżeli jako dziecko, obserwowaliśmy patologiczne wzorce zachowania, przyswajamy je i szukamy w swoim życiu sytuacji podobnych do tych już nam znanych. Dlatego często kobiety, które wychowały się w rodzinie z problemem alkoholowym, same wchodzą w związki z alkoholikami.

• Możesz często popadać w melancholijne stany lub depresję.
Związek z osobą trudną, odciąga Cię od zajęcia się własnymi, nieprzepracowanymi problemami. Zapewnia odpowiednią dawkę adrenaliny i może odwrócić uwagę od przykrych przeżyć wewnętrznych, związanych ze stanami depresyjnymi.

• Boisz się panicznie odrzucenia i robisz wszystko, żeby związek trwał nadal.
Uważasz, że musisz sobie zasłużyć na miłość partnera. Podporządkowujesz się jego potrzebom, rezygnując z własnych. Starasz się za wszelką cenę utrzymać związek, nawet jeżeli jest on bardzo destrukcyjny.

Jeżeli mamy niską samoocenę i kochamy za bardzo, często funkcjonujemy w taki sposób, że chodząc na spotkania i randki, staramy się aby to druga osoba świetnie się na nich bawiła i czuła satysfakcję, a kompletnie nie zastanawiamy się nad tym jak my czujemy się z tym konkretnym człowiekiem. Całą energię poświęcamy na przyciągnięciu uwagi drugiej osoby, zapominając o własnym samopoczuciu. Głównym celem jest zrobienie dobrego wrażenia i uczynienie wszystkiego co w naszej mocy, żeby utrzymać przy sobie partnera, nawet jeśli on wyraźnie nie jest nami zainteresowany. W takiej sytuacji wręcz podwajamy swoje wysiłki, byleby tylko uzyskać odrobinę uwagi i aprobaty. Jesteśmy gotowi nawet poniżać samych siebie, byle tylko druga osoba chciała z nami pozostać. Ciągle zadajemy sobie pytanie: „Na ile on mnie kocha i potrzebuje”, rzadko zaś myślimy o tym, czy nam tak naprawdę na partnerze zależy.
Osoby, które kochają za bardzo, często popełniają podstawowy błąd usiłując stworzyć związek z partnerem, bez stworzenia najpierw dobrej relacji sami ze sobą. To jest natomiast podstawą. Jeśli chcemy mieć zdrowe i dobre relacje z drugim człowiekiem, najpierw musimy mieć dobrą relację sami ze sobą. Niskie poczucie własnej wartości i brak akceptacji siebie mogą przyczyniać się do wyboru niewłaściwego partnera i do trwania w niekorzystnych relacjach.

Jak wyzwolić się z kochania za bardzo?

ciąg dalszy dostępny na http://magazyntuiteraz.pl/kobiety-ktore-kochaja-za-bardzo/

3_12-589x458

Czytaj więcej ...
Czytaj mniej ...
27
sty
2017

WORK-LIFE BALANCE TO MIT. DLACZEGO RÓWNOWAGA JEST NIEMOŻLIWA?

„Dla większości przedsiębiorców problem nie polega na tym, że nie mogą znaleźć równowagi –  chodzi o to, że dla startupowców praca jest życiem prywatnym. KŁOPOTY ZACZYNAJĄ SIĘ, GDY PRÓBUJE SIĘ ŹLE DEFINIOWAĆ „ŻYCIE PRYWATNE” JAKO DZIEDZINĘ, NA KTÓRĄ NALEŻY WYGOSPODAROWAĆ CZAS.

work-life-balance

 

„…ciężarem, który spada na barki początkujących przedsiębiorców jest stres – nieumiejętność radzenia sobie z nim prowadzi do coraz mniej efektywnego zarządzania organizacją, a to z kolei przekłada się na poczucie winy. BY ODRABIAĆ STARTY, JAKIE GENERUJE FIRMA, ZACZYNAMY PRACOWAĆ CORAZ DŁUŻEJ, A GDY NIE OSIĄGAMY OCZEKIWANYCH EFEKTÓW, POPADAMY W BŁĘDNE KOŁO.”

„Commagere radzi więc, by PRZEDE WSZYSTKIM NAUCZYĆ SIĘ ZARZĄDZAĆ STRESEM – to pomoże w podniesieniu produktywności i efektywności. W jaki sposób? ZDROWO SIĘ ODŻYWIAJ, ODPOCZYWAJ TYLE, ILE POTRZEBUJESZ I WYGOSPODARUJ W CIĄGU KAŻDEGO DNIA CHWILĘ NA TO, BY NIC NIE ROBIĆ – pisze. Dzięki temu, ZAMIAST WYDZIELANIA CZASU NA ŻYCIE PRYWATNE, Commagere ZARZĄDZANIE STRESEM TRAKTUJE JAKO CZĘŚĆ PRACY.”

cały artykuł dostępny pod adresem:

http://natemat.pl/136359,work-life-balance-to-mit-dlaczego-rownowaga-jest-niemozliwa

zatem:

JAK OSIĄGNĄĆ RÓWNOWAGĘ MIĘDZY PRACĄ A ŻYCIEM OSOBISTYM

Odwołujesz spotkanie z przyjaciółmi, bo musisz zostać dłużej w pracy. Wychodzisz z biura po 21.00. Zabierasz pracę do domu i w weekend siedzisz nad tabelkami i raportami. Nawet jeśli jesteś w domu, to i tak myślisz o tym, co jutro masz do zrobienia w pracy. A nagle zauważasz, że to już nie dzieje się raz na jakiś czas, lecz codziennie.

Łatwo jest zapomnieć o naszym życiu osobistym, szczególnie gdy bardzo nam zależy na pracy. Poza tym, zawsze jest coś do zrobienia, prawda? Ale pamiętasz przysłowie, które mówi, że jeszcze nikt nigdy na łożu śmierci nie żałował, że nie spędził więcej czasu w biurze?

Oto kilka porad dotyczących zachowania równowagi między pracą a życiem osobistym:

  1. Zdecyduj, co jest dla ciebie najważniejsze w życiu.Jak chciałbyś, by znajomi wspominali cię, gdyby cię zabrakło? Co by najbardziej pamiętali? Cokolwiek to jest, zwróć uwagę jak wiele masz tego obecnie w swoim życiu. Jeśli nie wystarczająco – w jaki sposób możesz zacząć mieć tego więcej?
  1. Stwórz wizję swojego idealnego stylu życia.Zaplanuj jak ma wyglądać twoja praca, twoje życie prywatne, twój dom, twoje relacje z ludźmi, twoje ciało, wszystko. Jeżeli nie wiesz dokąd idziesz, jakim cudem masz tam dojść
  1. Jeżeli pracujesz – pracuj na 100{4f3fbaa0b0a688a14b7fa5af141770d8d7456904fd2bf6a43a1d33965573b5c6}, jeżeli się bawisz – baw się na 100{4f3fbaa0b0a688a14b7fa5af141770d8d7456904fd2bf6a43a1d33965573b5c6}.Jeżeli za każdym razem wychodząc z pracy nadal o niej myślisz, jeśli codziennie masz włączony służbowy telefon całą dobę, a twoja praca bynajmniej nie polega na ratowaniu ludzkiego życia, jeżeli zabierasz na urlop laptopa i sprawdzasz służbowe maile wieczorami – to symptomy zatarcia granicy między pracą a życiem prywatnym. Nie ma osób niezastąpionych – choć może wolałbyś tak o sobie myśleć – zatem poświęć czas tylko na zabawę i odpoczynek, gdy masz na to okazję. Będziesz mieć dzięki temu więcej energii i radości życia.
  1. Zaplanuj swój wolny czas.Ile dni w tygodniu chcesz pracować? Ile urlopu masz jeszcze w tym roku i jak zamierzasz go spędzić? Jeśli nie ustalisz tego wcześniej, jest szansa, że znowu praca pochłonie cały twój czas, a przecież chcesz to zmienić. Umów się z kimś, kto jest dla ciebie ważny, że spędzicie razem urlop. Będziesz miał dodatkowy motywator, aby dotrzymać tego, co sobie postanowiłeś.
  1. Stawiaj sobie cele zawodowe oraz osobiste.Poświęć chwilę, aby sprawdzić kilka ostatnich miesięcy w kalendarzu i zobacz jak wiele zapisów odnosi się do pracy. Jeśli ponad ¾ zapisów wiąże się z pracą – zadbaj o to, by wprowadzić więcej równowagi do swojego życia. Zacznij ustalać sobie na każdy dzień – oprócz celów zawodowych – przynajmniej jeden cel osobisty. Tak drobna rzecz zwiększy już równowagę w twoim życiu.
  1. Uprawiaj regularnie sport.Znajdź taki rodzaj aktywności ruchowej, która najbardziej ci odpowiada i rób to regularnie! Ludzie sukcesu zawsze dbają o swoją kondycję i zdrowie poprzez ćwiczenia fizyczne. Dołącz do nich! Półtorej godziny na siłowni w ciągu dnia pozwoli ci poczuć, że masz ciało, które lubi się ruszać. Przy okazji rozładujesz stres i zadbasz o wygląd.

Beata Rzepka, Coach Kariery

work-balance-life-balance

 

 

Czytaj więcej ...
Czytaj mniej ...
29
gru
2016

JAK STAWIAĆ SOBIE CELE? I JAK JE SKUTECZNIE OSIĄGAĆ?

„OKAZJE NIE ZDARZAJĄ SIĘ, TO TY JE TWORZYSZ.” – Chris Grosser

Zastanów się, ile razy próbowałeś schudnąć, zacząć się zdrowo odżywiać, rzucić palenie czy postawić na rozwój swojej kariery zawodowej i… jakoś nic z tego nie wyszło?

Istnieją różne powody porażki: słaba silna wola, źle postawiony cel albo po prostu… brak celu.

Wyobraź sobie teraz kapitana dużego statku, który wypływa w morze i nie wie, jaki jest cel jego podróży. Po prostu płynie przed siebie, albo dryfuje bez pomysłu po oceanie. Mimo iż  ma ogromny potencjał w postaci dużego i mocnego statku, to wcale go nie wykorzystuje. Równie dobrze mógłby płynąć na tratwie, bo w obu przypadkach prawdopodobnie nie dopłynie nigdzie.

Tak samo jest z Tobą i Twoim osiąganiem celów. Masz ogromny potencjał, który często marnujesz dryfując przez życie, zamiast świadomie płynąć do celu.

Co zrobić by to zmienić? 7 poniższych kroków na pewno Ci w tym pomoże.

1. Tylko Ty ponosisz odpowiedzialność za swoje życie.

Najtrudniejsze stwierdzenie, z którym jednak musimy się pogodzić to fakt, że nikt inny nie ponosi odpowiedzialności za nasze życie. I im szybciej to zrobimy, tym prędzej skutecznie przejdziemy do realizacji naszych zamierzeń.

Uwielbiamy narzekać na swoje życie. Jednak jeszcze bardziej lubujemy się w zrzucaniu winy za obecny stan rzeczy na innych. Albo na cały świat. Wiadomo, cała ziemia jest przeciwko Tobie, nikt o Ciebie nie dba i wszyscy się na Ciebie uwzięli.

Niestety tego typu podejście do niczego nie prowadzi. Musisz wbić sobie do głowy, zapisać na czole albo wyryć w granicie:

Tylko ja odpowiadam za własne życie. A przede wszystkim za moje reakcje na to, co mnie spotyka.

Zacznij świadomie kontrolować swoje myśli, emocje i zachowania. I weź sprawy w swoje ręce, zamiast tylko siedzieć i narzekać.

2. Stawiaj przed sobą cele. I nie poprzestawaj na marzeniach.

Marzenia są fajne i na pewno warto je mieć, ale samo ich posiadanie nie gwarantuje nam sukcesu. Musimy jeszcze robić co w naszej mocy, by te nasze fantazje spełnić. Chyba że wcale nam na nich jakoś bardzo nie zależy, to wtedy nie warto niepotrzebnie tracić na to kalorii.

Jeśli jednak naprawdę chcesz coś osiągnąć, musisz podjąć działanie. Od samego siedzenia na dupie można co najwyżej nabawić się odcisków. 

Tak samo jak 2+2 zawsze daje 4, tak i systematyczna praca, naprawdę przynosi efekty. Czasem trzeba po prostu dłużej poczekać, albo lepiej dopracować to, co robimy, jednak nie ma możliwości, żeby trud nie zamienił się w owoce.

Lenistwo, owszem, przynosi natychmiastowe uczucie przyjemności. Jednak jest ono szalenie krótkotrwałe i raczej mało przyjemne w konsekwencjach.

Tu przydać się może również tekst Jak spełnić marzenia? 5 prostych kroków.

3. Stwórz plan…

Gdy już wiesz, czego chcesz od życia, potrzebny Ci będzie plan gry. Wszystkie wielkie wygrane bitwy jak i całe wojny, w dużej mierze zależały do dobrej strategii. Nikt nie każe Ci tutaj iść z życiem na noże, jednak musisz wiedzieć, jak skutecznie rozbić swoje działanie na etapy i co po kolei robić.

Weź kartkę, na samej górze dużymi literami napisz cel, który pragniesz osiągnąć.

Dobry cel, to taki, który da się ocenić w kategorii osiągnięty/nieosiągnięty. Metoda czysto zero-jedynkowa. Dlatego „chcę schudnąć” jest zbyt ogólnikowe, lepiej napisać „chcę zrzucić 10 kilogramów”.

Ponadto cel musi być możliwy do osiągnięcia. O ile 10 kilogramów da się zrzucić, o tyle urosnąć 10 cm, mając 30 lat na karku, może być trudniej.

Równie ważne jest osadzenie naszego celu w sensownej perspektywie czasowej, bo jeśli napiszesz, że chcesz te kilogramy zrzucić w przeciągu tygodnia, to z góry skazujesz się na porażkę.

Gdy przebrniesz już przez fachowe wybranie celu i terminu jego realizacji – zacznij szukać sposobów na jego osiągnięcie.

Nie zapisuj ogólników. Chcesz jechać na wakacje marzeń? Zamiast pisać, „zaoszczędzić pieniące na wyjazd”, zanotuj lepiej – przestanę stołować się na mieście, ograniczę pieniądze wydawane na kosmetyki i ubrania do XX zł miesięcznie, do pracy zacznę dojeżdżać komunikacją miejską/rowerem zamiast codziennie samochodem.

Cele mogą również dotyczyć powtarzalnych działań, które chcesz wcielić w swoje życie, takich jak np: codzienny 20 minutowy spacer, czytanie przynajmniej kilku stron książki przed snem czy cotygodniowe wspólne wyjście ze swoją drugą połówką.

4. …i działaj!

Jest milion wspaniałych pomysłów, które narodziły się ludzkich głowach. Obstawiam że jakieś 90{4f3fbaa0b0a688a14b7fa5af141770d8d7456904fd2bf6a43a1d33965573b5c6} z nich nigdy z tej głowy nie wyszło. Z różnych powodów. Z lenistwa, strachu, braku wiary we własne możliwości, zbyt małej motywacji.

Dlatego na samym zrobieniu planu się nie kończy.

Magia i leśne skrzaty, które odwalają za nas robotę istnieją tylko w bajkach. No chyba że o czymś nie wiem.

Jak to mówią za wielką wodą:

Dreams don’t work unless YOU do.

Skoro już wiesz, co chcesz osiągnąć i jakie są poszczególne etapy Twojej pracy – po prostu zabierz się do pracy. Zacznij tu gdzie jesteś, rób tyle ile możesz a reszta przyjdzie z czasem.

5. Uwierz we własne możliwości.

Nie zliczę ile dostałam od Was maili, w których piszecie, że nie macie pasji, pomysłu na życie, a wszystko dlatego, że „w niczym nie jestem dobra”, „nic nie potrafię”, „nie mam żadnego talentu”. Kolejny worek mogłabym zapełnić wiadomościami „chciałabym, ale wiem, że mi się to nie uda…”

Za każdym razem ręce mi opadają i mam ochotę złapać taką osobę za fraki i mocno potrząsnąć. Nie wiem skąd to się bierze, ale na każdym kroku spotykam szalenie inteligentnych, utalentowanych i fajnych ludzi, którzy jak mantrę powtarzają „ja to nic nie potraaaaaaaafię i do niczego w życiu nie dojdę”. Dlaczego tak wiele osób nie wierzy w siebie?

Każdy człowiek, Ty również, ma w sobie ogromny potencjał, trzeba tylko znaleźć odpowiedni pomysł na życie i dopuścić do siebie myśl, że tak – są dziedziny w których to Ty jesteś mistrzem i ekspertem.

Wiadomo, łatwiej jest marudzić i liczyć na to, że wszystko jakoś samo się ułoży. Jednak czasem warto jest zaprzeć się w sobie i zamiast się użalać i ryczeć w poduszkę, szukać dla siebie odpowiedniego miejsca.

A potem uwierzyć w to, że wszystko się uda.

Bo niby dlaczego miałoby być inaczej?

6. Ignoruj negatywne opinie. I nie przejmuj się zdaniem innych.

Ile razy nie zrobiłeś czegoś tylko ze względu na to, że nie pasowało to innym? Bo wydawało Ci się to niegrzeczne i nie na miejscu? Bo bałeś się, że robiąc po swojemu, zranisz czyjeś uczucia?

Ja zapewne z milion. I za każdym razem tak samo bardzo tego żałowałam.

Strach przed krytyką, brak pewności siebie, przekonanie, że inni na pewno wiedzą lepiej od nas, sprząta nam sprzed nosa całą masę okazji. Dlatego nie warto przejmować się opinią innych.

Odnośnie negatywnych komentarzy, warto zapamiętać sobie jedno:

Zdecydowanie łatwiej jest krytykować, niż samemu zabrać się do roboty.

Osoby, które Cię krytykują, często robią to z najzwyklejszej ludzkiej zazdrości, o to że Tobie się chciało, a im jednak nie. 

Nikt nie przeżyje za Ciebie życia. Dlatego rób nadal to, co uważasz za słuszne. Ludzie i tak będą gadać.

7. Nie bój się popełniania błędów.

Moja mama zawsze powtarzała, że błędów nie popełnia tylko ten, który nic nie robi.

Nie oszukujmy się, jeżeli stawiasz przed sobą jakieś trudne zadanie, to prawdopodobieństwo popełnienia błędu jest… praktycznie stuprocentowe. Bo niby skąd masz wiedzieć, jak zrobić to dobrze, skoro jest to dla Ciebie zupełna nowość?

Thomas Edison zwykł mawiać:

„Nie poniosłem porażki. Po prostu odkryłem 10.000 błędnych rozwiązań.”

To że coś nie wyszło, znaczy jedynie, że należy zmienić lub ulepszyć sposób działania. Wcale nie trzeba porzucać całego zamierzenia. Porażka jest nieodłącznym elementem sukcesu. Nie raz już pisałam, że największym błędem jest niepopełnianie błędów.

Dlatego nie czekaj do nowego tygodnia, miesiąca czy roku. Już teraz wyznacz sobie cele, które naprawdę z całego serca chcesz osiągnąć. Takie które wzbudzą w Tobie tyle ekscytacji, że rano zaczniesz wyskakiwać z łóżka jak kromka z tostera.

Iiiiiii… weź się do roboty 🙂

A jakie są Twoje cele, które z całego serca chcesz osiągnąć?
Często ich publiczne wypowiedzenie (czy w tym wypadku – napisanie) cudownie motywuje nas do pracy 🙂
autor tekstu http://simplife.pl/2016/11/13/jak-osiagac-cele/

 

 

jak-osiagac-cele-900x600

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

blog o świadomym życiu

 

 

Czytaj więcej ...
Czytaj mniej ...
06
lis
2016

ROZSTANIA OSTATECZNE….

Śmierci bliskich, prędzej czy później, doświadcza każdy z nas. Każdy z nas także inaczej przeżywa żałobę. Pewne jej etapy są jednak stałe i charakterystyczne. Elizabeth Kubler-Ross opisała pięć stadiów żałoby:

  1. Zaprzeczenie – etap pierwszy, który jest swoistym mechanizmem obronnym, mającym wspomagać nas w pierwszym okresie po stracie bliskich. Ponieważ bardzo często jest to czas szoku i kompletnego niedowierzania w to, co się wydarzyło, natura broni nas przed tym, co trudne do zniesienia. Zaprzeczenie może objawiać się w formie negowania faktów, emocjonalnego odcięcia czy wypierania wydarzeń.
  2. Gniew – ten etap występuje, ponieważ nie zgadzamy się na obecną sytuację, nie chcemy przyjąć do wiadomości, że jest ona prawdziwa. Nasza wściekłość odbija się na osobach będących blisko, które w tej sytuacji towarzyszą i nam ją objaśniają. Często gniew wyrażany jest także wobec losu czy Boga, dominują takie uczucia jak poczucie ogromnego zawodu i bycia oszukanym.
  3. Targowanie się – kolejne stadium żałoby obejmuje próby “przywrócenia do życia “ osoby utraconej. Jest to czas pełen sprzeczności, odczuwania skrajnych i przeciwstawnych emocji, często poczucia winy. To także okres zadawania sobie pytań czy zostało zrobione wszystko co powinno się zrobić, czy coś można było zrobić inaczej, okres zadawania pytań Bogu i losowi dlaczego i po co tak się stało.
  4. Depresja – w procesie przeżywania żałoby ta faza jest czasem, gdzie dociera do nas i zaczynamy rozumieć, że sytuacja, która się wydarzyła jest nieodwracalna, w związku z czym dochodzi do załamania. Charakterystyczne dla tego okresu jest poczucie przytłoczenia, nieradzenia sobie z ciężarem przeżyć, wycofanie, apatia, także stan ciągłego zmęczenia i senności oraz jednocześnie problemy ze snem. Dominują trudne emocje żalu, złości, może pojawić się potrzeba odsunięcia się od nich za pomocą alkoholu czy innych używek.
  5. Akceptacja – jest ostatnim etapem żałoby. To stadium, które daje względny spokój i osadzenie w nowej sytuacji. Pogodzenie się ze stratą daje pewien komfort i umożliwia powrót do „normalnego” życia, jesteśmy w stanie i mamy motywację do działania. Co ciekawe, faza ta pojawia się niemal niezauważalnie, w pewnym momencie po prostu czujemy się lepiej, mimo, że wcześniej wydawało się nam, że ten moment nie nastąpi. Akceptacja nie oznacza, że z powrotem odczuwamy w dużym natężeniu radość czy inne pozytywne emocje, jest natomiast dobrym znakiem na przyszłość.

Przeżywanie żałoby jest jak widać procesem, często długotrwałym. Co pomaga w czasie jego trwania? Tak jak ludzie są różni, tak każdy znajdzie pociechę i pomoc w innych czynnościach. Dla jednych będą to częste rozmowy o bliskim zmarłym, dla innych samotne wspominanie go. Niektórym ulgę da celebrowanie wspólnych rocznic, ważnych wydarzeń, innym odcięcie się od przeżywania ich. Osobom wierzącym pomaga modlitwa i wiara w spotkanie, kiedy nadejdzie kres ich ziemskiego życia. Na pewno dla wielu sprzymierzeńcem w tym trudnym okresie jest czas. Żałobę bowiem trzeba po prostu przeżyć. Jest to niewątpliwie niezwykle trudne, jednak bez tego nie możemy tak naprawdę pożegnać się z bliskimi i zacząć życia już bez nich. Dobrze pamiętać o starej prawdzie, że ci, którzy odeszli będą na zawsze żyć w naszej pamięci, najbardziej w dobrych i ciepłych wspomnieniach. Skupmy się jednocześnie na tych, których kochamy, a którzy są nadal z nami. Przemijanie jest bowiem nieodwracalnie wpisane w nasze życie, warto więc pamiętać, że dobrze przeżyty czas z bliskimi może sprawić, że łagodniej przejdziemy później ten trudny czas.

Napisane przez Marta Łusakowska

Źródło – http://magazyntuiteraz.pl/rozstania-ostateczne/

b1799842234f28f76a9b6c6e824c8a0f

 

Czytaj więcej ...
Czytaj mniej ...
22
paź
2016

WYBORY I POGLĄDY BUDZĄCE WĄTPLIWOŚCI, CZYLI O DYSONANSIE POZNAWCZYM…

Rzeczywistość stawia nas przed koniecznością dokonywania wyborów. Podejmując decyzję w różnych ważnych dla nas kwestiach konfrontujemy się z własnymi przekonaniami co do ich słuszności. Co dzieje się w momencie, kiedy nie jesteśmy stu procentowo przekonani, czy decyzja w sprawie którą podjęliśmy jest właściwa? Rodzi się w nas nieprzyjemne uczucie napięcia, określane jako dysonans poznawczy.

Pojęcie dysonansu poznawczego wprowadził do psychologii w 1957 roku Leon Festinger. Dysonans wiąże się ze stanem napięcia psychicznego, którego doznaje człowiek konfrontujący niezgodne ze sobą informacje dotyczące własnego zachowania. Dochodzi wtedy do sprzeczności. Doznane napięcie motywuje człowieka do podejmowania działań, których celem jest wyeliminowanie lub zredukowanie zaistniałego dyskomfortu.

Koncepcja Festingera zakłada ponadto, że tym usilniej będziemy dążyć do usunięcia przykrego napięcia wywołanego przez dysonans, im jest ono większe. Oczekuje się również, że stan odczuwanego napięcia wywołanego dysonansem pomiędzy niezgodnymi ze sobą informacjami bądź przekonaniami będzie tym większy, im bardziej znaczące dla człowieka są przekonania, między którymi ta sprzeczność zachodzi. Wzrost napięcia spowoduje również to, ile posiadanych przekonań i argumentów przemawiających za każdą z informacji pozostaje ze sobą w dysonansie – im jest ich więcej tym większe odczuwamy napięcie. Aby zredukować dysonans trzeba się uciec do określonych sposobów. Możemy odrzucić każdą pojedynczą informacje wywołującą opisane u nas napięcie lub wykonać wysiłek takiej ich reinterpretacji, aby niezgodność między nimi okazała się nieistotna.

Przypatrując się omawianej koncepcji możemy wywnioskować, że kiedy już podjęliśmy decyzję, chcemy uzasadnić swój wybór. Poszukujemy zatem informacji i argumentów, które uzasadniają podjętą przez nas decyzję. Ma to na celu racjonalne wytłumaczenie swojego działania, a także stanowi próbę obalenia i ignorowania docierających do naszego umysłu przeciwstawnych informacji.

Dokonując wyboru często rozważamy wszystkie „za” i „przeciw”. Tak więc już na poziomie podejmowania decyzji doświadczamy dysonansu poznawczego. Ważne jest to czy decyzja, którą podjęliśmy ma charakter nieodwracalny, czy też możemy ją jeszcze zmienić. Zauważono bowiem, że tendencja do utwierdzania się w fakcie, że wybór, którego dokonaliśmy uważamy za słuszny, jest tym silniejsza, im bardziej nieodwracalne są konsekwencje tego wyboru. Na sposób i kierunek interpretacji decyzji, którą podjęliśmy wpływa także samoocena. Jeżeli nasza samoocena jest pozytywna wykazujemy skłonność do utwierdzenia siebie co do słuszności podjętej decyzji. Natomiast ludzie o niskiej samoocenie często żałują, że nie dokonały innego wyboru niż już podjęty.

Zjawisko dysonansu poznawczego dość powszechnie zaobserwować możemy we współczesnym świecie. Człowiek często staje w sytuacji, w której musi podejmować decyzje. Żyjemy w świecie rozwiniętego konsumpcjonizmu, a rzeczywistość oferuje nam dostęp do różnorodnych dóbr. Przyglądając się nim, wybierając spośród nich to, co chcemy posiadać, angażujemy się w dokonywanie selekcji. Urzeczywistniamy ją zarówno w bardzo istotnych dla nas kwestiach, jak i codziennych, mniej ważnych sprawach, jak choćby zakupy do domu. Jesteśmy, jako istoty żyjące w społeczeństwie, skazani na dokonywanie wyborów.

Aby zobrazować zjawisko dysonansu posłużę się przykładem. Wybierając się na zakupy do dużego sklepu stajemy przed możliwością wyboru i zakupu różnorodnych produktów. Zakładając, że jesteśmy z natury osobami oszczędnymi i racjonalnie planującymi wydatki możemy spotkać się z sytuacją, w której jednak ulegniemy magii sklepowych półek. Kupimy produkt, który nas urzekł, a którego zakupu nie planowaliśmy. Kiedy po powrocie do domu nasz entuzjazm opadnie, zaczynamy zastanawiać się nad naszym zachowaniem. Jeżeli zdamy sobie sprawę, że być może kupiliśmy coś, czego nie planowaliśmy nabyć, a równocześnie uważamy się za osoby racjonalne i oszczędne, to w konfrontacji z faktem nieprzemyślanego zakupu może powstać u nas dysonans poznawczy.

Co może zrobić człowiek doznający dysonansu, jak choćby opisany w przykładzie, aby pozbyć się przykrego napięcia? Otóż będzie starał się ten niekomfortowy stan zredukować. Jedną z możliwości w przytoczonym przykładzie może być próba oddania zakupionego towaru do sklepu. Nasz bohater może też poszukać argumentów na uzasadnienie swojego zachowania. Może próbować dojść do wniosku i przekonywać sam siebie, że np. zakup się opłacił, bo towar był po promocyjnej cenie, lub jego posiadanie na pewno zostanie wykorzystane w dobrym i przydatnym celu. Używając tych argumentów w opowiadaniu o zakupie domownikom, może próbować zyskać ich przychylność co do swojego zachowania, przekonując tym samym siebie co do słuszności podjętej decyzji.

Dysonans poznawczy pojawia się nie tylko w sytuacjach związanych z podejmowaniem konkretnych zachowań, ale może również mieć miejsce w odniesieniu do poglądów. Szansa na jego pojawienie się wzrasta, gdy nasze osobiste poglądy i postawy okazują się niezgodne z własnymi, konkretnymi zachowaniami. Mówiąc inaczej, napięcie pojawia się w momencie kiedy uświadamiamy sobie, że to co myślimy jest całkowicie inne od tego co robimy.

Również w grupie osób zjawisko dysonansu poznawczego w przypadku konfrontacji poglądów ma rację bytu. Wyobraźmy sobie spotkanie kilku znajomych i dyskusję na interesujący wszystkich zgromadzonych temat. Ku naszemu zaskoczeniu dowiadujemy się, że to co myślą nasi znajomi nie pokrywa się w tej dyskusji z naszymi poglądami. W tym przypadku powiemy, że mamy do czynienia z sytuacją, w której napływające do nas informacje uznajemy za niezgodne z naszymi posiadanymi i utrwalonymi poglądami. Jeżeli grupa naszych znajomych jest dla nas bardzo ważna, rozdźwięk wywołany niezgodnością własnych poglądów z resztą grupy staje się dotkliwy. Rozbieżność w poglądach trudno jest zignorować, ponieważ ich podtrzymywanie niesie różnego rodzaju konsekwencje, np. spór lub wykluczenie z grupy. Dlatego presja, jaką odczuwamy w takiej sytuacji, może być tak duża, że wymusi na nas wybór tych poglądów, które preferuje grupa, mimo, że nasze osobiste mogą się znacznie od nich różnić. Presja grupy rządzi się natomiast zasadą demokracji i jest tym silniejsza, im więcej jej członków bezpośrednio wyraża poglądy, które są sprzeczne z naszymi. Powoduje to automatyczny wzrost dysonansu. Jeżeli okaże się jednak, że w naszej grupie znajdziemy sprzymierzeńca, który nie podziela tak jak i my poglądów większości oraz zgadza się z naszymi, wtedy istnieje duża szansa, że nie ulegniemy grupie.

Także różnego rodzaju większe lub mniejsze kłamstwa, których się dopuszczamy, rodzą w nas dysonans. Czasami stajemy w sytuacji, kiedy musimy dokonać wyboru pomiędzy powiedzeniem komuś prawdy, a kłamstwem. Kiedy decydujemy się skłamać, powodem może być choćby to, że nie chcemy kogoś obrazić lub zranić. Wyobraźmy sobie sytuację, w której zostaliśmy zaproszeni na obiad, a gospodyni domu podaje danie, które absolutnie nam nie smakuje. Dodatkowo pyta nas o wrażenia smakowe, chcąc poznać nasze zdanie. W tej sytuacji możemy zachować się dwojako: powiedzieć prawdę licząc na zrozumienie co do naszych preferencji kulinarnych i na to, że gospodyni się nie obrazi, bądź skłamać. W tym wypadku prawdopodobnie zdecydujemy się na to drugie rozwiązanie. Argumentami przemawiającymi za tym wyborem będzie choćby to, że nie chcemy robić przykrości gospodyni, że nie wypada być niewdzięcznym za jej włożony trud w przygotowanie obiadu. Wybór kłamstwa staje się usprawiedliwiony. Kłamaliśmy, ale mamy na to usprawiedliwienie. Nie mogąc zaprzeczyć własnemu zachowaniu, które nie pasuje do wyznawanych przez nas wartości czy opinii, modyfikujemy je i sprawiamy, aby pasowało do sytuacji w której się znaleźliśmy.

Podsumowując rozważania na temat dysonansu poznawczego można powiedzieć, że dokonywanie wyborów wiąże się z umiejętnością zebrania argumentów i informacji, które stanowią podstawę dla naszych decyzji. Jeżeli będą one spójne i przejrzyste tym mniejsza szansa na pojawienie się dysonansu.

autor tekstu – Tomasz Ciećwierz

http://www.psychologia.net.pl/artykul.php?level=578

                                                           84e3fa194e45516f975a9552237a7759

Czytaj więcej ...
Czytaj mniej ...
12
paź
2016

CO ZROBIĆ Z TĄ PRZESZŁOŚCIĄ….?

Jak pogodzić się z przeszłością?

.. wiele osób czuje się przytłoczonych swoją pełną błędów przeszłością, nawet jeśli są już w zupełnie innym, lepszym, miejscu.

To z kolei przypomniało mi ideę, na którą pierwszy raz trafiłam u N. D. Walsch’a, że życie to jest proces tworzenia siebie – raczej niż odkrywania tego, kim jestem. Tak więc ważne jest, by poszukiwać tego, kim chcę być i jakim chcę siebie stworzyć. Przydatna okazuje się w tym przypadku również świadomość tego, kim nie chcę być.

I to jest dla mnie jeden z pomysłów na to, jak traktować swoją przeszłość. Część ludzi chciałaby o niej po prostu zapomnieć, mówią – jaki głupi byłem, że zrobiłem tak a nie inaczej, dziś bym już wiedział lepiej. Ale czy wiedziałbyś, to co wiesz teraz, bez doświadczenia tego, czego doświadczyłeś kiedyś? Czy nie jest tak, że ciemne etapy życia, były po prostu kolejnymi etapami i fantastycznie, jeśli teraz jest jaśniej, ale po to, żeby się nauczyć, trzeba popełniać błędy? Dzięki tym błędom, dzięki tym trudnym, głupim, czy niechlubnym momentom doświadczyliśmy siebie takim, jakim nie chcę być. A stąd już niedaleko (a przynajmniej bliżej) do określenia kim chcę się stawać.

To jeden ze sposobów innego spojrzenia na swoją przeszłość. Inny, ważny dla mnie, aspekt oddaje metafora dziecka, które uczy się chodzić. Gdy stawia ono pierwsze kroki i przewraca się, nikt go nie strofuje, a wręcz przeciwnie, wszyscy cieszą się zachodzącym procesem, wiedząc, że upadki są nieodzownym elementem nauki. Gdy dziecko upada, otoczenie pomaga mu wstać i zachęca do dalszych prób. Podobnie nie mamy pretensji do siebie, że mając rok nie potrafiliśmy czytać, albo, że mając 15 lat daliśmy sobie złamać serce. Dlaczego więc nie ucieszyć się ze swoich doświadczeń i z tego, że teraz wiemy i umiemy więcej niż kiedyś?

Często trudno jest pogodzić się ze „straconymi latami”, poczucie żalu jest jak najbardziej usprawiedliwione. Jednak czyż zadręczanie się błędami przeszłości nie jest dalszym traceniem czasu? Skoro przeszłość jest tylko jakimś obrazem w naszej głowie, a życie dzieje się tu i teraz i jak to mówią Kahuni, teraz jest moment mocy… Teraz mamy wpływ na to, co jest i to, co będzie. Możemy też wpłynąć na postrzeganie swojej przeszłości, jeśli to i tak tylko obraz, który nie jest rzeczywistością, a pewnego rodzaju zapisem naszej percepcji, przefiltrowanym przez przekonania, schematy, stan emocjonalny, itd, to równie dobrze można ten zapis modyfikować. Ale to tylko jakaś sztuczka, z której można skorzystać.

Najważniejsze, to docenić swoją przeszłość i doświadczenia w niej zawarte. Gdyby nie one, bylibyśmy kim innym, gdzie indziej. Jeśli zaś nasuwa się pytanie, czy może nie byłoby to ktoś lepszy i lepsze miejsce, to znaczy, że problemem tak naprawdę jest zaakceptowanie siebie i życia w chwili obecnej. A to już trochę inna bajka…

p.s. Skupiłam się tutaj na takiej przeszłości, która wzbudza pretensje do samego siebie, a świadomie pominęłam temat akceptacji przeszłości, w której ktoś był ofiarą jakiegoś traumatycznego zdarzenia (np. będąc dzieckiem). To o wiele bardziej delikatne i skomplikowane sytuacje, w których bezrefleksyjne zastosowanie podejścia „pogódź się i zobacz czego Cię to nauczyło” może wyrządzić więcej szkody, niż pożytku. O tym może innym razem.

Źródło artykułu:

http://pozaschematy.pl/2010/02/17/co-zrobic-z-ta-przeszloscia/

                                                                      2fb1f4cd40042ea11be97938ac422301

Czytaj więcej ...
Czytaj mniej ...
24
wrz
2016

Czym jest wybaczanie?

 

Ćwiczenie

Sprawdź, czy masz osobiste powody, by zainteresować się zagadnieniem wybaczania. Na kartce papieru zrób w punktach listę doznanych krzywd. Istotne mogą być zarówno krzywdy doznane od innych ludzi, jak i wyrządzone sobie samemu (niektórzy ludzie stwierdzają bowiem, że największą krzywdę zrobili sobie sami). Długość listy jest sprawą dowolną – może ona liczyć od kilku do kilkunastu pozycji. Poszczególne pozycje powinny być ujęte w sposób lakoniczny – każdy punkt powinien być wyrażony w najwyżej kilku słowach (np. „przemoc ze strony ojca w dzieciństwie”, „opuszczenie przez matkę”, „zawód ze strony przyjaciela”). Nie chodzi tu bowiem o szczegółowe opisy krzywd, lecz tylko o ich przypomnienie, wyliczenie i subiektywną ocenę ich wagi.

Następnie każdemu punkowi przypisz pewną liczbę na skali od 1-10, w zależności od subiektywnego znaczenia danej krzywdy dla Ciebie. Jeśli krzywda była dla Ciebie bardzo ciężka, wpisz liczby między 7-10 (gdzie „10” oznacza najcięższe krzywdy), jeśli znaczenie krzywdy oceniasz średnio, wpisz liczbę między 4-6, zaś jeśli krzywda była mała, wpisz liczbę między 1-3. Natomiast wszędzie tam, gdzie wybaczyłeś krzywdę, wpisz liczbę „0”, niezależnie od tego, jak ciężka to była krzywda.

W kolejnym kroku podsumuj uzyskaną liczbę punków. Uzyskany wynik zamień na kilogramy i narysuj schematycznie samego siebie z odpowiednim obciążeniem. Wykorzystaj do tego plecaki ze stelażem, torby „jamnik” i reklamówki (gdzie plecak ze stelażem waży 20 kg, torba „jamnik” – 10 kg, a reklamówka – 5 kg.).

cierpietnik

Rysunek obok zrobił Michał, który uzyskał wynik 55 kilogramów. Potrzebował zatem dwóch plecaków ze stelażem po 20 kg, jednej torby „jamnik” o wadze 10 kg oraz jednej reklamówki o wadze 5 kg.

Z kolei Joanna potrzebowała aż 6-ciu plecaków ze stelażem, umieszczonych jeden na drugim, by unieść swoje 120 kg doznanych krzywd.

Po narysowaniu samego siebie z odpowiednim obciążeniem przypatrz się swojemu rysunkowi i spróbuj wyobrazić sobie, jak się czuje osoba, która codziennie musi nosić taki ciężar. Ani na chwilę nie może go z siebie zdjąć. Z takim obciążeniem siedzi, śpi, je, chodzi do pracy lub do szkoły, czy próbuje wypoczywać…

Wyobraź sobie, że to właśnie Ty nosisz codziennie taki ciężar. Tak się już do tego przyzwyczaiłeś, że nawet nie jesteś tego świadomy na codzień. Odczuwasz dyskomfort, ale nie bardzo wiesz, skąd on się wziął, czemu ciągle jesteś rozdrażniony, poirytowany, czy przygnębiony. Może wydawać Ci się normalne, że jest Ci tak ciężko… Może powtarzasz sobie zdania w rodzaju „życie jest ciężkie” i sam już w to uwierzyłeś…

Jerzy Mellibruda w książce „Pułapka nie wybaczonej krzywdy” zwraca uwagę, że osoby skrzywdzone często cierpią podwójnie – raz z powodu krzywdy, jaka ich spotkała, drugi raz – z powodu urazy, pielęgnowanej później przez długie lata. W ten sposób doznana krzywda ciąży im nieraz przez wiele lat. Tego ciężaru można się jednak pozbyć. Sposobem na to jest wybaczenie.

 

Czym jest wybaczenie?

Ludziom jest trudno wybaczać, gdyż mają fałszywe wyobrażenia na ten temat – często nie rozumieją, czym jest, a czym nie jest wybaczenie. Wówczas niechęć lub obawa wobec błędnie rozumianego „wybaczenia” może być uzasadniona – rzeczywiście fałszywie rozumiane „wybaczenie” mogłoby przynieść dalsze szkody dla osoby wybaczającej. Rozróżnienie między tym, czym jest, a czym nie jest wybaczanie, ilustruje poniższa tabela:

 

Czym jest, a czym nie jest wybaczenie?

„wybaczyć” nie oznacza:

zapomnieć

·         zrozumieć

·         usprawiedliwić

·         udawać, że nic się nie stało

·         zbagatelizować krzywdę

·         znów zaufać

·         zaprzyjaźnić się

·         być blisko z osobą, która nas skrzywdziła

·         zrobić niezasłużony prezent sprawcy krzywdy

·         zrezygnować ze sprawiedliwej kary

·         zrezygnować z obrony przed ponownymi krzywdami

 

 „wybaczyć” oznacza:

·        zrezygnować z pielęgnowania urazy

·         zrezygnować z zemsty (w tym karania samego siebie)

·         zrezygnować z „drewnianej nogi”

·         pogodzić się z tym, że nie będzie rekompensaty za doznane krzywdy

·         pogodzić się z tym miejscem w życiu, w którym jest się teraz

Poszczególne punkty zawarte w tabeli wymagają bardziej szczegółowego wyjaśnienia.

 

Nie zapominaj

Wybaczyć nie oznacza – zapomnieć. Przeciwnie – niczego nie zapominamy. Wszelkie zdarzenia z naszego życia, także doznane krzywdy, są cennym życiowym doświadczeniem. Nie warto zapominać lekcji, jakich udziela nam życie. Także doznane krzywdy uczą nas czegoś o świecie, o innych ludziach, o nas samych. Uczą, jakich sytuacji i jakich ludzi lepiej unikać, na co należy uważać, żeby uchronić się przed ponowną krzywdą. Nie warto więc niczego zapominać, gdyż wówczas bylibyśmy bardziej narażeni na podobne krzywdy w przyszłości ze strony tej samej osoby, bądź podobnych osób. Chodzi tylko o to, by pamięć o doznanej krzywdzie przestała boleć.

Nie musisz zrozumieć

Zrozumienie, czym kierował się sprawca krzywdy, może zaspokoić Twoją ciekawość i być cenną lekcją na przyszłość. Niekiedy zrozumienie może też ułatwić Ci wybaczenie. Ale może też utrudnić – ludzie niekiedy bowiem kierują się negatywnymi intencjami, bądź robią coś złego zupełnie bezmyślnie i bezinteresownie. Wówczas świadomość tego faktu raczej nie ułatwi Ci wybaczenia. Jednak zrozumienie i wybaczenie to dwie różne sprawy, które nie muszą iść w parze. Nie musisz zrozumieć różnych, pokrętnych motywów, dla których ktoś Cię skrzywdził. Możesz przebaczyć nawet wtedy, gdy nigdy nie zrozumiesz, dlaczego to zrobił.

Nie musisz znaleźć usprawiedliwienia

Niektóre osoby, rozumiejąc motywy sprawcy, starają się go usprawiedliwić, na siłę wynajdując okoliczności łagodzące, np.: „on sam był nieraz skrzywdzony i nauczył się tak funkcjonować”. Człowiek jednak ma wolną wolę i na ogół nie jest przymuszany do krzywdzenia innych. Wybaczanie nie wymaga usprawiedliwiania, ani zdejmowania z kogoś jego osobistej odpowiedzialności za to, co zrobił. Są też krzywdy, dla których nie da się znaleźć żadnego, rozsądnego usprawiedliwienia i mimo to je również można wybaczyć.

Nie udawaj, że nic się nie stało

Jeśli ktoś przez nieuwagę lekko potrąci Cię w tramwaju i przeprosi, możesz z uprzejmości odpowiedzieć: „nic się nie stało”. Jeśli jednak parasolem wybije Ci oko, nie powiesz wtedy „nic nie szkodzi, mam drugie”.

Wybaczenie nie polega na pomniejszaniu znaczenia krzywdy, bagatelizowaniu jej, czy wręcz udawaniu przed samym sobą, że żadna krzywda nie miała miejsca. Masz prawo do bólu, rozgoryczenia, poczucia krzywdy, chodzi tylko o to, by odreagować te uczucia i pozwolić im ustąpić, by nie pozostały w Tobie do końca życia.

Udawanie, że nic się nie stało, może doraźnie pomóc poradzić sobie z urazą i poczuciem krzywdy, ale grozi tym, że w przyszłości Ty mógłbyś w ten sam sposób krzywdzić innych ludzi, w przekonaniu, że nic złego się nie dzieje.

Nie bagatelizuj

Z tych samych powodów, nie należy bagatelizować doznanej krzywdy (ani jej nie wyolbrzymiać). Staraj się widzieć ją we właściwych proporcjach.

Nie musisz ponownie zaufać

Kolega Mateusza, Łukasz pożyczył od niego 100 zł, obiecując, że odda za tydzień. Jednak nie zrobił tego w tym terminie. Mateusz się upominał kilka razy, ale nie przyniosło to żadnych efektów. Łukasz początkowo się wykręcał, a następnie zaczął unikać Mateusza. Mateusz po jakimś czasie pogodził się ze stratą pieniędzy. Nie obraził się na kolegę. Gdy spotykał go na mieście, nie przechodził na drugą stronę ulicy, aby tylko nie podać mu ręki. Spotykając go przypadkowo, rozmawiał z nim zwyczajnie. Kiedy jednak Łukasz ponownie poprosił go o pożyczkę, obiecując, że tym razem odda mu 200 zł, Mateusz nie zgodził się. Z uśmiechem odmówił kolejnej pożyczki, wyjaśniając, że nie ma już do niego zaufania.
Wybaczenie może się wiązać z ponownym zaufaniem, ale nie musi. Można wybaczyć przyjacielowi, który zrobił nam jakąś krzywdę przez nieuwagę, bez złych intencji i można zaufać mu ponownie – ale też można nie łączyć tych dwóch rzeczy. Można równie dobrze wybaczyć i nie zaufać.

Niekiedy spotykamy ludzi, którzy z różnych powodów nie zasługują na zaufanie. Ponowne zaufanie im, gdy już się tego o nich nauczyliśmy, byłoby nierozsądne. Dlatego nie jest konieczne łączenie wybaczania z zaufaniem, gdyż są to dwie różne sprawy, które wprawdzie mogą iść w parze, ale nie muszą.

Nie musisz się zaprzyjaźniać

Niektóre osoby wyobrażają sobie, że wybaczenie wiąże się z koniecznością zaprzyjaźnienia z osobą, która kiedyś ich skrzywdziła. Nie mają zaś ochoty na zaprzyjaźnianie się z nią, co może utrudniać im wybaczenie. Tymczasem wybaczenie nie musi mieć nic wspólnego z przyjaźnią – przyjaciele to dla nas ważne osoby, wybaczamy zaś niekiedy ludziom, którzy nigdy nie byli i być może nigdy nie staną się dla nas ważni.

Agnieszka została kiedyś wulgarnie potraktowana przez pijanego sąsiada. Nigdy jej za to nie przeprosił, choć na trzeźwo z reguły zachowywał się wobec niej poprawnie. Agnieszka wybaczyła sąsiadowi jego zachowanie, ale od tej pory trzymała się od niego na dystans, uznając, że tak będzie dla niej bezpieczniej. Nie chciała utrzymywać bliższej znajomości z osobą wulgarną i nadużywającą alkoholu, gdyż ma zwyczaj starannie dobierać sobie przyjaciół.

Nie musisz być blisko
Zdarza się, że osoby skrzywdzone przez rodziców w dzieciństwie, wybaczając im mają nadzieję na zyskanie poczucia bliskości z nimi. Niekiedy rzeczywiście się tak dzieje, zwłaszcza tam, gdzie rodzice są otwarci na bliskość z dzieckiem i sami zabiegają o nią.

Karolina wychowywała się w rodzinie alkoholowej. Choć ojciec przestał pić, gdy była nastolatką, ciągle miała w pamięci awantury, jakie wywoływał, gdy wracał do domu pijany. Pamiętała wstyd wobec rówieśników, którzy widzieli jej pijanego ojca. Mimo, że ojciec po terapii odwykowej zaczął zabiegać o nią, próbując wynagrodzić jej brak zainteresowania w dzieciństwie, Karolina dystansowała się od ojca. Jego zachowania po alkoholu w przeszłości były tematem tabu – on bał się o to pytać, obawiając się tego, co mógłby usłyszeć, ona bała się jego reakcji i swoich łez. Dopiero pod wpływem terapii DDA odważyła się wykrzyczeć mu, jak się czuła jako dziecko. Ojciec spokojnie przyjął to, co usłyszał, choć nie było to dla niego łatwe: nie zaprzeczał, nie przerywał Karolinie, nie próbował wzbudzać w niej poczucia winy, nie wpadł w rozpacz, ani nie poszedł pić. Ułatwiło to bardzo Karolinie nie tylko wybaczenie mu, ale także zbliżenie się do niego, gdy jej negatywne uczucia opadły. Po kilku dniach pojawiły się w niej pozytywne odczucia wobec niego, wdzięczność za to, co było dobre, miłość i chęć zbliżenia się do niego. Przestała go odtrącać i w rezultacie zbliżyli się do siebie.
Jeśli druga strona zabiega o bliskość, wyjaśnienie sobie tego, co dzieli i wybaczenie ułatwia odzyskanie bliskości. Brak wybaczenia sprawia natomiast, że bliskość jest niemożliwa. Nie oznacza to jednak, że każde wybaczenie automatycznie owocuje poczuciem bliskości z osobą, która nas skrzywdziła. Zdarza się też, że pomimo wybaczenia bliskość nadal jest niemożliwa.

Klaudia wybaczyła swojej matce negatywne uwagi na swój temat, brak czułości, wyśmiewanie i wyzwiska. Wybaczyła jej, że ilekroć otwierała się przed nią, matka reagowała jakąś złośliwą uwagą, jakby celowo chciała córce sprawić ból. Klaudia miała nadzieję, że wybaczenie zbliży ją do matki, gdyż bardzo brakowało jej matczynej bliskości w dzieciństwie, lecz spotkało ją rozczarowanie. Wprawdzie wybaczając, Klaudia uwolniła się od urazy i nienawiści do matki, ale matka nic nie zmieniła się w ciągu tych lat, gdy Klaudia stawała się dojrzałą kobietą. Próbując ponownie zbliżyć się do matki, Klaudia przekonała się, że matka nadal jest tą samą, toksyczną osobą, od której lepiej trzymać się z daleka. Klaudia przyjęła to do wiadomości, choć było to dla niej przykre. Nie zdecydowała się na zerwanie wszelkich kontaktów z matką, uznając, że rodziny się nie wybiera. Zdecydowała się natomiast utrzymywać z nią powierzchowny kontakt, bliskości szukając gdzie indziej.

Wybaczenie nie jest niezasłużonym prezentem dla sprawcy
Wielu osobom wybaczenie kojarzy się z niezasłużonym prezentem dla osoby, która ich skrzywdziła. Tymczasem sprawca krzywdy często wcale nie przeprosił, nie okazał skruchy i w żaden sposób nie wydaje się zainteresowany uzyskaniem wybaczenia. Inni z kolei czują się zobowiązani do wybaczenia z powodów religijnych, choć wcale nie mają na to ochoty. Można jednakże wybaczać z czysto egoistycznych pobudek – po to, żeby nam było lżej, pomimo, że sprawca krzywdy nie zasłużył na wybaczenie.

Patrycja wybaczyła swojej przyjaciółce Kamili, która odbiła jej chłopaka, pomimo, że Kamila nie zabiegała o wybaczenie. Przeciwnie, Kamila w ogóle nie interesowała się uczuciami Patrycji po tym, jak ją skrzywdziła. Z tego powodu Patrycji było trudno wybaczyć Kamili, uważała bowiem, że ta na to nie zasłużyła. Jak długo Patrycja rozumiała wybaczenie jako niezasłużony prezent dla Kamili, tak długo nie chciała tego dla niej zrobić. Patrycja zdecydowała się na wybaczenie dopiero po tym, jak zobaczyła w tym własny interes. Dostrzegła, że pielęgnowanie urazy ją męczy i utrudnia nawiązywanie nowych przyjaźni z koleżankami. Zrobiła to dla siebie, po to, by odczuć ulgę. To, co czuje Kamila po rozpadzie ich przyjaźni, przestało Patrycję interesować.
Fakt, że sprawca nie zasługuje na wybaczenie, nie musi być przeszkodą. Dla osób wierzących pomocna może być świadomość, że nikt z nas nie zasługuje na wybaczenie, a mimo to Bóg oferuje je nam za nic. Jeśli On wybacza nam, choć na to nie zasługujemy, może to być dobrym powodem, by w podobny sposób spróbować wybaczać ludziom, którzy nas skrzywdzili. Przykład Patrycji pokazuje natomiast, że równie dobrze można skutecznie wybaczać nie tylko z chrześcijańskich, ale także z czysto egoistycznych pobudek – na przykład po to, by nie zaprzątać sobie dłużej głowy poczuciem krzywdy i mieć szczęśliwe życie. Wybaczając, robimy przede wszystkim prezent samemu sobie.

Nie musisz rezygnować ze sprawiedliwej kary

Papież Jan Paweł II spotkał się w więzieniu ze swoim niedoszłym zabójcą, Ali Agcą. Wybaczył mu zamach na swoje życie. Jednak Ali Agca nie został ułaskawiony. Zamachowiec został skazany przez sąd na wiele lat więzienia i musiał odsiedzieć swój wyrok.
Wybaczenie zatem nie musi oznaczać rezygnacji ze sprawiedliwej kary dla sprawcy krzywdy. Wychowawcy, nawet gdy natychmiast wybaczają dziecku jego przewinienia, mimo to stawiają je na kilka minut do kąta, by w ten sposób zniechęcić je do niewłaściwego zachowania i dać sygnał innym dzieciom, że niewłaściwe zachowanie się nie opłaca. Kara spełnia bowiem niekiedy ważne funkcje wychowawcze i prewencyjne.

Broń się, gdy ktoś próbuje Cię skrzywdzić
Wybaczanie odnosi się do przeszłości, której się nie da już zmienić, a do nie teraźniejszości, na którą nadal mamy wpływ. W sytuacji, gdy ktoś próbuje Cię skrzywdzić, staraj się bronić. Prawo dopuszcza nawet pozbawienie życia napastnika w sytuacji zagrożenia Twojego życia, w ramach tzw. obrony koniecznej. W momencie napaści nie czas myśleć o wybaczeniu, gdyż może to odebrać Ci determinację potrzebną do obrony. Pierwszym Twoim obowiązkiem jest wówczas zadbać o siebie i o swoje bezpieczeństwo.

Jeśli jednak zagrożenie należy już do przeszłości, a Ty poniosłeś jakąś krzywdę, można wtedy pomyśleć o jej wybaczeniu. Przeszłości nie da się bowiem już zmienić. Jedyne, co można zrobić z przeszłością, to wyciągnąć wnioski na przyszłość (co można zrobić, by więcej do tego nie dopuścić) i wybaczyć wyrządzoną wówczas krzywdę, by móc skupić się na aktualnym życiu i planach na przyszłość.

Wybaczenie nie daje gwarancji, że osoba, która nas skrzywdziła, nie spróbuje uczynić tego ponownie. Wybaczenie nie oznacza zatem rezygnacji z obrony, gdyby sprawca znów zechciał wyrządzić nam krzywdę. Dlatego wybaczając, nie zapominamy krzywd, by bogatsi o to doświadczenie już więcej na to nie pozwolić. Z przeszłości wyciągamy wnioski na przyszłość, by skutecznie bronić się w teraźniejszości.

Klaudia wybaczyła toksycznej matce krzywdy z dzieciństwa. Nadal utrzymuje kontakty z matką. Spotykają się z okazji świąt i rodzinnych uroczystości. Nie ma między nimi bliskiej zażyłości, gdyż Klaudia przekonała się, że matka nadal próbuje ją ranić. Jednak Klaudia nie pozwala się już krzywdzić. Asertywnie reaguje na złośliwości matki, ucina próby rozmowy na tematy, których nie chce z matką poruszać. Protestuje, gdy matka próbuje ją obrażać. Rozłącza się, gdy matka podnosi na nią głos przez telefon.

Zrezygnuj z pielęgnowania urazy
Uraza jest naturalnym uczuciem, gdy ktoś zrobi nam krzywdę. Ze swej natury wszystkie uczucia są zmienne jak pogoda, pojawiają się i znikają. Jak wszystkie uczucia, także i uraza na ogół w naturalny sposób znika po pewnym czasie. Jednakże, podobnie jak można w sobie pielęgnować inne uczucia, np. uczucie miłości, wdzięczności, czy rozpaczy (np. po stracie kogoś bliskiego), tak samo część osób pielęgnuje w sobie urazę, nie dopuszczając do jej zniknięcia. Rozpamiętując krzywdę i jej konsekwencje ciągnące się do dziś, ciągle na nowo przeżywają cierpienie z nią związane. Pielęgnowanie urazy bowiem często ma swoje ukryte motywy – daje energię do zemsty i jest dobrym uzasadnieniem do czerpania psychologicznych korzyści z pozostawania w roli ofiary.

Zrezygnuj z zemsty
Pragnienie zemsty, doprowadzenia do tego, by sprawca poczuł się kiedyś tak samo jak ofiara i zrozumiał, co złego zrobił – jest naturalnym odruchem u wielu osób. Wynika często z pragnienia sprawiedliwości, by każda krzywda została ukarana, a wszystkie rachunki wyrównane. Niestety, taki idealny stan nie jest możliwy na tym świecie. Tylko w bajkach zło zawsze zostaje w końcu ukarane, a dobro – nagrodzone. W realnym świecie często zdarza się inaczej, a my rzadko kiedy mamy władzę sędziego, pozwalającą nam osądzić winnego i wymierzyć sprawiedliwą karę. Niekiedy mamy po swojej stronie wymiar sprawiedliwości, niemniej jest też wiele takich przewin, których prawo nie przewiduje i którymi prokurator się nie zainteresuje.

Żeby móc się zemścić, wyrównać rachunki, doprowadzić do tego, by sprawca poczuł się tak samo, jak my kiedyś – trzeba czasem poczekać na okazję do zemsty. Oczekiwanie na taką okazję może nieraz trwać wiele lat. Żeby nie przeoczyć nadarzającej się okazji i żeby mieć wówczas energię potrzebną do wymierzenia kary, trzeba nieraz przez wiele lat pielęgnować urazę. W przeciwnym wypadku człowiek byłby raczej skoncentrowany na swoim życiu i swoim szczęściu – myślałby raczej o tym, co zrobić, by był szczęśliwy. Zemsta wymaga natomiast koncentracji raczej na tym, co zrobić, by zaszkodzić komuś innemu. Człowiek skoncentrowany na swoim szczęściu mógłby nie zauważyć nadarzającej się okazji do zemsty, a nawet, gdyby ją zauważył, być może nie chciałoby mu się poświęcać swojego cennego czasu na szkodzenie innemu. Nie miałby dość energii, by się tym zająć, gdyż zainwestował już swoją energię gdzie indziej – w budowanie swojego szczęśliwego życia. Dlatego osobom mściwym tak potrzebne jest pielęgnowanie urazy – uraza bowiem daje im energię do zemsty, gdy tylko nadarzy się odpowiednia okazja. Uraza sprawia, że nie przeoczą okazji, cierpliwie czekając na nią przez wiele lat.

Cierpliwe czekanie na okazję do zemsty i podsycanie urazy, by nie zgasła, ma jednak wiele wad, które stawiają pod znakiem zapytania opłacalność takiej postawy. Po pierwsze – uraza męczy. Człowiek, który sam skazuje się na długotrwałe przeżywanie negatywnych uczuć, staje się zgorzkniały i nieszczęśliwy. Niesie niewygodny ciężar (jak to przedstawił Michał na swoim rysunku), który uniemożliwia mu zwyczajne cieszenie się życiem. Ciągle przeżywana uraza negatywnie odbija się na wszystkich relacjach z ludźmi. Po drugie – nie ma pewności, czy taka inwestycja swojej energii przyniesie oczekiwane rezultaty. Być może np. po 20 latach nadarzy się okazja do zemsty i będzie można wyładować całą swoją złość na sprawcy. Równie dobrze jednak okazja do zemsty może się nigdy nie nadarzyć, a człowiek bezskutecznie będzie pielęgnował urazę, mszcząc się za swoją krzywdę na swoich bliskich bądź na przypadkowych osobach. Wiele lat dźwigania ciężkiego plecaka pełnego urazy może okazać się wówczas zupełnie bezcelowe, przynosząc tylko dodatkowe szkody skrzywdzonej osobie i otoczeniu.

Przyjaciel Konrada, Jacek, uwiódł kiedyś jego żonę. Konrad rozstał się z żoną, nie wybaczył także Jackowi doznanej krzywdy. Po latach, podczas zajęć grupy terapeutycznej reagował wrogością wobec innego pacjenta o imieniu Jacek. Krytykował jego wypowiedzi, zarzucał mu fałszywość, bywał wobec niego złośliwy. Dopiero po pewnym czasie zorientował się, że negatywne emocje, jakie przeżywa wobec kolegi z grupy, tak naprawdę adresowane są do innego Jacka.
Trzeba też wspomnieć, że często spotykaną formą zemsty jest niszczenie samego siebie, pod hasłem „zobaczcie, do czego mnie doprowadziliście”, czy „będziecie musieli patrzeć, jak bardzo przez was cierpię”. Tego rodzaju forma zemsty często wybierana jest w rozgrywkach między rodzicami a dziećmi, na zasadzie: „na złość mamie odmrożę sobie uszy”.

Ewa miała zaborczą matkę, która podejmowała za nią wszystkie decyzje, nie licząc się z pragnieniami córki. Matka zdecydowała o kierunku studiów Ewy i o tym, jaką pracę powinna podjąć po studiach, gdzie mieszkać i z kim się spotykać. Ewa bała się przeciwstawić matce. Bała się także samodzielnego życia na własny rachunek, gdyż rodzice zapewniali jej komfort materialny. Podporządkowała się więc matce, zarazem skrycie sabotując jej wszystkie decyzje. Wpadła w depresję, zamęczając matkę ciągłym narzekaniem na to, jak bardzo jest nieszczęśliwa. Zadręczała matkę opowiadaniem, jak kiepsko radzi sobie w pracy i że na pewno zostanie z niej wyrzucona. Wmawiała sobie, że jest brzydka i że nikt jej nie zechce, aby ukarać matkę za ingerowanie w jej znajomości i by matka musiała cierpieć powodu tego, że jej córka nie ułożyła sobie życia.

Zrezygnuj z „drewnianej nogi”
Eric Berne w książce „W co grają ludzie” opisuje grę w „drewnianą nogę”. Gra polega na tym, że osoba posiadająca jakąś ułomność, jakieś realne lub wyimaginowane ograniczenie, wykorzystuje je jako usprawiedliwienie dla rezygnacji ze swoich ambicji, braku odwagi do podejmowania wyzwań, czy wręcz lenistwa.

Otoczenie obniża swoje wymagania wobec osoby posiadającej drewnianą nogę, dla wszystkich jest bowiem oczywiste, że kaleka nie zostanie mistrzem tańca ani wybitnym piłkarzem. Są jednak ludzie, którzy pomimo drewnianej nogi wiodą udane życie i realizują się w tych dziedzinach, w których posiadanie protezy zamiast nogi za bardzo nie przeszkadza, jak i tacy, dla których drewniana noga usprawiedliwia rezygnację z podejmowania jakichkolwiek wyzwań.

Józef jest uzależniony od alkoholu. Odmroził sobie nogi, gdy spał na mrozie, będąc pod wpływem alkoholu. Trafił do szpitala, gdzie dowiedział się, że grozi mu amputacja. Wiele tygodni musiał spędzać w łóżku i znosić kolejne operacje, których celem było uratowanie jego nóg. Był zrezygnowany i miał myśli samobójcze. Perspektywa utraty nóg oznaczała dla niego katastrofę. Agresywnie odrzucał wszelkie przejawy troski ze strony lekarzy i pielęgniarek. Odmawiał nawet zmiany pozycji na łóżku, czym spowodował trudno gojące się odleżyny.

Marek także jest uzależniony od alkoholu. Utracił obie nogi i porusza się na protezach. Nie pije od wielu lat. Jest liderem jednej z grup AA. Prowadzi mityngi AA także dla alkoholików w zakładach karnych i w placówkach odwykowych, opowiada na swoim przykładzie, jak można sobie poradzić z uzależnieniem, gra na gitarze i śpiewa. Jest pogodnym człowiekiem. Tylko ci, co znają go bliżej, wiedzą, że jest inwalidą. Porusza się na tyle sprawnie, że dla większości ludzi jego kalectwo jest niezauważalne.
Jak pisze Eric Berne, gracz grający w „drewnianą nogę” komunikuje swoją postawą całemu światu: „czego można oczekiwać od osoby z drewnianą nogą?” „Drewniana noga” jest tu metaforą, w jej miejsce można podstawić dowolne ograniczenie. W zależności od rodzaju ograniczenia komunikat ten może być odpowiednio modyfikowany, np.: „czego można oczekiwać od kogoś, kto miał tak ciężkie dzieciństwo jak ja?”; „czego można oczekiwać od osoby z depresją?”; „czego można oczekiwać od ofiary bezdusznej biurokracji?”. Zawsze jednak gracz w „drewnianą nogę” wykorzystuje swoje ograniczenie do obniżenia wymagań wobec samego siebie poniżej swoich realnych możliwości.

Antoni prowadził małą firmę współpracującą z dużą, prywatną telewizją ogólnopolską. W ramach współpracy zrealizował dla telewizji kontrakt o wartości 5 tys. zł., lecz nie otrzymał za to należnej zapłaty. Ponieważ miał w tym czasie kłopoty finansowe, nie był w stanie opłacić ZUS i zmuszony był zamknąć działalność gospodarczą. Od ośmiu lat procesuje się z telewizją, próbując odzyskać stracone pieniądze i oskarżając ją, że zniszczyła mu życie. Jego sytuacja materialna ciągle jest bardzo zła. Utrzymuje się z zasiłku socjalnego z pomocy społecznej.
Antoni jest przykładem osoby grającej w „drewnianą nogę”. Czego można oczekiwać od kogoś, komu telewizja doprowadziła firmę do bankructwa i zniszczyła życie? Tymczasem w rzeczywistości telewizja tylko nie zapłaciła mu za wykonaną pracę 5 tys. złotych, co z pewnością mogło być przykre i przyczynić się do wielu uciążliwości. Gdyby jednak Antonii podjął jakąkolwiek pracę na etat, nisko płatną, np. dozorowanie parkingu za 800 zł miesięcznie, w ciągu tych ośmiu lat zarobiłby 76 800 zł, a więc wielokrotnie więcej, niż stracił wskutek niezapłaconego kontraktu. Być może zdołałby odłożyć trochę pieniędzy i ponownie uruchomić działalność gospodarczą. Tymczasem Antoni na własne życzenie zmarnował sobie 8 lat życia, zostając klientem pomocy społecznej.

Antoni mógł skoncentrować swoją energię na staraniach, by na nowo odnaleźć swoje miejsce na rynku pracy po zamknięciu firmy i zarazem pilotować w sądzie sprawę z telewizją, przyjmując postawę: „jak się uda odzyskać 5 tys, to świetnie, jak się nie uda – to trudno”. On jednak poświęcił całą swoja energię na procesowanie się, brak środków do życia zaś miał być jeszcze jednym dowodem dla świata, jak bardzo został skrzywdzony. Do końca życia pozostał w roli ofiary telewizji.

Pogódź się z brakiem rekompensaty

W 2007 roku pod Grenoble na stromej trasie pojazd z 50 pielgrzymami na pokładzie spadł w przepaść i stanął w płomieniach. W katastrofie polskiego autokaru roku zginęło 26 osób. Premier zapowiedział, że rodziny poszkodowanych dostaną po 100 tys. złotych odszkodowania.
W przeciętnym tygodniu w Polsce ginie na drogach średnio ok. 50 osób. Ponieważ ofiary wypadków samochodowych giną na ogół w pojedynczo lub w grupach po 2-3 osoby, zaś wypadki tego rodzaju zdarzają się codziennie, nie budzi to już większego zainteresowania mediów. Rodziny ofiar mniej spektakularnych wypadków nie mogą zatem liczyć na żadne odszkodowanie.

Najprawdopodobniej Twoja krzywda także nie jest wystarczająco medialna, by premier lub ktoś inny wypłacił Ci odpowiednią rekompensatę. Będzie Ci łatwiej, jeśli pogodzisz się z tym, że ten świat niestety nie jest sprawiedliwy i że dla Ciebie także najprawdopodobniej nie będzie żadnej rekompensaty.

Anna straciła ojca, gdy była nastolatką, matka zaś ją odrzucała, faworyzując jej siostrę. Jako dorosła kobieta Anna wchodziła w nieudane związki z mężczyznami, w których była źle traktowana. Gdy wreszcie spotkała sympatycznego i ciepłego chłopaka, potraktowała go jako rekompensatę za ciężkie dzieciństwo i nieudane związki. Stała się roszczeniowa – to, co on chciał jej ofiarować, traktowała jako jego „psi obowiązek”. Traktowała go tak, jakby nie był tylko jej chłopakiem, ale także jakby miał zastąpić zmarłego ojca. Oczekiwała od niego bezwarunkowej miłości, nie dając nic w zamian. Miał być po to, by zaspokoić jej sfrustrowane potrzeby miłości i akceptacji, sam jednak nie miał prawa zaspokajać swoich potrzeb. Chłopak był cierpliwy, starał się ją zrozumieć, z czasem jednak poczuł się wypalony i zdecydował się na zerwanie.
Rekompensata jest czymś, co się należy i za co nie trzeba dawać nic w zamian. Chłopak Anny natomiast nie był jej nic winien. Nie pojawił się na świecie po to, by być czyjąś rekompensatą. Miał swoje potrzeby i pragnienia. Chciał jej ofiarować miłość, ale w zamian miał prawo oczekiwać tego samego. Miłość między kobietą a mężczyzną nigdy nie jest bezwarunkowa, jak miłość między rodzicem a dzieckiem. Oczekiwanie Anny, że chłopak zastąpi jej ojca, było zatem nierealistyczne.

Pogódź się z tym miejscem w życiu, w którym jesteś teraz

Rodzice Martyny byli alkoholikami. Zaniedbywali podstawowe obowiązki wobec dzieci. Nie mieli dla dzieci czasu, uwagi, troski, miłości, zaniedbywali wdrażanie do obowiązków i do samodyscypliny. Martyną opiekowała się starsza siostra. Martyna nie musiała chodzić do szkoły, gdy jej się nie chciało. Jako dziecko była zadowolona z pobłażliwości matki, która nie zmuszała jej do nauki i tolerowała wagarowanie. Matka starała się być raczej koleżanką dla córki, niż pełnić rolę rodzica. W rezultacie Martyna nie ukończyła szkoły podstawowej. Wcześnie wyszła za mąż za agresywnego mężczyznę, z którym ma dwoje dzieci. Była ofiarą przemocy w małżeństwie i po kilku latach się rozwiodła. Utrzymywała się ze sprzątania i pomocy społecznej. Dopiero podczas terapii DDA zaczęła mieć pretensje do matki, że ta jej nie próbowała nawet dyscyplinować, by zmusić do nauki, lecz pozwalała córce na wszystko. Obwiniała rodziców o stracone dzieciństwo. Po pewnym czasie jednak przyjęła do wiadomości, w jakim miejscu swojego życia się znajduje i podjęła wysiłki, aby zmienić to, co jest możliwe do zmiany. W wieku 30 lat rozpoczęła naukę w wieczorowym gimnazjum, aby zdobyć podstawowe wykształcenie. Nie miała przy tym jednak neurotycznej potrzeby nadrobienia w krótkim czasie wieloletnich zaniedbań i przegonienia rówieśników, którym się powiodło, lecz realistycznie oceniała swoje możliwości. Ponieważ poważnie podchodziła do nauki, z powodzeniem ukończyła gimnazjum i podjęła naukę w szkole średniej.
Młodzi ludzie wchodzący w dorosłe życie nie mają jednakowego startu. Jedni mają troskliwych rodziców, dbających o edukację dzieci i o jak najlepsze wyposażenie ich w dorosłe życie, inni nie mają zaspokojonych nawet podstawowych potrzeb. Martyna nie może rozpocząć swojego życia od nowa, w normalnej rodzinie. Nie cofnie własnych błędów, takich jak nieudane małżeństwo, poprzez które próbowała uciec z domu. Niektóre jej rówieśniczki pracują obecnie na wysokich stanowiskach w międzynarodowych korporacjach, znają języki obce, dobrze zarabiają, podróżują po świecie i mają udane rodziny. Martyna jest inteligentną kobietą i wie, że osiągnięcie tego wszystkiego było w granicach jej możliwości – ale ona tego nie ma, po części z winy rodziców, po części z powodu własnych błędnych decyzji w początkach swojego dorosłego życia. Dziś jest samotną matką dwójki dzieci, sprzątaczką i klientką opieki społecznej. Być może już nigdy nie dorówna osiągnięciami swoim najzdolniejszym rówieśniczkom, które miały lepszy start w dorosłe życie i za kolejne 20 lat mogą piastować najwyższe stanowiska w biznesie lub w administracji państwowej. Zapewne to nie jest sprawiedliwe. Jednak to, co może zrobić Martyna, to pogodzić się z tym miejscem w życiu, w jakim aktualnie się znajduje i potraktować je jako punkt startu w całą resztę jej dorosłego życia. To, co uznała za realistyczne z tego miejsca, to kontynuowanie edukacji. Podejmując wysiłek pracy nad poprawą swojego położenia, Martyna nie stawia sobie poprzeczki zbyt wysoko, lecz na miarę swoich możliwości. Nie użala się nad sobą, ani nie pozostaje w roli ofiary. Godzi się z tym, czego już nie da się zmienić i próbuje zmienić to, co zmienić jest w stanie.

Czy wybaczenie jest za trudne?

W 1994 roku Afrodyta, 17-letnia córka znanej piosenkarki Eleni została zamordowana przez zaborczego chłopaka, który nie chciał pogodzić się z zerwaniem. Gdy Eleni dowiedziała się, kto zabił jej córkę, zatelefonowała ze współczuciem do matki chłopca, uznając, że jest to tragedia dla obu rodzin. Eleni wybaczyła mordercy swojej córki, który wyraził skruchę i przeprosił za swój czyn.
Wybaczenie może być bardzo trudne. Przykład Eleni pokazuje jednak, że jeśli można wybaczyć zabójstwo jedynego dziecka, to my nie możemy w wiarygodny sposób się usprawiedliwiać, że nie potrafimy wybaczyć drobnych, codziennych przykrości.

Wybaczenie w psychoterapii

Wybaczenie jest końcem procesu pracy nad poczuciem krzywdy w psychoterapii. Osoby skrzywdzone w dzieciństwie niejednokrotnie potrzebują najpierw uświadomić sobie, że stała im się krzywda. Niekiedy bowiem obwiniają siebie, że nie były wystarczająco dobrymi dziećmi, nie dostrzegając, że to je skrzywdzono. Potrzebne jest wówczas przywrócenie właściwego porządku moralnego i nazwanie po imieniu doznanej krzywdy a także odbudowa pozytywnego obrazu siebie. Wyzwalają się stłumione wcześniej, negatywne emocje, takie jak poczucie krzywdy, żal, złość i wściekłość, które warto jest odreagować podczas terapii. Po odreagowaniu negatywnych emocji część osób samoistnie odczuwa ulgę i gotowość do wybaczenia. Inne jednak mogą w nieskończoność przeżywać negatywne emocje. Potrzebują wtedy zachęty do wybaczenia, by zakończyć rozliczenie z przeszłością i iść dalej.

Wybaczanie sobie i innym

Umiejętność wybaczania okazuje się bardzo potrzebna także po to, by wybaczyć sobie samemu własne błędy i własną niedoskonałość. Osoby, które nie wybaczają innym, z reguły nie wybaczają także samym sobie, co prowadzi do potępiania samego siebie i różnych form autoagresji. Niektóre osoby odkrywają, że najtrudniej im wybaczyć zło, które zrobili sobie sami, inni zaś potępiają siebie za krzywdy wyrządzone innym. Nauczywszy się wybaczać innym, łatwiej jest następnie zastosować tę umiejętność wobec siebie samego.

Jak wybaczyć?

Wybaczenie jest kwestią decyzji. Jeśli rozumiemy już, na czym polega wybaczenie, pozostaje już tylko decyzja, by to zrobić, lub przeciwnie, by tego nie robić. Jesteś wolnym człowiekiem. Wiesz już, jak bardzo ciąży Ci Twój plecak i co trzeba zrobić, by go zdjąć. Masz też prawo jednak dalej nosić swój plecak, masz prawo cierpieć, użalać się nad sobą i pozostać ofiarą. Jaka jest Twoja decyzja?

Bogusław Włodawiec – autor jest psychologiem i psychoterapeutą. Zajmuje się psychoterapią nerwic, depresji, zaburzeń odżywiania, uzależnień, współuzależnienia i DDA. Prowadzi praktykę prywatną.

Bibliografia

  • Berne Eric – „W co grają ludzie”. Warszawa 2007. Wydawnictwo PWN.
  • Mellibruda Jerzy – „Pułapka nie wybaczonej krzywdy”. Warszawa 1995. IPZiT.

artykuł pochodzi ze strony:  http://www.psychologia.net.pl/artykul.php?level=363

 

 

299002_223139467822307_754379418_n

 

 

Czytaj więcej ...
Czytaj mniej ...
13
wrz
2016

YOU LOOK BEAUTIFUL!

Gdy wstaniecie rano z łóżka, zaraz potem jak umyjecie zęby, bo wiecie z

brudnymi nie każdy czuje się komfortowo, popatrzcie w lustro i powiedzcie sobie

jak bardzo siebie lubicie. I jacy jesteście piękni. Ja robię tak codziennie. Mam w

łazience takie duże lustro i mówię:

ZDZISIU JAK JA CIĘ LUBIĘ!

Magdalena Witkiewicz

 

Fotografia(40)

 

Czytaj więcej ...
Czytaj mniej ...
10
wrz
2016

UWAŻNA OBECNOŚĆ

Czy pamiętasz okres, kiedy tylko siedziałeś i patrzyłeś w przestrzeń? Słyszałeś dźwięki, odczuwałeś swoje ciało, oddech, ale nie tworzyłeś wewnętrznej narracji dotyczącej tego, co się dzieje? Czy możesz sobie przypomnieć czas, kiedy po prostu byłeś, a nie robiłeś nic – niekoniecznie medytując czy też relaksując się? Kiedy byłeś nieruchomy, ale nadal pilnie obserwowałeś, nie przejmowałeś się osądami (dobre – złe, w porządku – nie w porządku), ale po prostu pozwalałeś, by wszystko wokół ciebie było tym, czym jest? Czy pamiętasz momenty, w których byłeś w uważnej obecności?

Gdy pierwszy zetknęłam się z tymi pytaniami, moje wspomnienia podążyły do okresu dzieciństwa. Dziecko JEST. Nie ocenia, nie martwi się na zapas, żyje chwilą i dobrze się przy tym bawi. Gdy płacze, to płacze. Gdy się raduje, to się po prostu raduje. Z lekkością przychodzi mu obserwowanie świata i bycie w tu i teraz.

Najprościej mówiąc, uważna obecność jest zwracaniem uwagi na bieg życia bez oceniania i osądzania tego, co się dzieje. Ptaki latają w powietrzu, dzieci bawią się na ślizgawce, szef ma gorszy nastój, przyjaciółka pije zieloną herbatę… – to wszystko rzeczy, na które należy pozwolić, które trzeba zauważyć i nad którymi należy się pochylić, ale których nie należy osądzać i dzielić na złe lub dobre. Osądzanie i ocenianie wszystkiego, co dzieje się wokół nas, jest naturalne. To podstawowy instynkt samozachowawczy, który bardzo często spełnia ważną funkcję. dobrze jest przecież wiedzieć, komu można komuś zaufać, jakiś dzielnic w mieście unikać i kiedy nie pić alkoholu. Istnieją rzeczy, które mogą nas zranić. a my sami robimy sobie przysługę, rozpoznając je i unikając ich. Uważna obecność to nie jest chodzenie po świecie w stanie wiecznego upojenia szczęściem i badania sekretu każdego kwiatka na łączce w celu odkrycia zawartych w nim tajemnic wszechświata.

Uważna obecność to koncentracja na tu i teraz, podejście, które sprawia, że życie jest bogatsze i bardziej pouczające. Jeśli podchodzisz do życia jak do doświadczenia, które może cię wiele nauczyć, z pewnością nadarzy się wiele okazji do dojrzewania i podążania do mądrości życiowej.

ODDECH, TWÓJ PRZYJACIEL                                        

Christophe Andre w swojej książce Medytacja dzień po dniu. 25 lekcji uważnego życia pisze, że oddech to kotwica uważności, która pomaga nam przycumować do chwili obecnej. Czasami jest to kotwica zwana przez marynarzy pływającą – pozwala on statkowi zwolnić i nie przewrócić się w czasie sztormu, kiedy żaden inny manewr nie jest możliwy. Oddech jest zawsze gotowy do pomocy przyjaciel. Uważajmy, by nie wymagać od niego rzeczy niemożliwych: nie ma sensu starać się oddychać po to, żeby nie czuć (stresu, smutku, niepokoju, strachu, gniewu) . Należy oddychać, aby nie dać się pochłonąć. Skupiamy się na oddechu, tak jak prosimy przyjaciela, żeby był przy nas, kiedy stawiamy czoło jakiejś trudności. 

Trzyminutowa przestrzeń na oddech to pierwszy krok świadomej odpowiedzi na wszelkie sytuacje i uczucia, które w danym momencie są dla nas wyzwaniem. Przydaje się zwłaszcza, gdy nasz umysł jest rozbiegany, a uczucia, które próbują się wydostać na powierzchnię nieświadomości, są trudne. Zaczyna paraliżować nas lęk, powoduje nami złość, czujemy się winni, może zawstydzeni. Najczęściej nie umiemy jeszcze tych emocji nazwać, ich zapowiedzią jest bliżej nieokreślony dyskomfort. Żeby uniknąć wyparcia tego, co w nas jest, i żeby nie uciec w kołowrót niepotrzebnych myśli, potrzebujemy się zatrzymać. W takich chwilach poszukajmy stabilności, jasności i wglądu, które oferuje nam uważna obecność. Przestrzeń na oddech zawiera w trzech zwięzłych krokach wszystkie umiejętności rozwijane w nauce na uważności, opracowanej przez Jona Kabata – Zinna (profesora medycyny na Uniwersytecie Massachusetts, światowej sławy autora, naukowca i nauczyciela medytacji). Praktyka ta pozwala szybko i nadspodziewanie skutecznie przestawić się na tryb uważnego bycia, kiedy usiłuje zawładnąć nami krytyczne myślenie i działanie, które ma na celu wyparcie autentycznych uczuć.

Krok 1. Uświadomienie

Siądź albo stań w wyprostowanej, pełnej godności postawie. Zamknij oczy. Następnie, wprowadzając do swego wewnętrznego doświadczenia świadomość, zapytaj siebie: Czego doświadczam w tej chwili?.

  • Jakie myśli przebiegają mi przez umysł? Najlepiej jak potrafisz, dostrzeż obecne w tobie myśli, traktując je jako zdarzenia mentalne – możesz opisywać je słowami.
  • Jakie uczucia są obecne? Zwróć uwagę na odczucia emocjonalnego dyskomfortu czy przykrości, przyjmując do wiadomości ich obecność.
  • Jakie doznania ciała są obecne właśnie teraz? W tym momencie możesz wykonać szybki przegląd ciała, żeby wychwycić wszelkie doznania ściśnięcia lub spięcia.

Krok 2. Skupienie

Przenieś uwagę na doznania fizyczne towarzyszące oddechowi, nie kontrolując go.

  • Skup się na odczuwaniu oddechu w brzuchu… poczuj, jak ściana jamy brzusznej się uwypukla w czasie wydechu… i zapada się w czasie wydechu.
  • Śledź całą drogę oddechu w głąb ciała i na zewnątrz, a świadomość oddechu niech będzie kotwicą, która trzyma cię w chwili obecnej.

Krok 3. Rozszerzenie

  • A teraz rozszerz pole swojej świadomości skupionej na oddechu, tak że oprócz doznań związanych z oddechem zaczniesz uświadamiać sobie poczucie ciała jako całości, jego pozycję oraz wyraz swojej twarzy.
  • Jeśli uświadomisz sobie jakieś doznania dyskomfortu, napięcia czy oporu, uczyń je ośrodkiem uwagi, wdychając do nich każdy wdech i z nich wydychając każdy wydech, coraz bardziej przy tym rozluźniając się i otwierając. Jeśli chcesz, możesz na wydechu mówić sobie w myślach:jest w porządku… cokolwiek jest, już i tak jest – niech więc to poczuję.
  • Najlepiej jak potrafisz, wnoś tę rozszerzoną świadomość w kolejne chwile dnia.

Celem pierwszego kroku przestrzeni na oddech jest pełny powrót do chwili obecnej i wyjście z trybu działania. Przestajemy dążyć do tego, żeby być gdzie indziej niż jesteśmy. Uczymy się powstrzymywać od autokrytycznego osądzania, po prostu obejmujemy świadomością to, co w tej chwili jest – takie, jakie jest. Utrzymywanie tej postawy jest trudne. Żeby nie wpaść w koleiny starych nawyków myślowych, które oderwą nas od przeżycia tego, co w nas się wydarza, robimy krok drugi, czyli skupiamy się na doznaniach bieżącego oddechu. W ten sposób dajemy sobie szansę na to, żeby nasz umysł odnalazł równowagę i trwał tu i teraz. Skupiwszy się w ten sposób, przystępujemy do kroku trzeciego – rozszerzamy pole świadomości na całe ciało. Wchodzimy w pełen przestrzeni tryb bycia i, najlepiej jak potrafimy, pozwalamy, aby owa obszerniejsza przestrzeń bycia trwała w nas, gdy wrócimy do wcześniejszego zajęcia. Te trzy kroki pomagają nam płynnie przechodzić z trybu działania do trybu bycia.

Jak się teraz czujesz? Jak się czujesz w tym momencie, kiedy bierzesz wdech i na chwilę odrywasz się od czytania? W tej krótkiej przerwie, w której nie ma słów i nie ma myśli? Gdybyś miał „poczucie siebie”, co by to teraz znaczyło? Sprawdź.

SPACER W UWAŻNEJ OBECNOŚCI

Nie mogę pisać o uważności, spokoju ducha i przepływie, nie wspominając o moim ulubionym sposobie medytacji, czyli o spacerze w uważnej obecności. To po prostu bardzo wolny spacer, podczas którego zwracasz uwagę na wszystko, co zdarza się wokół ciebie. To bardzo miła rzecz, którą możesz zrobić w okolicy, w której mieszkasz, w swoim ogrodzie albo w jakimś naturalnym środowisku w pobliżu swojej pracy. Zacznij od skoordynowania kroków z oddechem. Stawiaj jeden krok, biorąc wdech, kolejny, robiąc wydech. Idź tak przez chwilę skupiając się na tym, jak każda ze stóp dotyka podłoża, jak rozszerza się twój klatka piersiowa, bez względu na to, jak dziwnie będziesz się czuć, idąc tak wolno. Stopniowo przenoś uwagę na to, co cię otacza. Ze zdumieniem odkryjesz, ile szczegółów uciekało ci do tej pory.

PYTANIE DO SERCA

Uważność na siebie jest formą miłości do siebie – nie tej narcystycznej, której nigdy nie da się nasycić, ale miłości, która jest zgodą na to, kim jesteśmy; na siebie ze wszystkimi naszymi ograniczeniami. Trudno być dobrym dla siebie, jeśli jest się na siebie nieuważnym. Trudno być blisko siebie samego, jeśli się siebie nie widzi. Każda chwila jest dobra, aby zacząć: dotknąć siebie samego. Każda chwila jest dobra, żeby zadać sobie pytanie o to, jak się czujesz, zatrzymać się, choćby na pięć minut, żeby spytać swojego serca, jak ci jest. Proces, który pogłębia uważność na siebie, jest dochodzeniem do swojego centrum, do środka siebie. Uważność na siebie oznacza, że umiemy zapuścić w siebie sondę i rozpoznać, czego tak naprawdę potrzebujemy i to właśnie sobie dawać.

Podsumowując: uważna obecność jest drogą do zmiany naszego życia i zyskania bardziej otwartego spojrzenia na świat. Nie może być jedynie mentalnym fitnessem, który łagodzi stres i zwiększa wydajność w pracy i życiu osobistym. Uważna obecność ma otwierać nasze umysły i serca na bezpośrednie doświadczenia i prowadzić do prawdziwych i trwałych zmian w życiu.

Autor tekstu:  MAGDALENA WOLFART – SAMSELSKA

Źródło: https://esencjezycia.wordpress.com/2016/01/19/uwazna-obecnosc/

                                                                              21 tekst

19

18 

20

 

Czytaj więcej ...
Czytaj mniej ...
09
lip
2016

PO ROZSTANIU…

Długołęcka i Reiter: Jak odbić się od dna po rozstaniu?

Miejmy w pamięci, że gdy pocieszamy się jakimś mężczyzną, to tak, jakbyśmy pocieszały się zakupami, wycieczką czy ćwiczeniami, z jedną zasadniczą różnicą – przy okazji możemy skrzywdzić człowieka

Widziałam taką grafikę: jeśli twój związek trwał rok, zrób miesiąc kwarantanny. Jeśli miesiąc, to tydzień. Jeśli tydzień, to jeden dzień. A jeśli dzień, to godzinę.

Jakie to proste. Ale w kwarantannę wierzę i jestem jej propagatorką, chociaż myślę, że czas nie jest wystarczającym miernikiem. Czas w związku robi swoje, ale jakość związku nie łączy się tylko z czasem. Dlatego rozstanie rozstaniu nierówne. Jeśli mamy rozmawiać o rozstaniu, to myślę o rozstaniu po tzw. prawdziwym związku.

Czyli?

Takim, w który wchodzimy całymi sobą, kochamy bezwarunkowo, podejmujemy ryzyko emocjonalne. Związek, w którym nasze życia się splatają. Wtedy rozerwanie więzi będzie wymagało żałoby. To czas godzenia się ze stratą. Rozstania są w literaturze nazywane „małą śmiercią”, a schemat psychologiczny w rozstaniu i w żałobie jest podobny. Być może przy rozstaniu uwidacznia się różnica płci, więc pozostańmy przy kobiecej perspektywie. Zacytuję Marię Czubaszek: kiedy od mężczyzny odchodzi kobieta, to odchodzi kobieta, a kiedy od kobiety odchodzi mężczyzna, to wali jej się świat.

Znam mężczyzn, którym walił się świat po rozstaniu.

Oczywiście, ja też. Świat bez kobiety może stać się światem pustym. Ale jest w tym powiedzeniu cierpka prawda. Wynika z innego ustawiania życia – kobiety, które angażują się w tworzenie domu i wychowanie dzieci, częściej rezygnują z innych obszarów życia dla związku – z wyboru lub konieczności. I kiedy związek się kończy, zostają same z mnóstwem rozgrzebanych spraw i rzeczywistość całkowicie je przytłacza, ponieważ pustka pączkuje na wszystkie pozostałe obszary życia. Ponadto w naszej kulturze to kobiety w większym stopniu, nawet podskórnie, obarczają się winą za rozpad związków, bo „za mało się starały” na każdym polu – kochanki, żony, matki i gospodyni domowej. To brzmi archaicznie i trywialnie, ale taką mamy schedę kulturową. Mężczyznom w pewnym sensie łatwiej się rzucić w pracę, romanse i różnie rozumiane rozrywki. To też schemat, ale w rozpaczy łatwo wpadamy w schematy.

W takim razie też jestem mężczyzną, bo po rozstaniu rzuciłam się w pracę.

I dobrze. Ucieczka w pracę nie jest taka zła. Generalnie są trzy nurty ucieczki. Jeden – w pracę, pod warunkiem że ją lubimy i czujemy się potrzebne. Drugi, bardziej filozoficzny – w kontakt z przyrodą, w podróż. Coś, co bardziej koncentruje nas na doświadczeniach fizycznych, nawet cielesnych, doświadczaniu czegoś nowego, doświadczaniu świata. Ale jest jeszcze trzeci – uciekanie w kolejne związki albo seks. Z założeniem, że tym razem to nie będzie głęboka relacja, ale taka, że „to on będzie się starał”. Szukamy osób, które będą dawały nam dowody na to, że nie jesteśmy takie fatalne, jak nam się wydaje.

Poważnego związku bez przejścia kwarantanny się nie stworzy?

Zawsze jest jakaś szansa. Ale jak sama pani wie, zakochanie się jest ryzykiem emocjonalnym i to jasne, że po rozstaniu nie jesteśmy gotowi na to, żeby drugiej osobie zaufać. Potrzebny nam czas, by pogodzić się ze stratą, odbudować szacunek do samych siebie. Jaką mamy szansę na zbudowanie silnego związku, nosząc w sobie tyle urazy, wątpliwości, goryczy? Problem jest podwójny, ponieważ oprócz utraty bliskiej osoby tracimy tę część samych siebie, która pokochała tego człowieka z jakichś powodów. I z tą częścią też musimy się pożegnać. Przeżywając utratę, żegnamy się z określonymi nadziejami, pomysłami na życie, nic dziwnego, że tracimy poczucie sensu. Taka zmiana wewnętrzna może być bardzo trudna i bolesna, zanim stanie się rozwojowa. Tracimy część siebie i jednocześnie bliskiego człowieka, z którym chciałyśmy dzielić życie. Nie ma wtedy miejsca na nowego – ani w obszarze wewnętrznym, ani zewnętrznym.

Nie ma człowieka, ale jest puste miejsce.

No właśnie. Dopóki nie opłaczemy człowieka który odszedł, dopóty będziemy projektować jego obraz na następnego. Zazwyczaj szukamy wtedy osoby bardzo podobnej albo wręcz przeciwnie, jej przeciwieństwa. Ale to właśnie znaczy, że nie jesteśmy w tym poszukiwaniu wolne. Nie przyjmujemy człowieka takim, jaki jest, i my też do końca nie jesteśmy sobą. Bo jeszcze nosimy w sobie ślad, który pozostawił ten ważny dla nas człowiek. I on determinuje nasze decyzje, wybory.

Jest takie pojęcie „rebound”. To chłopak lub dziewczyna na otarcie łez, żeby sobie poprawić samopoczucie, pocieszyć się.

Wyjdę na moralizatorkę. Powiem tak: pocieszać się można na różne sposoby. Bywa, że pocieszamy się także ludźmi. Jednak nie powinnyśmy się dziwić, że potem mamy kaca moralnego. Albo że nasze potrzeby nie są zaspokojone. Nie jestem przekonana, że to może przynieść prawdziwe ukojenie. Być może w sytuacji, kiedy były partner mocno nadwerężył nasze poczucie atrakcyjności, również seksualnej, przy którym czułyśmy się brzydkie, odpychające, gorsze od innych kobiet – być może wtedy przejściowa relacja z fajnym, atrakcyjnym facetem, który jest w nas wpatrzony, może podreperować cząstkę nas. Miejmy jednak w pamięci, że gdy pocieszamy się jakimś mężczyzną tak, jakbyśmy pocieszały się zakupami, wycieczką czy ćwiczeniami, to jest jedna zasadnicza różnica – przy okazji możemy skrzywdzić człowieka. Nowa sukienka nie cierpi, a człowiek jak najbardziej może.

Omówmy więc schemat rozstania. Jak rozsądna kobieta, która dba o siebie i nie manipuluje uczuciami mężczyzn, powinna postąpić.

Wspomniana ucieczka w pracę może być skuteczna, jeśli praca, którą wykonujemy, daje nam poczucie sensu. W przeciwnym razie będzie potęgować poczucie pustki – grozi wpadnięciem w kołowrót: praca, pusty dom, praca, pusty dom itd.

Inna rzecz, która uwalnia, to bliskie relacje. Bardzo często po zerwaniu odnawiamy innego rodzaju więzi. Z dzieckiem, które trochę zaniedbywałyśmy, skupiając się na naprawianiu relacji z mężczyzną. Z przyjaciółmi, z którymi znajomości były ucinane z powodu braku czasu albo zazdrości o partnera lub partnera o nas. Z rodzicami, którym możemy poświęcić więcej czasu. Te więzi są równie ważne i wartościowe dla naszego życia.

Użyła pani określenia „rozsądna kobieta”. Nikt nie jest rozsądny w momencie, kiedy coś się kończy. Tracimy rozsądek. To, o czym możemy porozmawiać, to nie jest proces świadomy, realizowany punkt po punkcie. Zdrowy rozsądek może się tu pojawić, jeśli mamy już swoje lata i doświadczyłyśmy różnego rodzaju strat, niekoniecznie związanych z utratą miłości – myślę tu o chorobie i śmierci. Wiemy wtedy, że coś, co się wydaje nie do przeżycia, jest do przeżycia. Znamy już siebie w cierpieniu i wiemy, że mamy siłę, że wytrzymamy. Oczywiście są to kwestie indywidualne – czy mamy skłonność do sięgania po pomoc bliskich, szukania sobie aktywności, zamykania się w sobie, wpadania w stany depresyjne czy we wściekłość. Ale już wiemy, jaki sposób był skuteczny w wychodzeniu z emocjonalnej opresji. Wiemy, jak sobie pomóc.

Czasami jednak samych nas zaskakuje to, co nam pomaga. Okazuje się, że to zupełnie inne rzeczy albo inni ludzie, niż sądziliśmy.

Jaki jest pierwszy etap tego schematu rozstania?

Szok. Ktoś się pakuje i wyprowadza, przestajemy się spotykać. Odczuwamy pustkę. Często rozstanie następuje w momencie, kiedy się nam wydaje, że zaraz wejdziemy na wyższy poziom relacji. Że niebawem zaczniemy budować dom, postanowimy razem zamieszkać, pojawi się dziecko. Wydaje nam się, że ten moment powinien zmieniać nasze życie pozytywnie, a tu koniec. Okazuje się, że relacja nie wytrzymuje zderzenia z wyobrażeniami o niej, z priorytetami, które się rozmijają, decyzjami, których jedna strona nie chce, nie umie podjąć. A przecież wszystko sobie poukładaliśmy, zaplanowaliśmy, umówiliśmy się na coś, obiecaliśmy sobie, że ! Więc to jasne, że rozstanie nie mieści nam się w głowie. Z reguły ta faza trwa dosyć krótko, kilka tygodni, bo to jasne, że nasza psychika będzie się bronić przed tak radykalną zmianą.

Co potem?

Faza zaprzeczenia.

Myślimy, że jeszcze to się odkręci, ułoży, że wróci?

Że popełniliśmy błędy, ale przecież byliśmy sobie przeznaczeni, że może się jednak odezwie. Zachowujemy rzeczy tej osoby. Nadal jest znajomym na FB, nie kasujemy jego numeru telefonu. Łudzimy się: on pewnie też cierpi tak jak ja, zrozumie błędy, naprawi je. Myślimy – mimo braku jakichkolwiek przesłanek – że to ma jeszcze szanse.

A później zaczynamy myśleć, że jednak nie ma.

I pojawia się gniew. Zaczyna się faza szukania winnego. I złość. Nawet agresja. To mechanizmy obronne. Nie trzeba się ich tak bać, bo chronią nas i dawkują cierpienie. Tłumienie żalu i złości rujnuje nasze ego i zdrowie, więc trochę tego dziegciu, trochę tej złości się przydaje. W fazie złości bardzo ważna jest obecność zaufanych przyjaciół.

Po to, by nie tracić klasy przed obcymi?

Żeby nie tracić twarzy przy ludziach w pracy, opowiadając wszem wobec, jakie jesteśmy skrzywdzone, nie wchodzić w rolę ofiary. Żeby zachować szacunek do siebie. Z drugiej strony to bardzo potrzebne, byśmy mogły pozwolić sobie na to. Możemy dać sobie prawo, by złość z siebie wywalić, zrobić z siebie osobę skrzywdzoną i niesprawiedliwie potraktowaną, ale w obecności osób, które to z nami przejdą, wysłuchają, zniosą, zrozumieją, że musimy się wypłakać i wyzłościć, żeby móc wreszcie odzyskać pewną równowagę. Natomiast najmniej odpowiednim zachowaniem jest zalewanie falą pretensji i nienawiści byłego partnera albo wpędzanie go w poczucie winy. Mamy prawo tak myśleć i czuć, ale naprawdę lepiej jest się w tej fazie odseparować. I wylać żale przed osobami, które są godne naszego zaufania i akceptują nas bezwarunkowo.

I to jest ten moment, kiedy wykasowujemy jego numer telefonu.

Tak. Jest tu kilka klasycznych zachowań: wycinanie twarzy ze zdjęć, wyrzucanie prezentów od tej osoby, można oddać pierścionki czy sukienki od niego koleżankom, nawet tym, za którymi nie przepadamy.

Jest jeszcze jedna rzecz, która powoduje, że tracimy całkiem klasę i której powinnyśmy za wszelką cenę unikać. Jeśli partner odchodzi do innej, to nie powinnyśmy okazywać agresji wobec tej kobiety. Nie obciążajmy odpowiedzialnością osób trzecich. Bo jeśli związek jest trwały i oparty na zaufaniu, to żadna trzecia osoba nie jest w stanie go rozbić. Odpowiedzialność za zdradę jest sprawą partnera i jego sumienia. To zachowanie nie fair i kierowanie złości w niewłaściwym kierunku. Pokazuje, że traktujemy byłego partnera jako osobę pozbawioną woli i trochę jak naszą własność, którą ktoś skradł. A przecież to była jego decyzja.

W dodatku rywalizując z nową kobietą, porównując się z nią, wiele ryzykujemy, bo nieuchronnie z czasem uderzy to w naszą samoocenę.

To naturalne, że się porównujemy. Co ona takiego ma, czego ja nie mam? Dlaczego jest „lepsza”?

To najprostsza droga, by sięgnąć dna. Niestety, robimy to. Porównywanie się uderza w naszą kobiecość, ale też w pewne wartości ogólnoludzkie, czujemy się przegrane jako kobiety, ale też kompleksowo. Czujemy, że nie mamy nic do zaoferowania światu. Bo skoro okazałam się mało atrakcyjna, nieciekawa, to znaczy, że jestem generalnie beznadziejna.

Katarzyna Surmiak – Domańska napisała kiedyś reportaż o wdowach („WO” z 25 lutego 2008 r.). Jedna z nich powiedziała, że to w sumie lepiej, że mąż umarł, a nie odszedł do innej. Zszokowało mnie to, ale rozumiem, co mogła mieć na myśli. Bo to okropne uczucie, że jesteś niewystarczająco dobra.

To duża odwaga, że potrafiła tak szczerze się wypowiedzieć. Nie ma w tym moim zdaniem nic złego, że w sytuacji ekstremalnej czujemy skrajnie egoistyczne emocje. Jesteśmy więc nieobiektywne, nieracjonalne, nasze ego cierpi i wtedy nie bardzo możemy poza nie wyjść. Gdybyśmy podchodziły do tego na chłodno, no, toby świadczyło prawdopodobnie o tym, że to nie była prawdziwa miłość, prawda?

Na pewnym poziomie dojrzałości możliwe jest jednak, że nawet w fazie rozstania mamy świadomość, że nie podchodzimy do tego tak egoistycznie. Jest powiedzenie: jeśli kochamy naprawdę, to pozwalamy drugiej osobie odejść.

Szlachetnie. Ale my w naszym schemacie jesteśmy jeszcze w tej fazie, kiedy on jest palantem, a ja go nienawidzę.

Mamy tu takie elementy, jak tęsknota, żal, rozpacz, dezorganizacja. Zastanawiamy się, „co by było gdyby”. Może gdybym zrobiła coś inaczej, toby został? Analizujemy, szukamy przyczyn, rozmawiamy z terapeutami, z przyjaciółkami. Miotamy się: kasujemy SMS-y, maile, a potem gorączkowo wyciągamy z je pamięci komputera, odzyskujemy od znajomych zdjęcia. To się może ciągnąć i ciągnąć. Nie możemy się pożegnać, dopuścić do tego, by nastąpił kolejny etap, w którym uświadamiamy sobie, że to już definitywny koniec.

Na tym etapie nie jesteśmy w stanie jeszcze „wejść w głowę” drugiej osoby, zrozumieć jej. Nie jesteśmy w stanie pojąć, że on tego sądnego dnia siedział na kanapie i oglądał telewizję, potem wstał i powiedział, że życie w tym wymiarze nie ma dla niego sensu, że odchodzi. Bo przecież nie zawsze jest tak, że partner odchodzi porwany nową namiętnością. Część odchodzi, bo nie chce być w tym związku, po prostu. Czasem nawet nie chodzi o ten konkretny, lecz o związek w ogóle.

Więc kolejna faza to zrozumienie tej osoby?

Wcześniej jeszcze jest sięgnięcie dna, totalna utrata własnej wartości. Po tych wszystkich dywagacjach bierzemy winę na siebie i uznajemy, że jesteśmy beznadziejne. Przeżyła to pani? W co to uderzyło?

Uznałam, że jestem za mało kobieca, nieatrakcyjna seksualnie, moje życie jest zbyt rutynowe, codzienny znój zamiast przygody.

Za mało kobieca Jeśli pani wierzy, że on oczekiwał – i bądźmy przez chwilę złośliwe – hiperkobiecej, wiecznie zadowolonej i zachwyconej nim kokietki i trzpiotki, to może dobrze, że się rozstaliście, bo pani na pewno taka nie jest.

Ale mogłam się postarać.

Tylko po co? Druga opcja – pani sobie uroiła, że akurat takie były jego oczekiwania. Trudno uznać to za fakt, że partner, z którym spędziła pani kilka lat, miał takie groteskowe wyobrażenie kobiety swojego życia i związku. Być może kryzys dotyczył innych aspektów.

Prawda jest taka, że w tej fazie trudno będzie pani zrozumieć jego perspektywę.

To teraz jestem na dnie.

To faza najtrudniejsza. Czasami deprecjonujemy w ogóle sens swojego istnienia. Czasem swoją kobiecość. Czasem uznajemy, że nie potrafiłyśmy stworzyć ogniska domowego, nie umiałyśmy być dobrymi matkami i kochankami jednocześnie. Jesteśmy dziś strasznie zniewoleni tym poradnikowym stylem – że wszystko da się rozwiązać, załatwić. Pojawiają się też takie myśli, w które wtłacza nas kultura – że nie potrafiłyśmy utrzymać przy sobie mężczyzny. Tak jakby związek był smyczą. Że nie potrafiłyśmy stworzyć systemu obostrzeń, żeby mężczyzna nas się trzymał i nie puszczał.
To niebezpieczna faza, w której w sposób sztuczny możemy próbować poprawić tę nadwerężoną samoocenę. Próbujemy się przekonać, że jednak jesteśmy atrakcyjne i wartościowe, ładujemy się w kolejne związki i próbujemy odzyskać to, czego same się pozbawiłyśmy. Jeśli wiążemy się z kimś, by sobie wzajemnie podreperować samoocenę, to może to być najwyżej romans, ale związku nie stworzymy. A my chcemy stworzyć związek, prawda?

Chcemy.

No właśnie. I wracamy do tego, że kwarantanna jest potrzebna po to, żeby odbudować samą siebie. W związku, który umiera, na etapie ratowania go często tracimy siebie. Tak bardzo zapędzamy się w tym staraniu się, że już nie wiemy, kim naprawdę jesteśmy, i nie potrafimy być same. A tak naprawdę – powiem górnolotnie – żeby odkryć i zbudować siebie, musimy to zrobić same, a nie uzależniać tego całkowicie od drugiej osoby. Żeby wejść w kolejny związek, musimy zobaczyć, kim jesteśmy, polubić się za coś.

Oczywiście dobrze, by znalazł się ktoś, kto powie nam: „Jesteś superbabką”. Wcześniej nie dowierzamy przyjaciołom, bo co z tego, że ktoś tak uważa, jeśli najważniejsza osoba w moim życiu była innego zdania? To jak mówienie zbyt wcześnie kobiecie, która straciła dziecko: „Jeszcze jesteś młoda, urodzisz następne”. To może mieć sens, ale po jakimś czasie, gdy ona opłacze tę stratę sama. Tak samo nie działa, jeśli ktoś tydzień po utracie miłości życia mówi nam: „Za jakiś czas ci to minie i zobaczysz, ilu jest wspaniałych mężczyzn”.

I jak się odbijamy – poza tym, że akceptujemy to, że jesteśmy superbabkami?

Siłę daje aktywność, często ta związana z dbaniem o siebie. To, że zaczniemy uprawiać sport, cieszyć się z doznań związanych z fizycznością. Czasami, jeśli to, co mamy w głowie, przynosi cierpienie, to ciało może dostarczyć tego, co przyjemne. Ludzi podnosi pomaganie innym lub twórczy rozwój. To może być moment na decyzję o psychoterapii. Krok po kroku budujemy swoją wartość, samoakceptację. I możliwe jest wyjście z postawy zgorzknienia do postawy życzliwości. Skoncentrowania się na tym, co w życiu jest fajne, cieszenia się chwilą. W tej fazie urządzamy sobie mieszkanie tak, jak lubimy, czytamy książki i oglądamy seriale, na które nie miałyśmy czasu, kąpiemy się długo, słuchamy na pełen regulator muzyki, bo wreszcie nikomu to nie przeszkadza.

To przyjemne. Może się tak spodobać, że już z nikim nie będziemy chciały być.

Być może, ale na jakiś czas. Bo to jest właśnie kwarantanna. No i poza tym, że czerpiemy przyjemność z tej wolności, możemy czuć się też cholernie samotne. Zjadłam sobie to, co lubię, poleżałam w tej wannie do oporu i spotkałam się z przyjaciółmi, za którymi on nie przepadał, a jednak mi smutno. Pozwólmy sobie na te ambiwalentne uczucia. Czytałam ostatnio wywiad z Julią Hartwig i była tam piękna metafora – że czym innym jest podróżowanie z kimś, a czym innym samotnie. Że cudownie jest podróżować z kimś, kogo kochamy, z kim chcemy się dzielić. Ale musimy też mieć czas na samotne podróże, jeśli chcemy zebrać doświadczenia nowych sytuacji i wiedzę o sobie samych. No właśnie, kwarantanna jest taką samotną podróżą. Porażką, ale też szansą na poważny rozwój.

Możemy poczuć, że dzielenie się doświadczeniem jest wartością, ale nie warunkiem tego, żeby się cieszyć ze swojego istnienia. Że partner nie powinien być naszym zwierciadłem, że też jest autonomicznym człowiekiem. Odkrywszy własną autonomię, będziemy umiały uszanować cudzą. Nie będziemy już traktować tego, że nie dzielimy się wszystkim, jako odrzucenia czy braku więzi. W tej fazie możemy też poczuć, że to uczucie było złudą, wyobrażeniem związku. A jeśli tak nie było i relacja była głęboka i wartościowa, mimo że się skończyła, to przestajemy żałować, że nam się to spotkanie przydarzyło.

I pojawia się wdzięczność.

Otóż to. Dla tej samej osoby, którą niedawno nienawidziłyśmy całym sercem. I przez którą czułyśmy się skrzywdzone. Czasami można to tej drugiej osobie powiedzieć po latach, a czasami nie trzeba, bo to jest oczywiste. Na przykład umiera jego ojciec i chcemy być przy nim w tym momencie. Albo z perspektywy czasu rozumiemy różne jego decyzje, z którymi się nie zgadzałyśmy i traktowałyśmy jako atak na siebie i zaniedbanie. W tej fazie widzimy owoce tego, do czego dążył, i uznajemy, że to jednak miało jakiś sens. Zapominamy to, co było złe, i wspominamy tego człowieka od najlepszej strony. Ta osoba była dla nas ważna – bez względu na to, co się stało. Pewne rzeczy się w życiu kończą i może brzmi to trywialnie, ale nasze drogi się rozchodzą, bo każde wybrało inny kierunek. Nie oznacza to, że kiedyś nie łączyło nas uczucie.

I nawet może przyjść taki moment, że poczujemy, jak dużo zawdzięczamy samemu rozstaniu, bo dzięki niemu poznałyśmy same siebie, poznałyśmy swoją wrażliwość i skalę wartości. Zrozumiałyśmy, co jest ważne. Ale taka wiedza przychodzi na dalekim etapie.

A jeśli ja odchodzę od niego? Też powinnam przejść kwarantannę?

Również. Można tu wyróżnić podobne etapy. Wiele zależy od tego, czy byłyśmy lojalne czy kłamałyśmy, czy wysyłałyśmy jasne sygnały, że czujemy, iż nasz związek się rozpada, czy podejmowałyśmy próby naprawy. Jeśli mamy spokojne sumienie, to i tak zazwyczaj przy rozstaniu mamy poczucie odpowiedzialności i winy, i cierpimy, ponieważ druga osoba cierpi. Chcemy odejść tak, by ta druga osoba miała poczucie, że byliśmy w porządku. Często nie rozumiemy, że ona musi przejść przez fazę nienawiści do nas. Jako odchodzący też czujemy się samotni i nasze życie jest zdezorganizowane – bo jednak mnóstwo stworzyliśmy razem. Możemy mieć taką skłonność, by zaprzyjaźnić się z osobą, którą porzucamy. Nie jestem zwolenniczką tego rozwiązania. Wierzę w wyjątkową więź, która pozostaje, ale już w fazie dalekiej kwarantanny opartej na poczuciu wdzięczności za wspólny czas. Szybkie zaprzyjaźnianie się jest aktem egoizmu, uwalniania się z poczucia winy, oplątywaniem drugiej osoby, uniemożliwianiem jej, by uwolniła się od nas.

Zaprzyjaźniamy się, bo nie chcemy czuć się jak świnia.

Ten egoizm może być jeszcze silniejszy – chcemy podtrzymywać miłość partnera, od którego odeszłyśmy, bo to nas dowartościowuje. Czyli pastwimy się nad tą osobą, dając jej jakieś złudne nadzieje. Oczywiście pozornie tego nie robimy, nawet poznajemy ją z naszym nowym partnerem, ale łechce naszą próżność to, że tamten cierpi, że jest zazdrosny. To skrajny egoizm wynikający z ochrony dobrego mniemania o sobie.

Podsumowując: jeśli to my kończymy ważny związek, to zasada kwarantanny też się przydaje, bo wszystkie mechanizmy, o których rozmawiałyśmy, nas dotyczą. Jesteśmy o tyle do przodu, że wiemy, dlaczego chciałyśmy skończyć ten związek, i że chcemy coś zrobić ze sobą.

Nie ma tego poczucia obniżenia wartości.

Ależ jest, bo czujemy się podle. Czujemy się złymi ludźmi. Mamy wyrzuty sumienia – że może mogłyśmy postępować inaczej, że nie potrafiłyśmy się poświęcić i zostać w związku. Czasami odchodzimy, bo same uznajemy, że jesteśmy nieodpowiednie i że dlatego ten związek się nie klei. Czasami to wynika z poczucia, że nie możemy w tym związku być sobą, że za bardzo się poświęcamy, i już w ogóle nie wiemy, kim jesteśmy, i mamy tego dość. Dusimy się i musimy wyjść, żeby oddychać.

O tyle inaczej przebiega ta kwarantanna, że już jesteśmy dalej w fazie budowania swojej samooceny. Jesteśmy pogubione, ale wiemy, że chcemy odzyskać stabilność, chcemy odzyskać siebie. Może się jednak okazać, że mimo iż mamy przestrzeń, to kompletnie nie wiemy, co zrobić ze swoim życiem. I możemy mieć tendencję, żeby wciąż wracać i odchodzić lub leczyć się za pomocą nowych związków.

Ale też możemy odetchnąć.

Też. Wiele kobiet czuje to po rozwodzie. Zwłaszcza jeśli były w związkach przemocowych, w których były toksyczne relacje, dochodziło do agresji i seksualnych upokorzeń. One również często mają poczucie bezradności po rozstaniu, ale pomimo to czują ulgę. I znów – szukanie faceta od razu w tej sytuacji jest niebezpieczne. To czas na odnowienie relacji z dziećmi, przyjaciółmi.

A seks?

Możemy w tym czasie samotnym być bardzo erotyczne. Możemy odkrywać świat fantazji. Możemy sobie zrobić przerwę, która będzie wynikać z poczucia niezgody na bylejakość w tej sferze. Im bardziej kochamy siebie, tym bardziej nam zależy na seksie połączonym z miłością.

Po rozstaniu można sobie uświadomić, o co w ogóle nam w seksie chodzi, co jest dla nas ważne. Jeżeli się poświęcałyśmy, umierałyśmy w związku, to również miało wpływ na nasz seks – to był seks, w którym rezygnowałyśmy z wyrażania siebie, ze spontaniczności, z radości, swobodnego dialogu, otwartości. Albo gorzej: seks działał na nas depresyjnie, bo byłyśmy z osobą, która miała być najważniejsza w naszym życiu, a czułyśmy, że nie mamy z nią kontaktu. I seks wzmagał nasze poczucie beznadziejności i samotności w związku. Chciałyśmy poczuć dzięki niemu bliskość, a jej nie było. I oczywiście, na tym etapie możemy spotykać różne osoby i odkrywać różne przyjemności, szaleństwa. Ale to są tylko fragmenty, które możemy łapać.

Możemy też odkrywać swoją wrażliwość seksualną, siedząc w samotny wieczór i wzruszając się sceną w filmie lub książce. Z takich erotycznych tęsknot możemy dużo się o sobie dowiedzieć.

Kiedy będziemy gotowe na nowy związek?

Prawdziwych miłości sobie nie wymyślamy i nie planujemy. One się pojawiają, kiedy ich najmniej oczekujemy, ale przychodzą, gdy jesteśmy na nie gotowe.

Jeśli dobrze wykorzystamy kwarantannę i zbudujemy umiejętność bycia samemu, to będziemy już wiedzieć, że to wartość, której warto bronić. To nie zakładanie, że już nie będziemy w związku, ale że będziemy umieli szanować swoje odrębne światy. Będziemy razem również w naszych samotnościach. Autonomiczni, ale bliscy i uważniejsi.

Alicja Długołęcka – edukatorka seksualna, autorka wielu książek, m.in. „Seksu na wysokich obcasach” (wyd. Agora). Pracuje w Zakładzie Psychoterapii Wydziału Rehabilitacji AWF w Warszawie.

 

7cd119eb46017f4228cd3953c5327ba1

Czytaj więcej ...
Czytaj mniej ...