13
Lip
2017

SFEJSOWANI….

Kiedy moi pacjenci chcą się przekonać, czy są uzależnieni od Facebooka, proszę ich, żeby nie korzystali z niego przez 48 godzin

Agnieszka Jucewicz

Codziennie w gabinecie słyszę jakąś historię związaną z Facebookiem. Ktoś się z kimś pokłócił na śmierć i życie, inny czuje się coraz gorzej z własnym życiem, kiedy porównuje je z życiem znajomych, a jeszcze inny właśnie odkrył, że jego partner go zdradza – z dr Suzaną Flores, autorką „Sfejsowanych”, rozmawia Agnieszka Jucewicz

Do jednego z pacjentów w trakcie sesji terapeutycznej musiała pani wezwać karetkę. Jego fatalny stan spowodowany był zajściem na Facebooku. Muszę przyznać, że ten fragment pani książki czytałam z pewnym niedowierzaniem. Może być aż tak źle?

– To był ten jeden z niewielu razy w życiu, kiedy po prostu odjęło mi mowę. Mój pacjent nie miał poważnej choroby psychicznej, nie cierpiał na depresję, nie miał zaburzenia osobowości, przychodził do mnie, bo miał bardzo stresującą pracę. Był w okolicach czterdziestki, piastował poważne stanowisko, podobnie jak jego narzeczona, z którą wkrótce mieli wziąć ślub. Tego dnia, z Facebooka, dowiedział się, że zerwała zaręczyny. Nie powiedziała mu tego wprost, tylko zmieniła status – z „zaręczonej” na „w związku z X”. Dodam, że X był najlepszym przyjacielem mojego pacjenta… Okazało się, że od kilku miesięcy mieli romans. Gdyby narzeczona powiedziała mojemu pacjentowi, że odchodzi, też by cierpiał, ale robiąc to na Facebooku, upokorzyła go publicznie i sprawiła, że o jego życiowym nieszczęściu dowiedzieli się wszyscy, którzy mieli dostęp do jego profilu. Tego dnia jego telefon wibrował bez przerwy. Wszyscy chcieli wiedzieć, co się stało, a on był zmuszony do tłumaczenia się z czegoś, czego sam nie rozumiał. To było ponad jego siły. U mnie w gabinecie dostał ataku paniki. W życiu nie widziałam nikogo, kto by z taką ochotą jechał do szpitala psychiatrycznego. Marzył tylko o tym, żeby zabrać mu laptopa, telefon i zakazać odwiedzin. Inny mój pacjent doznał szoku po tym, gdy z Facebooka dowiedział się o śmierci swoich rodziców, którzy zginęli w wypadku samochodowym.

Jak to możliwe?

– Jego kuzynka zamieściła na swoim profilu zdjęcie płonącego samochodu, pisząc, że w tym samochodzie właśnie zginęło jej wujostwo. Tłumaczyła się potem, że musiałaby powiadomić tak dużą liczbę osób, że wolała zrobić to za jednym zamachem. Tak było szybciej, ale też łatwiej, bo dzięki temu nie musiała konfrontować się z bolesnymi reakcjami na wieści o tej śmierci.

Rozumiem, że nastolatki mogą zrobić coś tak bezmyślnego, ale dorośli? To Facebook nas tak ogłupia?

– Obserwuję pewien regres emocjonalny wśród ludzi, którzy według metryki są już dojrzali. Czy jest to wina jedynie Facebooka? Nie sądzę, ale faktycznie jest tak, że dla pewnych ludzi facebookowa rzeczywistość jest po prostu ważniejsza od tej, w której są. To tam toczy się ich życie, tam są ich „przyjaciele”, tam są emocje, ciekawe informacje, tam odbywają się znaczące „rozmowy”. Kiedy na spotkaniach z czytelnikami czy studentami mówię, że FB to iluzja, mam jak w banku, że zaraz ktoś krzyknie: „Ależ co pani opowiada!”. Często to są ci sami ludzie, którzy w realnym życiu zaniedbują obowiązki, relacje z bliskimi, zdrowie. Tak ich ta facebookowa rzeczywistość wsysa. Przypadki klientów, którzy skończyli na ostrym dyżurze w szpitalu psychiatrycznym, są ekstremalne, spotkałam tylko trzy takie osoby, ale codziennie w gabinecie słyszę jakąś historię związaną z Facebookiem. Ktoś się z kimś pokłócił na śmierć i życie, ktoś inny cierpi, bo zaszło jakieś nieporozumienie, którego nie potrafi wyjaśnić twarzą w twarz, inny czuje się coraz gorzej z własnym życiem, kiedy porównuje je z życiem znajomych, a jeszcze inny właśnie odkrył, że jego partner go zdradza. Podobno już w 20 proc. spraw rozwodowych w Ameryce pojawia się temat Facebooka.

Mam też coraz więcej pacjentów, których poczucie sensu i własnej wartości zależy od tego, ile dostaną „polubień” pod postami. Dramat polega na tym, że zależność od cudzej akceptacji jest zabójstwem dla poczucia własnej wartości. Takie błędne koło.

Większość ludzi naprawdę nie zdaje sobie sprawy, jak Facebook oddziałuje na psychikę, i korzysta z niego w bezrefleksyjny sposób. Od siebie dodam, że większość ludzi nie zdaje sobie też sprawy z tego, jak bardzo są samotni i co ich pcha do korzystania z tego medium.

Oficjalnie w diagnostyce nie istnieje jednak taka jednostka jak „uzależnienie od Facebooka”.

– Jeszcze nie, acz moim zdaniem powinna. Objawy są te same co w przypadku innych behawioralnych uzależnień, jak zakupoholizm, hazard, seksoholizm. Facebook jest jak automat do gier: czasem się wygrywa, czasem przegrywa, ale nie można przestać, bo to, że się raz wygrało, sprawia, że wraca się po więcej. Na Facebooku tymi „wygranymi” są reakcje na nasze posty, ciekawe statusy znajomych, interesujące informacje, wymiana zdań, która podbudowuje ego. Pobudzany jest układ nagrody w mózgu i uwalnia się dopamina, tzw. hormon szczęścia, który sprawia, że pragniemy, aby ten stan nigdy się nie kończył. Proszę zauważyć, że na FB otaczamy się głównie ludźmi, którzy są podobni do nas, którzy nas lubią, więc te wszystkie komentarze i reakcje na nasze posty są w dużej mierze pozytywne. Naprawdę jest więc po co wracać!

Kolejny czynnik, który sprzyja uzależnieniu, to sama struktura Facebooka. Wszyscy nasi „przyjaciele”, a ja bym raczej użyła słowa „kontakty”, stają się naszą widownią, a my – performerami, którzy chcą dobrze przed nią wypaść, więc staramy się grać, jak najlepiej umiemy, i czujemy się odurzeni, kiedy biją brawo. Są osoby, które, gdy stwierdzą, że nie dostały wystarczająco dużo „lajków” za swój post, kasują go albo poprawiają, żeby osiągnąć lepszy wynik i w ten sposób dostać swoją „działkę”.

Podobno co czwarta osoba na Facebooku przedstawia nieprawdziwe informacje na swój temat.

– Są tacy, którzy grają w stu procentach, ale większość z nas w jakimś stopniu oszukuje. Najczęściej pokazujemy pozytywne aspekty siebie, a te, których się wstydzimy, ukrywamy, więc to, kim jesteśmy na Facebooku, to zredagowana wersja naszego „ja”. Proszę spojrzeć choćby na zdjęcia profilowe – ile osób wygląda na nich tak jak w rzeczywistości? Kadrujemy, dobieramy odpowiednie filtry albo zamieszczamy zdjęcia sprzed dziesięciu lat, kiedy ważyliśmy o pięć kilo mniej. Albo statusy – dokładnie przemyślane, wyedytowane, takie, które mają świadczyć o tym, że jesteśmy zabawni, inteligentni, że nasze życie to pasmo sukcesów. Większość ludzi stara się wypaść na tej facebookowej scenie jak najkorzystniej. Pokażą zdjęcie dziecka z dyplomem za wygrane zawody, ale zdjęcia z karczemnej awantury nad pracą domową już nie.

Często słyszę protest: „Ja? Ja jestem autentyczny!”. Wtedy proszę taką osobę, żeby sobie przypomniała, kiedy ostatnio, pisząc status, skasowała go i napisała od nowa przed publikacją, albo – czy zdarzyło się jej wyretuszować zdjęcie. To edytowanie „ja” jest na Facebooku czymś normalnym, ale rzeczywistość jest przecież nieidealna i nieprzewidywalna. Wyglądamy, jak wyglądamy, nie zawsze mamy się czym pochwalić, zdarza się nam coś chlapnąć bez sensu, czego nie da się już cofnąć. Pomiędzy tymi dwiema rzeczywistościami istnieje przepaść.

Nie powiedziałam jeszcze o jednym. Uważam, że nie mielibyśmy takiego problemu z uzależnianiem się od Facebooka, gdyby nie smartfon, to nasze współczesne przedłużenie ręki. Internet w telefonie, te wszystkie powiadomienia typu „push”, które dźwiękiem przypominają o każdej aktywności na Facebooku, to poważny wyzwalacz, który wymusza na nas natychmiastową reakcję i sprawia na przykład, że osoba siedząca naprzeciwko nas staje się mniej ważna. To mnie bardzo niepokoi.

Co dokładnie?

– To, że cyfrowe kontakty coraz liczniejszej grupie ludzi zaczynają zastępować kontakty w realu. Niektórym wydaje się, że ponieważ prowadzą tyle rozmów na Facebooku, nie potrzebują już spotkań z ludźmi twarzą w twarz. Dochodzi do tak absurdalnych sytuacji, że znajomi się irytują, kiedy dzwonimy, żeby im złożyć życzenia urodzinowe, bo przecież mogliśmy im je złożyć na „wallu”. Sztuka konwersacji też powoli zamiera, bo ludzie coraz częściej komunikują się krótkimi zdaniami, w biegu, albo jednocześnie prowadzą kilka wirtualnych rozmów.

Wiara w to, że kontakty wirtualne i realne są tożsame, to złudzenie, za które prędzej czy później przyjdzie zapłacić. Bo człowiek jest stworzeniem pięciu zmysłów. Spotkanie, podczas którego możemy naszego przyjaciela dotknąć, spojrzeć mu głęboko w oczy, usłyszeć jego głos, jest zupełnie innym rodzajem kontaktu niż pogaduszki na czacie. To pierwsze karmi naszą psychikę. Zresztą coraz więcej jest badań, które wskazują, że długotrwałe korzystanie z mediów społecznościowych zwiększa ryzyko depresji i zaburzeń lękowych.

Choć są i takie, które pokazują, że media społecznościowe umożliwiają ludziom samotnym czy introwertycznym nawiązanie relacji.

– Nawiązanie tak, ale jeśli chcą tę relację rozwinąć, pogłębić, muszą do tego człowieka wyjść, poznać go. Ciągle słyszę od ludzi, że zakochali się w kimś, kogo poznali na Facebooku, mimo że jeszcze go nie widzieli. Poprawiam ich wtedy: „Nie zakochaliście się w prawdziwej osobie, tylko w avatarze. W wyabstrahowanej wersji tego człowieka”. Nie twierdzę, że taki związek nie ma szans, ale na razie ta „miłość” jest miłością pewnej ułudy.

Mówi pani, że większość osób na Facebooku dba o to, żeby pokazać się w jak najlepszym świetle, ale są takie, które, kiedy na przykład przechodzą trudny okres, traktują Facebook jak idealne miejsce do zwierzeń. Myślę teraz o znajomej w trakcie rozwodu, która bez przerwy zwierza się na Facebooku ze swojej trudnej sytuacji, najczęściej pisząc coś nieprzychylnego o mężu. Co jej to daje?

– Różne są sposoby na zabieganie o akceptację. Jedni pozują na półbogów i dzieci szczęścia, inni, jak pani znajoma, postanawiają się zwierzać ze swoich problemów 300 znajomym naraz. I w jednym, i w drugim chodzi o to samo: „Napiszę coś, a wy mi powiedzcie, ile jestem warta”. Zdrowiej by było w przypadku pani koleżanki poszukać wsparcia w realu, wśród kilku zaufanych ludzi, ale widocznie wydaje się jej, że to nie wystarczy. Poza tym Facebook sprawia, że ludziom puszczają hamulce, a granica pomiędzy tym, co intymne, a co nie się znacznie przesuwa. Ekran komputera czy smartfona jest tarczą, za którą można się schować, tworzy dystans, więc ludzie mają poczucie, że więcej im wolno. Odzierają się z intymności i nawet nie czują, że posunęli się za daleko. A kiedy pani znajoma napisze, jaki jej mąż jest okropny albo jak jest jej trudno, to najprawdopodobniej zaraz usłyszy: „On nie jest ciebie wart”, „Dobrze zrobiłaś, że zdecydowałaś się odejść.” I od razu poczuje się lepiej.

To źle?

– W doraźnym szukaniu wsparcia czy potwierdzenia na Facebooku nie ma niczego złego. Problem zaczyna się wtedy, kiedy Facebook zaczyna być głównym czy jedynym źródłem wsparcia, czy też poczucia własnej wartości. Bo to odbiera siłę naszemu własnemu wewnętrznemu głosowi, osłabia naszą intuicję, upośledza nasz osąd co do tego, czym powinniśmy się dzielić, czym nie. Jeśli zaczynamy polegać w sprawie tego, kim jesteśmy i ile jesteśmy warci, tylko na Facebooku, to w rzeczywistości narażamy się na cierpienie, emocjonalny chaos, a przede wszystkim na niezgodę na to, kim jesteśmy naprawdę. Bo, jeśli pokazujemy światu tylko to, co chcemy pokazać, to i ten świat, i my z czasem chcemy tylko to widzieć.

Jest takie powiedzenie: „Przyjaciele powiedzą ci to, co chcesz usłyszeć, ale najlepsi przyjaciele powiedzą to, co powinieneś usłyszeć”. Na Facebooku częściej mamy do czynienia z tymi pierwszymi. A świat, w którym wszyscy mówią ci to, co chcesz usłyszeć, nie wydaje mi się dobrym światem.

Opieranie własnego poczucia wartości na opinii innych wydaje mi się niebezpieczne też z tego powodu, że te opinie są zmienne.

– Opinie są jak fale, jednego dnia wynoszą cię na górę, innego zatapiają. Celebryci przerabiają te lekcje codziennie, ale coraz częściej też zwykli ludzie, którzy swoje szczęście budują na „lajkach”. Tracą wiarę we własną ocenę i nieuchronnie lgną do tych, którzy oceniają ich przychylnie. To zagrożenie ma wymiar nie tylko indywidualny, ale również społeczny. Ludzie ślepną na opinie tych, którzy mają odmienne poglądy, odmienne wartości. Tak sobie dobierają znajomych na Facebooku, żeby się z nimi zgadzać, żeby było miło, tyle że zamykanie się we własnej bańce jest szalenie niebezpieczne. Jaki może mieć skutek, widać choćby na przykładzie ostatnich wyborów prezydenckich w Stanach Zjednoczonych. Wielu ludzi wciąż nie może dojść do siebie. Nie wiedzą, jak to się stało, że Trump wygrał, skoro „nikt ze znajomych na Facebooku na niego nie głosował”! Wydaje się, że Facebook to kopalnia wiedzy, wrota do całego świata, tymczasem okazuje się, że on potrafi bardzo ograniczyć naszą perspektywę. Na Facebooku nie ma specjalnie miejsca na ironię, na głębszą refleksję, bo on wymusza natychmiastową reakcję. Jest komentarz, jest odpowiedź. Przyszła wiadomość, trzeba odpisać, itd. Mnie osobiście ta impulsywność przeraża. Kiedy rozmawiam z nastolatkami i milenialsami, wielu z nich mówi, że nawet rozmowa telefoniczna jest już dla nich niekomfortowa. Oni wolą się porozumiewać SMS-ami, wiadomościami, tweetami albo obrazkami.

Co im tak przeszkadza w rozmowie twarzą w twarz?

– Pauzy. Nie znoszą tego, że ktoś milknie, zastanawia się, zawiesza głos. Jeśli ktoś nie reaguje błyskawicznie w mediach społecznościowych, to oznacza, że albo jest zajęty, albo padła mu bateria. Pauzy w zdaniu, w żywej rozmowie, wzbudzają niepokój. To jest pokolenie, które jest przyzwyczajone do natychmiastowych reakcji. Gdzie tu miejsce na namysł? Na refleksję?

Z drugiej strony to właśnie młode pokolenie odpływa z Facebooka.

– Odchodzą, ale do innych platform społecznościowych, gdzie jest mniej „dramatów”. Facebook jest dla wielu nastolatków obciachowy, również przez to, co wyprawiają na nim ich 40-50-letni rodzice. Te wszystkie selfie w łazience, to obnażanie szczegółów życia prywatnego (również tych dotyczących ich dzieci), te prowokacyjne posty, komentarze, kłótnie. To ich żenuje. Pytała mnie pani, czy Facebook sprawia, że głupiejemy. Jest jeszcze jedna ważna rzecz, o której należy pamiętać. Ludzie, którzy znajdują się w szponach uzależnienia, nie zachowują się racjonalnie. Oni zrobią wszystko, żeby zdobyć swoją „działkę”, nawet jeśli to będzie głupie, żenujące i złe.

Mówi pani, że dziś wiele osób, przeżywając coś, czuje natychmiastowy przymus, żeby się tym podzielić. Czy bywa i tak, że ludzie decydują się na jakieś doświadczenie tylko po to, żeby pochwalić się tym na Facebooku?

– Oczywiście. Część ludzi, zamiast być tu i teraz, traktuje dane doświadczenie jak status, który zaraz wrzuci na Facebooka. My w ogóle jesteśmy coraz słabsi w zatrzymywaniu w sobie emocji, zwłaszcza tych przykrych. W byciu sam na sam z różnymi stanami, nastrojami, myślami. Czujemy się zobligowani do tego, żeby je z siebie natychmiast wyrzucić. Niezwykłe jest to, że ta potrzeba występowania na Facebooku czasem bierze górę nad zwykłą ludzką przyzwoitością. Zdarza się na przykład, że ludzie, zamiast pomóc, nagrywają zamieszki, wypadki samochodowe, oznaczają się na zdjęciach w jakimś dramatycznym wydarzeniu po to, żeby się móc pochwalić na Facebooku, że są jego świadkami. To dopiero świadczy o tym, jak bardzo jesteśmy sfejsowani.

Sugeruje pani, że powinniśmy zrezygnować z Facebooka?

– Nic podobnego. Uważam, że to bardzo przydatne narzędzie do komunikacji, ale namawiam, żeby korzystać z niego bardziej świadomie. Nie traktować go jak równie wartościowej, jeśli nie bardziej wartościowej rzeczywistości. Idziesz na koncert? To posłuchaj muzyki, nie sięgaj od razu po telefon. Podróżujesz? Nie musisz wszystkiego nagrywać i wrzucać na Fejsa. Popatrz, doświadcz, bądź obecny, zachowaj coś dla siebie, znacznie bardziej na tym skorzystasz.

Kto jest najbardziej podatny na uzależnienie się od Facebooka?

– Każdy może się uzależnić. Im więcej czasu tam spędza, tym bardziej prawdopodobieństwo rośnie. Ale kluczem jest zadowolenie z życia, tego realnego. Im bardziej czujemy się autentycznie spełnieni, tym mniejsze zagrożenie, że Facebook nas wciągnie.

Jakie są symptomy tego, że się już przekroczyło granicę rozsądku?

– Sprawdzanie Facebooka tuż po przebudzeniu, a potem kilkanaście razy w ciągu dnia i tuż przed zaśnięciem. Poczucie, że coś ważnego nas omija, jeśli nie sprawdzamy, co się tam dzieje, wystarczająco często (to tzw. FOMO – fear of missing out), albo że to, co się dzieje na Face- booku, jest ważniejsze, atrakcyjniejsze od tego, co nas spotyka w rzeczywistości. Nieudane próby ograniczenia korzystania z Facebooka albo zrezygnowania z niego w ogóle. Kolejne straty: pogorszenie jakości pracy, relacji. Poczucie, że nasza aktywność na Facebooku nas wyczerpuje, pozbawia energii, rozprasza. Poczucie wyalienowania, stany lękowe.

Kiedy moi pacjenci chcą się przekonać, czy są uzależnieni od Facebooka, proszę ich, żeby nie korzystali z niego przez 48 godzin. Jeśli są w stanie to znieść bez zagryzania zębów, to najprawdopodobniej wszystko z nimi w porządku. Niestety, przewiduję, że uzależnionych będzie przybywać, bo taka jest natura mediów społecznościowych. Również osób z problemami na tle impulsywnych zachowań i koncentracją uwagi.

Właściciele Facebooka dbają, żeby nas zatrzymać. Konto można zawiesić, ale łatwo je przywrócić, natomiast zupełna likwidacja konta jest trudna. Nie mówiąc o tym, jak wiele wydarzeń ogłasza się już tylko na Facebooku.

– Niektórzy twierdzą, że Facebook się kończy, że coraz więcej ludzi z niego rezygnuje. Moim zdaniem Facebook i inne media społecznościowe donikąd się nie wybierają. Nie ma co liczyć na to, że znikną i w ten sposób pozbędziemy się problemu. Musimy się nauczyć z nich mądrze korzystać. Warto, żeby każdy zadał sobie pytania: Dlaczego w ogóle tam jestem? Czy np. traktuję to jedynie jako narzędzie pracy? Wyobrażam sobie, że np. w pani zawodzie i kilku innych Facebook bardzo się przydaje. Ale może jest tak, że tak naprawdę nie jestem zadowolony ze swojego życia, a Facebook pozwala mi o tym zapomnieć? Uciec od rzeczywistości? Jaką pustkę nim wypełniam? I co w takim razie mogę zrobić ze swoim realnym życiem, żeby nie musieć od niego uciekać?

Wszystko jest dla ludzi. Facebook też, ale jeśli ktoś czuje, że jego obecność tam mu szkodzi, że te wszystkie informacje, aktualizacje, porównywanie się sprawiają, że czuje się przybity, niespokojny, to może powinien zrobić sobie przerwę? Albo solidnie popracować nad ustawieniami na Facebooku. Czy wie pani, że ponad 13 mln użytkowników nie tknęło swoich ustawień prywatności? Publikują jak leci, tak że każdy ma do tego dostęp. Mamy wybór, co i komu chcemy pokazać. Na szczęście Facebook daje nam takie opcje. Mamy też wybór, co chcemy czytać i oglądać. Irytującego znajomego nie od razu trzeba blokować, można ukryć jego posty.

Co jeszcze można zrobić, żeby w zdrowszy sposób korzystać z Facebooka?

– Ludzie często pytają mnie, co mogą zamieszczać na Facebooku, a czego nie powinni. Nie mnie o tym decydować. Ja się kieruję taką zasadą: jeśli czułabym się swobodnie, ogłaszając coś przez megafon w towarzystwie znajomych w miejscu publicznym, np. w ulubionej kawiarni, to znaczy, że mogę się tym podzielić na Facebooku. Ze zdjęciami jest jeszcze inaczej. Wszystko, co „wrzucamy” na Facebooka, nawet jeśli widzą to tylko nasi znajomi, tam zostanie. Nie wiemy, jak to zdjęcie może zostać użyte. A może ktoś je skopiuje i pośle dalej? Zastanowiłabym się też, jakie kierują mną motywy: czy publikuję coś, bo szukam potwierdzenia? Czy może chcę wzbudzić u kogoś zazdrość? Czy jest to produkt mojej biernej agresji, żeby komuś dopiec? Co chcę przez to uzyskać? Wzbudzanie zazdrości, poszturchiwanie innych, prowokowanie kłótni, pozowanie na wiecznie niezadowolonego albo przeciwnie – odnoszącego same sukcesy. Wszystko to oznaki braku pewności siebie. Osoby mocno osadzone w sobie unikają takich zachowań.

A co robią na Facebooku?

– Na przykład dzielą się ciekawymi informacjami, są pozytywne, ale bez przesady, poprawiają innym nastrój albo w ogóle rzadko coś publikują, bo zajmują się innymi, ważniejszymi rzeczami. Najczęściej nie mają żadnej strategii w swoich postach, czasem dzielą się swoimi przemyśleniami, czasem informują o tym, co dla nich ważne. Na pewno nie używają Facebooka do tego, żeby ranić innych czy kreować alternatywną rzeczywistość.

Co by pani radziła, jeśli chodzi o częstotliwość zaglądania na Facebooka?

– Trudno coś odgórnie narzucać, bo są ludzie tacy jak pani, dla których Facebook to narzędzie pracy. Zanim narzucimy sobie jakąś dyscyplinę, w ogóle warto się przyjrzeć, ile czasu spędzamy na Facebooku, prowadząc przez kilka dni uczciwy dzienniczek. Może się okazać, że wchodzimy tam trzy razy dziennie na kilka minut, i dobrze, a może się okazać, że w sumie spędzamy tam po kilka godzin. Jeśli uznamy, że czas na zawieszenie konta na Facebooku, pamiętajmy, że na początku może nas spotkać nieprzyjemny zespół odstawienia – wzmożony niepokój, lęki, obsesyjne myśli. Z czasem to powinno ustąpić, a jeśli nie, może warto skontaktować się ze specjalistą.

Co z tymi, którzy czują, że przekroczyli granicę zdrowego rozsądku, ale nie mogą zupełnie zrezygnować z Facebooka, no bo właśnie na przykład potrzebują go do pracy?

– Ważne, żeby za każdym razem, kiedy wchodzą na Facebooka, przypominali sobie, po co to robią. Nie dla rozrywki, nie dla zabicia nudy, nie dla polepszenia sobie nastroju, ale właśnie ze względów zawodowych.

Ma pani jakieś własne zasady dotyczące korzystania z Facebooka?

– Mam, bo to, że jestem świadoma tych wszystkich mechanizmów, nie oznacza, że jestem na nie odporna. Zaglądam na Facebooka trzy razy dziennie po kilka minut. Jeśli nie widzę niczego szczególnie istotnego, wylogowuję się. Często jestem pytana: „A jeśli ominie panią jakaś ważna informacja? Tekst? Zaproszenie?”. Jeśli to jest naprawdę ważne, to prędzej czy później do mnie dotrze, być może jakimś innym kanałem. Podobnie, jeśli ktoś będzie chciał się ze mną skontaktować. Facebook nie jest jedynym miejscem, gdzie można mnie znaleźć. Mówiąc to, jednocześnie wiem, że łamię te zasady. Podczas ostatniej kampanii wyborczej siedziałam z nosem przyklejonym do telefonu i nie potrafiłam się powstrzymać. Też dlatego, że w dużej mierze ta kampania toczyła się w mediach społecznościowych. Trump przecież powiedział jakiś czas temu, że wybory wygrał dzięki Twitterowi. I jest w tym stwierdzeniu coś przerażającego.

Same media społecznościowe nie są problemem. Problemem jest to, do czego i w jaki sposób ludzie ich używają. Ja mam ostatnio wrażenie, że coraz częściej używają ich do poniżania, ranienia i dziobania innych. Ale media społecznościowe mogą też inspirować, mobilizować do zaangażowania, do zmiany, dać głos tym, którzy są go pozbawieni. Dobrym przykładem jest choćby ostatni marsz kobiet w USA przeciwko dyskryminującej polityce nowego prezydenta. Początkowo ten marsz miał odbyć się tylko w Waszyngtonie. Dzięki m.in. Facebookowi podobne marsze odbyły się w wielu miejscach na świecie. Facebook jest jak wszystko, co ma potężną moc. Można go użyć do czynienia dobra, a można – do czynienia zła.

Dr Suzana Flores – licencjonowana psycholożka kliniczna, wykładowczyni m.in. w The Chicago School of Professional Psychology. Prowadzi prywatną praktykę terapeutyczną. Jej książka „Sfejsowani. Jak media społecznościowe wpływają na nasze emocje” ukaże się w marcu nakładem wydawnictwa Muza SA

10 sposobów na oderwanie się od mediów społecznościowych:

* Wyloguj się z Facebooka, kiedy skończysz zmieniać status.

* Wyłącz wszelkie powiadomienia na swoim laptopie i telefonie.

* Uśpij komputer i umieść go razem z telefonem w innym pokoju, zanim pójdziesz do łóżka.

* Zapewniaj siedzącej przed tobą osobie swoją całą, niepodzielną uwagę i oczekuj tego samego.

* Kiedy bierzesz kąpiel, zostaw urządzenia mobilne za drzwiami łazienki.

* Ogranicz się do zaglądania na Facebooka trzy razy dziennie na pół godziny.

* Postaw w jadalni lub kuchni koszyk, w którym będą lądować telefony podczas posiłków.

* Nie korzystaj z żadnej elektroniki po 22.

* Postaraj się poświęcić taką samą ilość czasu na podtrzymywanie swoich znajomości poza internetem.

Dziewięć oznak uzależnienia:

(mogą wystąpić jednocześnie lub osobno, na podst. „Sfejsowanych” dr Suzany Flores)

PRZEJMOWANIE SIĘ – często masz myśli o facebookowych doświadczeniach, czy to przeszłych, przyszłych, czy wyobrażonych.

TOLERANCJA – jak w każdym uzależnieniu, czujesz, że chcesz spędzać na Facebooku coraz więcej czasu, żeby uzyskać tę samą dozę przyjemności czy ekscytacji.

POGOŃ – nadmiernie skupiasz się na swoich statusach nakłaniających do odpowiedzi albo reakcji ze strony znajomych.

RYZYKO W ZWIĄZKACH – spędzasz zbyt wiele czasu na Facebooku i w mediach społecznościowych pomimo regularnych próśb ze strony partnera, żeby tego nie robić, albo utrzymujesz z kimś sekretną relację na portalu, mimo że ryzykujesz kryzys bądź rozpad związku.

RYZYKO UTRATY SZANS – nie możesz się wylogować z Facebooka na wystarczająco długo, by skupić się na pracy, nauce, czy też innych osobistych szansach, nawet jeśli ryzykujesz ich utratę.

KŁAMSTWO – kłamiesz swoim przyjaciołom, członkom rodziny, terapeucie lub współpracownikom w kwestii ilości czasu, który rzeczywiście spędzasz na Facebooku.

UTRATA KONTROLI – nieskutecznie próbowałeś zmniejszyć ilość spędzanego na Facebooku czasu lub orientujesz się, że nie jesteś w stanie zupełnie skasować swojego konta.

UCIECZKA – spędzasz czas na Facebooku, by poprawić sobie nastrój lub uciec od problemów.

GŁÓD – w ekstremalnych przypadkach doświadczasz drażliwości i pobudzenia podczas prób zaprzestania bądź ograniczenia korzystania z Facebooka.

Tekst pochodzi z miesięcznika „Wysokie Obcasy Extra” nr 3, wydanie z dnia 16/02/2017.

facebook-cho-dung-bi-danh-2-

 

Czytaj więcej ...
Czytaj mniej ...