15
Gru
2017

NIEPŁODNOŚĆ – CZY TO WYROK?

Na pytanie: „Kiedy wy?”, można odpowiedzieć: „Kochani, chcieliśmy wam powiedzieć, że staramy się o dziecko, ale w tej chwili mamy z tym pewien problem, leczymy się. Jak nas kochacie, to się módlcie albo trzymajcie kciuki, ale nie pytajcie nas o to, bo to dla nas trudne”. Z Bogdą Pawelec, psycholożką, psychoterapeutką rozmawia Karolina Domagalska

Czy osoby leczące się z niepłodności powinny od początku znajdować się pod opieką psychologa? 

Nie, ale lekarz powinien być świadomy tego, że niepłodność to ogromne obciążenie psychiczne, i kiedy pojawią się problemy emocjonalne, obniżony nastrój, zasugerować wizytę u psychoterapeuty. Niestety, nadal niewielu lekarzy przywiązuje do tego wagę. Potrafią powiedzieć: „Niech pani nie idzie do terapeuty, bo on pani w głowie tak namiesza, że pani już na pewno dziecka mieć nie będzie”. To cytat z Krakowa.

Tymczasem niepłodność to choroba stygmatyzowana prawie jak AIDS, tylko AIDS jest trochę niżej w hierarchii. Badania pokazują, że osoby, które leczą się z niepłodności, przeżywają takie emocje jak te, które cierpią na choroby nowotworowe, ciężkie schorzenia kardiologiczne, czyli choroby na granicy życia i śmierci. Dlatego że brak dziecka, świadomość, że po nas nikt nie zostanie, to jest przecięcie granicy życia i śmierci.

Jest to również granica psychiczna, emocjonalna, ponieważ to jest silna potrzeba biologiczna. To nie kaprys typu nowe buty, nowe auto czy wycieczka zagraniczna.

NIEPŁODNOŚĆ – BY NIE TRACIĆ CZASU I NERWÓW

Czy to zawsze jest czysta biologia? 

Tak jest na samym dnie, ale piętro wyżej jest nacisk społeczny. Nie należy go odbierać negatywnie, bo myślę, że on też wypływa z biologii. To najbardziej znienawidzone przez pacjentów pytanie: „Kiedy wy?”, nie jest pytaniem złośliwym, to jest atawizm: kiedy wy też będziecie mieli dziecko, bo jak nie będziecie mieli, to nasze stado zginie.

Zanim pojawią się nieprzyjemne pytania, para pełna nadziei zaczyna „się starać”. 

To jest zazwyczaj radosny czas: robią nastrój, cieszą się, że będą robić „dzidziusia”. No i najczęściej po roku, a jak para jest starsza, czyli ma ok. 35 lat, to po pół roku zaczynają odczuwać niepokój. Więc idą do lekarza – i teraz wszystko zależy od tego, na kogo trafią. Albo na kogoś niekompetentnego, kto będzie ich mamił, przeciągał badania w nieskończoność, albo na profesjonalistę, który zrobi odpowiednie badania i powie, że trzeba się leczyć albo już zdecydować na in vitro. Dlatego warto, żeby pacjenci wiedzieli jak najwięcej o leczeniu, inaczej mogą stracić sporo czasu, nerwów i pieniędzy.

Kiedy w końcu pada propozycja in vitro, zwykle jest szok. Co gorsza, niepłodność jest taką chorobą, w której bardziej potrafimy pomóc parze mieć dziecko, niż odpowiedzieć na pytanie, dlaczego go nie mają.

NIEPŁODNOŚĆ – CZAS NA AKCJĘ UŚWIADAMIAJĄCĄ 

Jak pacjenci reagują na tę diagnozę? 

Wiedzą, że to jest ostateczność w drodze do posiadania własnego biologicznego dziecka. Nie pozostaje im nic innego. Jak zachowujemy się wobec ostateczności? Albo się uda, albo nie.

Słyszy się opinie, że in vitro to pójście na łatwiznę. 

Łatwiznę? Zastrzyki w brzuch, kontrolowanie cyklu, sztucznie wywołana menopauza, bo w przypadku długiego protokołu najpierw podajemy hormony wstrzymujące produkcję komórek, co może przypominać objawami menopauzę. Potem znieczulenie, pobieranie komórek, potem ból, bo to przecież boli. Tych komórek trzeba wydobyć dziesięć, a nie jedną, żeby mieć większą szansę, że kilka się zapłodni. Wiemy, że w naturze na dziesięć zarodków tylko trzy się będą rozwijać. Choćbyśmy wrzeszczeli, że tam jest dziesięcioro dzieci, to i tak statystycznie tylko trzy zarodki przetrwają.

Szkoda, że to nie jest wiedza powszechna. 

To powinna być elementarna wiedza. 15 lat temu, gdy nie było jeszcze akcji „Rodzić po ludzku”, kobieta myślała, że musi być upokorzona. Teraz jest czas na akcję uświadamiającą, czym jest niepłodność.

NIEPŁODNOŚĆ – NIE MOŻNA CZUĆ SIĘ WINNYM 

Jak leczenie niepłodności przeżywają kobiety, a jak mężczyźni? 

Wiele par przychodzi do mnie i używa słowa „wina”. Wtedy pytam: „Czy jak ktoś w pani rodzinie ma cukrzycę, to jest to jego wina?”. No nie jest. I wtedy pani zaczyna mówić dalej, na przykład: „Ja ostatnio na męża tak nawrzeszczałam, że nawet dziecka nie potrafi zrobić”. A mąż siedzi skulony, chciałby zareagować, ale nie może, bo ona jest przecież „biedna”. Wtedy musimy zacząć od początku: że niepłodność jest chorobą jak każda inna, że nie można czuć się winnym za to, że jest się chorym, skoro się do tego nie doprowadziło. „No bo gdybyśmy wiedzieli, to byśmy nie zwlekali i poszli się leczyć wcześniej” – mówią mi pacjenci. Gdyby wiedzieli, toby to zrobili, ale nie wiedzieli i nie zrobili, koniec dyskusji. Muszą wziąć za to odpowiedzialność, a nie nawzajem się oskarżać, chociaż to kobieta częściej oskarża mężczyznę. Mężczyzna nie ma takiego parcia na dziecko.
To również kobiety wybierają lekarzy, umawiają spotkania, pilnują kalendarza. 

Na całym świecie tak jest. Kobiety mają większą potrzebę, mężczyznom się tak nie śpieszy, mają więcej czasu. Choć to nie do końca jest prawda, bo jakość spermy spada w ostatnich latach na łeb na szyję. Mężczyźni mają też opory przed oddawaniem nasienia do badania, bo wiąże się to z masturbacją, a masturbacja to przecież „grzech”. Poza tym wstydzą się, że wszyscy wiedzą, że oni się masturbują. Ale po kampanii społecznej promującej badanie nasienia trochę się to zaczęło zmieniać.

Gdy przychodzą do mnie pary, to najczęściej w terapii pozostaje kobieta, mężczyzna zazwyczaj radzi sobie lepiej. Chyba że problem jest po jego stronie. Kiedy mężczyzna odbiera wyniki badań nasienia i dowiaduje się, że jest wszystko okej, to na jego twarzy pojawia się blask i uśmiech, bo to oznacza, że jest mężczyzną. Mężczyzna musi poczynić kolosalny wysiłek, żeby uwierzyć, że plemniki to nie jest wyraz jego męskości, że on może być supermęski, ale jednocześnie mieć bardzo słabe plemniki. Jeden mądry facet powiedział mi kiedyś, że dla niego wyrazem męskości nie jest brak nasienia, ale to, jak mężczyzna potrafi sobie z tym poradzić.

Skąd się bierze to obwinianie? Przecież na rozum wiemy, że nie jesteśmy winni. 

Obwinianie jest wytłumaczeniem. Kiedy weźmiemy winę na siebie, pojawia się kara i przynajmniej wszystko ma sens. Do tego dochodzi jeszcze myślenie omnipotentne, magiczne. Nie mogę mieć dziecka? To na pewno dlatego, że kiedyś się zabezpieczałam, że za mało chciałam, że zazdrościłam. I teraz mnie spotyka kara. Kiedyś byłam na warsztacie wybitnego psychoonkologa, który mówił, że dla niego najtrudniejszy moment to ten, kiedy pacjent z nowotworem patrzy na niego i krzyczy: „Dlaczego ja?!”. A odpowiedź jest jedyna: „A dlaczego nie?”.

NIEPŁODNOŚĆ – DZIECKO WIRTUALNIE JEST 

Leczenie niepłodności może trwać lata, średnio po dwóch latach pojawiają się konsekwencje psychologiczne w postaci obniżonego nastroju i depresji. W pani książce można znaleźć proste, ale wstrząsające przeliczenie: jeśli ktoś leczy się pięć lat, przeżywa stratę 60 razy. Do czego można porównać stratę, którą pary przeżywają co miesiąc? 

Do utraty dziecka, po prostu. Gdy leczymy się z niepłodności, to raz w miesiącu to dziecko wirtualnie jest, a potem znika, umiera. Co miesiąc huśtawka, góra – dół, nadzieja, że będzie dobrze, i rozpacz, że ciąży nie ma, czyli cały czas życie w żałobie, w rozpaczy i utracie. Jedna z moich pacjentek to pięknie opisała: to jest taka żałoba, której nie można przeżyć do końca, bo za miesiąc jest następna.

Mężczyzna tak samo to odbiera? 

Nie, mężczyzna odbiera tylko ból żony, jeśli ją kocha. Ale często jest tym bardzo zmęczony, chciałby, żeby ona nie miała takiej obsesji, boi się jej o tym powiedzieć, jeśli jest dojrzały, bo wie, że tego nie da się rozwiązać. Mężczyzna, który jest niedojrzały, często odchodzi w komputer, w kochankę, w alkohol, robi się agresywny. Tak, niestety, też bywa. A nawet jeżeli sobie z tym radzą, to ten problem pozostaje. I co miesiąc muszą się zbierać na nowo, a on musi jej dawać wsparcie. Dobrze by było, gdyby ona zrozumiała, że on nie jest w stanie tego wszystkiego unieść i jeszcze zarabiać na to in vitro, bo ona przecież nie może zmienić pracy. Bo jak zmieni, to może nie będzie miała świadczeń, jak się dziecko urodzi. A ono się rodzi np. przez pięć lat.

Nie planują wakacji, większych wydatków, nie spotykają się ze znajomymi, bo co będzie, jak się czymś zarażą. Wszystko podporządkowują ciąży, która może się pojawić. 

Tak, czasami zaczyna się to przeradzać w obsesję. Ale nie można ich za to winić, obsesja jest rozumiana jako coś pejoratywnego: „Głupi jesteś, sam sobie to zrobiłeś”. Jeśli ktoś ma zaburzenia obsesyjne, to nie jest niczemu  winny, bo to jest choroba, a jeżeli zaczyna obsesyjnie myśleć o dziecku, to też nie jest choroba, tylko konieczność, instynkt.

Do tego dochodzą jeszcze problemy z seksem. Ona mówi przez zaciśnięte zęby: „Dziś jest 14. dzień cyklu, musimy iść do łóżka”. On na taki komunikat reaguje impotencją, a jeśli się udaje, to seks staje się mechaniczny i oni nie mają ochoty sypiać ze sobą w międzyczasie.

A lekarz mówi: „Wyluzujcie się”. 

A ja mówię: „Ma pan nowotwór, ciężka chemia przed panem, to niech się pan wyluzuje”.

Rodzina też dorzuca swoje mądrości. 

Pijany wujcio może powiedzieć: „Nie umiesz zrobić dziecka, to ja ci pomogę”, albo matka powie: „Jakżeś nie urodziła, jak miałaś 20 lat, to teraz masz za swoje”. Albo: „Weź sobie to dziecko na ręce, to się zapatrzysz”. A dla niej ostatnia rzecz, na którą ma ochotę, to wziąć cudze dziecko na ręce. I jeszcze się tego wstydzi.

NIEPŁODNOŚĆ – GDY POJAWIAJĄ SIĘ PYTANIA 

Co robić w takiej sytuacji? 

Mówić prawdę, to jest jedyny sposób. Na pytanie: „Kiedy wy?”, można odpowiedzieć: „Kochani, chcieliśmy wam powiedzieć, że staramy się o dziecko, ale w tej chwili mamy z tym pewien problem, leczymy się. Jak nas kochacie, to się módlcie albo trzymajcie kciuki, ale nie pytajcie nas o to, bo to dla nas trudne”. Taktowny nie będzie dalej pytał, nietaktowny zapyta i wtedy możemy mu trochę ostrzej powiedzieć, co o tym myślimy. Nazwanie rzeczy po imieniu jest rzeczą najtrudniejszą, ale najskuteczniejszą. Bo powiedzenie: „Nam się do dzieci nie śpieszy”, „Ja w tej chwili robię karierę”, „Byliśmy na Bahamach”, budzi agresję. Nie musimy też wcale odpowiadać na tysiące pytań i słuchać tysiąca rad, mamy prawo stawiać granicę.
A co może robić otoczenie, które już wie, żeby wspierać? 

Zadawać proste pytania: „Jak mogę ci pomóc? Czego ode mnie oczekujesz?”.

Zazdrość o dziecko to kolejne trudne uczucie związane z niepłodnością. Jak można sobie z nią poradzić? 

Jeśli kobieta ma odwagę, może powiedzieć przyjaciółce albo siostrze: „Tak się cieszę, że masz to dziecko, ale jednocześnie tak mnie boli, że ja go nie mam, tak ci go zazdroszczę”. Tylko nie mylmy tego z zawiścią. Zazdrość jest kreatywna, zawiść – destrukcyjna.

Co z tymi, którzy podejmują próby, ale rezygnują? 

Jest pewien nikły procent kobiet, które miały tak traumatyczne doświadczenia związane z macierzyństwem, relacjami w rodzinie, że pomimo prób nie są w stanie zdecydować się na dziecko. Mam pacjentki, którym mówię: „Ma pani prawo nie chcieć mieć dziecka, jeżeli psychika zwyciężyła biologię”.

Ale dla kobiet, które czują potrzebę biologiczną, sprzeciwianie się jej jest jak bicie się z koniem. Moim zdaniem jest to moment, kiedy para mówi: „Uświadomiliśmy sobie, że nie możemy już dłużej”, albo: „W ogóle nie będziemy wchodzić w tę machinę starania się, bo ona jest potwornie trudna”. I wtedy przychodzą do mnie, zazwyczaj patrząc przerażonymi oczami, czy im wolno przestać się starać. Oczywiście, że wolno.

Ale kiedy słyszę, jak ktoś mówi: „Jest tyle biednych dzieci na świecie, weź sobie zaadoptuj”, to mi się nóż w kieszeni otwiera. Ja nie jestem przeciwko adopcji, to jest wspaniała droga do macierzyństwa i ojcostwa, która wymaga dużej dojrzałości i przygotowania. Ale nie można parze narzucać takiego sposobu starania się o dziecko. To musi być ich i tylko ich wybór.

NIEPŁODNOŚĆ – NIE DLA NAGONKI 

Jak nagonka Kościoła na in vitro wpływa na pani pacjentów? 

Poprosili mnie, żebym zdjęła wizytówkę na dole. Na piętrze, na drzwiach mam napisane tylko „gabinet terapeutyczny”, o niepłodności jest wyłącznie na mojej stronie.

Mam też pacjentów, którzy mówią, że nie wybierają kliniki w swoim mieście, tylko tę 200 km dalej, ponieważ boją się, że ktoś zobaczy ich w poczekalni. Mam jedną parę z małej wsi podhalańskiej, która podjęła decyzję, że wyprowadzają się z kraju – po to, żeby zarobić pieniądze, ale też po to, żeby zrobić w innym miejscu in vitro i wrócić z dzieckiem, żeby nikt nie wpadł na to, że to dziecko z in vitro. Ci ludzie mają taki lęk w oczach, boją się, że jak ktoś na nich spojrzy, to zobaczy, że oni idą do in vitro. Są pary, które nie boją się o tym mówić otwarcie, nie boją się, że ktoś powie: „Jak będziecie żyć ze świadomością, że skazaliście na śmierć siostry i braci swojego dziecka? Wiecie, jakie wam się dziecko z bruzdą urodzi, jakie będzie miało problemy genetyczne?”. I oni, ponieważ są generalnie zdrowi, życie im dało tak zwany kręgosłup związany z tożsamością, stosunkiem do wiary, do siebie samego, potrafią powiedzieć: „Twoim zdaniem jesteśmy mordercami, a naszym nie i na tym poprzestańmy”.

Choć są też pary, które rezygnują z leczenia ze względu na wiarę. Miałam u siebie katolików, którzy musieli wybrać między biologią a wartościami katolickimi. I mimo że kobieta miała depresję i nawet katolicka rodzina namawiała tych ludzi na in vitro, postanowili, że zaadoptują.

Czy zdarza się tak, że niepłodność spowodowana jest wyłącznie psychiką? 

W jakichś 10 proc. tak. Kiedyś przyszła do mnie pacjentka, na oko 16-latka. Kwiatuszki we włosach, guma balonowa, miniówa, konwersy. Okazało się, że ma 28 lat, nie może zajść w ciążę, mimo że medycznie wszystko jest z nią w porządku. Kiedy miała pięć lat, urodził się jej brat, którego rodzice od razu postawili na piedestale, był lepszy, mądrzejszy. Przypomniało jej się, że kiedyś go zamknęła w szafie i mało się nie udusił. Więc uważała, że jej problemy z płodnością są karą za to, że chciała to małe dziecko udusić. Do tego doszła rywalizacja z bratem, która zatrzymała ją na etapie nastolatki: skoro on taki mądry, to ja zostanę z tą gumą balonową. Dopiero przepracowanie tego wszystkiego w terapii, zamiana kwiatuszków na garnitur, dorośnięcie sprawiły, że zaszła w ciążę.

Zdarza się też, że najstarsze córki mają blokadę, bo dziecko kojarzy im się ze zniewoleniem, ponieważ musiały się opiekować młodszym rodzeństwem. 

Czasami, gdy rodzi się młodsze rodzeństwo, to dziecko, które traci pozycję, myśli, że ją odzyska, jeśli będzie wspaniałe i pomoże mamusi. Terapia takiej osoby polega na tym, by uświadomić jej, że ona nie musi, tylko chce, a dzieci nie muszą jej zabrać całego życia.

Zdarza się też, że podświadomie boimy się samej ciąży? 

Jest dużo takich pacjentek i trochę czasu potrzeba, żeby one się do tego przyznały. Niektóre kobiety potwornie boją się porodu, tego, że ktoś będzie na nie krzyczał, że one będą wrzeszczeć, że to będzie wstydliwe, odczuwają lęk przed utratą kontroli.

Ale większość to dwa w jednym – jest powód medyczny, a na niego nakłada się sfera psychiczna: problemy z samooceną, wstyd, obawa przed in vitro, lęk przed wyrzuceniem z Kościoła, przed odrzuceniem przez rodziców, problemy w związku, poczucie winy. Na terapii obieram te wszystkie warstwy cebuli. 

http://www.wysokieobcasy.pl/wysokie-obcasy/1,100961,14918251,Nieplodnosc___czy_to_wyrok_.html?disableRedirects=true

 

 

Czytaj więcej ...
Czytaj mniej ...