09
Lip
2016

PO ROZSTANIU…

Długołęcka i Reiter: Jak odbić się od dna po rozstaniu?

Miejmy w pamięci, że gdy pocieszamy się jakimś mężczyzną, to tak, jakbyśmy pocieszały się zakupami, wycieczką czy ćwiczeniami, z jedną zasadniczą różnicą – przy okazji możemy skrzywdzić człowieka

Widziałam taką grafikę: jeśli twój związek trwał rok, zrób miesiąc kwarantanny. Jeśli miesiąc, to tydzień. Jeśli tydzień, to jeden dzień. A jeśli dzień, to godzinę.

Jakie to proste. Ale w kwarantannę wierzę i jestem jej propagatorką, chociaż myślę, że czas nie jest wystarczającym miernikiem. Czas w związku robi swoje, ale jakość związku nie łączy się tylko z czasem. Dlatego rozstanie rozstaniu nierówne. Jeśli mamy rozmawiać o rozstaniu, to myślę o rozstaniu po tzw. prawdziwym związku.

Czyli?

Takim, w który wchodzimy całymi sobą, kochamy bezwarunkowo, podejmujemy ryzyko emocjonalne. Związek, w którym nasze życia się splatają. Wtedy rozerwanie więzi będzie wymagało żałoby. To czas godzenia się ze stratą. Rozstania są w literaturze nazywane „małą śmiercią”, a schemat psychologiczny w rozstaniu i w żałobie jest podobny. Być może przy rozstaniu uwidacznia się różnica płci, więc pozostańmy przy kobiecej perspektywie. Zacytuję Marię Czubaszek: kiedy od mężczyzny odchodzi kobieta, to odchodzi kobieta, a kiedy od kobiety odchodzi mężczyzna, to wali jej się świat.

Znam mężczyzn, którym walił się świat po rozstaniu.

Oczywiście, ja też. Świat bez kobiety może stać się światem pustym. Ale jest w tym powiedzeniu cierpka prawda. Wynika z innego ustawiania życia – kobiety, które angażują się w tworzenie domu i wychowanie dzieci, częściej rezygnują z innych obszarów życia dla związku – z wyboru lub konieczności. I kiedy związek się kończy, zostają same z mnóstwem rozgrzebanych spraw i rzeczywistość całkowicie je przytłacza, ponieważ pustka pączkuje na wszystkie pozostałe obszary życia. Ponadto w naszej kulturze to kobiety w większym stopniu, nawet podskórnie, obarczają się winą za rozpad związków, bo „za mało się starały” na każdym polu – kochanki, żony, matki i gospodyni domowej. To brzmi archaicznie i trywialnie, ale taką mamy schedę kulturową. Mężczyznom w pewnym sensie łatwiej się rzucić w pracę, romanse i różnie rozumiane rozrywki. To też schemat, ale w rozpaczy łatwo wpadamy w schematy.

W takim razie też jestem mężczyzną, bo po rozstaniu rzuciłam się w pracę.

I dobrze. Ucieczka w pracę nie jest taka zła. Generalnie są trzy nurty ucieczki. Jeden – w pracę, pod warunkiem że ją lubimy i czujemy się potrzebne. Drugi, bardziej filozoficzny – w kontakt z przyrodą, w podróż. Coś, co bardziej koncentruje nas na doświadczeniach fizycznych, nawet cielesnych, doświadczaniu czegoś nowego, doświadczaniu świata. Ale jest jeszcze trzeci – uciekanie w kolejne związki albo seks. Z założeniem, że tym razem to nie będzie głęboka relacja, ale taka, że „to on będzie się starał”. Szukamy osób, które będą dawały nam dowody na to, że nie jesteśmy takie fatalne, jak nam się wydaje.

Poważnego związku bez przejścia kwarantanny się nie stworzy?

Zawsze jest jakaś szansa. Ale jak sama pani wie, zakochanie się jest ryzykiem emocjonalnym i to jasne, że po rozstaniu nie jesteśmy gotowi na to, żeby drugiej osobie zaufać. Potrzebny nam czas, by pogodzić się ze stratą, odbudować szacunek do samych siebie. Jaką mamy szansę na zbudowanie silnego związku, nosząc w sobie tyle urazy, wątpliwości, goryczy? Problem jest podwójny, ponieważ oprócz utraty bliskiej osoby tracimy tę część samych siebie, która pokochała tego człowieka z jakichś powodów. I z tą częścią też musimy się pożegnać. Przeżywając utratę, żegnamy się z określonymi nadziejami, pomysłami na życie, nic dziwnego, że tracimy poczucie sensu. Taka zmiana wewnętrzna może być bardzo trudna i bolesna, zanim stanie się rozwojowa. Tracimy część siebie i jednocześnie bliskiego człowieka, z którym chciałyśmy dzielić życie. Nie ma wtedy miejsca na nowego – ani w obszarze wewnętrznym, ani zewnętrznym.

Nie ma człowieka, ale jest puste miejsce.

No właśnie. Dopóki nie opłaczemy człowieka który odszedł, dopóty będziemy projektować jego obraz na następnego. Zazwyczaj szukamy wtedy osoby bardzo podobnej albo wręcz przeciwnie, jej przeciwieństwa. Ale to właśnie znaczy, że nie jesteśmy w tym poszukiwaniu wolne. Nie przyjmujemy człowieka takim, jaki jest, i my też do końca nie jesteśmy sobą. Bo jeszcze nosimy w sobie ślad, który pozostawił ten ważny dla nas człowiek. I on determinuje nasze decyzje, wybory.

Jest takie pojęcie „rebound”. To chłopak lub dziewczyna na otarcie łez, żeby sobie poprawić samopoczucie, pocieszyć się.

Wyjdę na moralizatorkę. Powiem tak: pocieszać się można na różne sposoby. Bywa, że pocieszamy się także ludźmi. Jednak nie powinnyśmy się dziwić, że potem mamy kaca moralnego. Albo że nasze potrzeby nie są zaspokojone. Nie jestem przekonana, że to może przynieść prawdziwe ukojenie. Być może w sytuacji, kiedy były partner mocno nadwerężył nasze poczucie atrakcyjności, również seksualnej, przy którym czułyśmy się brzydkie, odpychające, gorsze od innych kobiet – być może wtedy przejściowa relacja z fajnym, atrakcyjnym facetem, który jest w nas wpatrzony, może podreperować cząstkę nas. Miejmy jednak w pamięci, że gdy pocieszamy się jakimś mężczyzną tak, jakbyśmy pocieszały się zakupami, wycieczką czy ćwiczeniami, to jest jedna zasadnicza różnica – przy okazji możemy skrzywdzić człowieka. Nowa sukienka nie cierpi, a człowiek jak najbardziej może.

Omówmy więc schemat rozstania. Jak rozsądna kobieta, która dba o siebie i nie manipuluje uczuciami mężczyzn, powinna postąpić.

Wspomniana ucieczka w pracę może być skuteczna, jeśli praca, którą wykonujemy, daje nam poczucie sensu. W przeciwnym razie będzie potęgować poczucie pustki – grozi wpadnięciem w kołowrót: praca, pusty dom, praca, pusty dom itd.

Inna rzecz, która uwalnia, to bliskie relacje. Bardzo często po zerwaniu odnawiamy innego rodzaju więzi. Z dzieckiem, które trochę zaniedbywałyśmy, skupiając się na naprawianiu relacji z mężczyzną. Z przyjaciółmi, z którymi znajomości były ucinane z powodu braku czasu albo zazdrości o partnera lub partnera o nas. Z rodzicami, którym możemy poświęcić więcej czasu. Te więzi są równie ważne i wartościowe dla naszego życia.

Użyła pani określenia „rozsądna kobieta”. Nikt nie jest rozsądny w momencie, kiedy coś się kończy. Tracimy rozsądek. To, o czym możemy porozmawiać, to nie jest proces świadomy, realizowany punkt po punkcie. Zdrowy rozsądek może się tu pojawić, jeśli mamy już swoje lata i doświadczyłyśmy różnego rodzaju strat, niekoniecznie związanych z utratą miłości – myślę tu o chorobie i śmierci. Wiemy wtedy, że coś, co się wydaje nie do przeżycia, jest do przeżycia. Znamy już siebie w cierpieniu i wiemy, że mamy siłę, że wytrzymamy. Oczywiście są to kwestie indywidualne – czy mamy skłonność do sięgania po pomoc bliskich, szukania sobie aktywności, zamykania się w sobie, wpadania w stany depresyjne czy we wściekłość. Ale już wiemy, jaki sposób był skuteczny w wychodzeniu z emocjonalnej opresji. Wiemy, jak sobie pomóc.

Czasami jednak samych nas zaskakuje to, co nam pomaga. Okazuje się, że to zupełnie inne rzeczy albo inni ludzie, niż sądziliśmy.

Jaki jest pierwszy etap tego schematu rozstania?

Szok. Ktoś się pakuje i wyprowadza, przestajemy się spotykać. Odczuwamy pustkę. Często rozstanie następuje w momencie, kiedy się nam wydaje, że zaraz wejdziemy na wyższy poziom relacji. Że niebawem zaczniemy budować dom, postanowimy razem zamieszkać, pojawi się dziecko. Wydaje nam się, że ten moment powinien zmieniać nasze życie pozytywnie, a tu koniec. Okazuje się, że relacja nie wytrzymuje zderzenia z wyobrażeniami o niej, z priorytetami, które się rozmijają, decyzjami, których jedna strona nie chce, nie umie podjąć. A przecież wszystko sobie poukładaliśmy, zaplanowaliśmy, umówiliśmy się na coś, obiecaliśmy sobie, że ! Więc to jasne, że rozstanie nie mieści nam się w głowie. Z reguły ta faza trwa dosyć krótko, kilka tygodni, bo to jasne, że nasza psychika będzie się bronić przed tak radykalną zmianą.

Co potem?

Faza zaprzeczenia.

Myślimy, że jeszcze to się odkręci, ułoży, że wróci?

Że popełniliśmy błędy, ale przecież byliśmy sobie przeznaczeni, że może się jednak odezwie. Zachowujemy rzeczy tej osoby. Nadal jest znajomym na FB, nie kasujemy jego numeru telefonu. Łudzimy się: on pewnie też cierpi tak jak ja, zrozumie błędy, naprawi je. Myślimy – mimo braku jakichkolwiek przesłanek – że to ma jeszcze szanse.

A później zaczynamy myśleć, że jednak nie ma.

I pojawia się gniew. Zaczyna się faza szukania winnego. I złość. Nawet agresja. To mechanizmy obronne. Nie trzeba się ich tak bać, bo chronią nas i dawkują cierpienie. Tłumienie żalu i złości rujnuje nasze ego i zdrowie, więc trochę tego dziegciu, trochę tej złości się przydaje. W fazie złości bardzo ważna jest obecność zaufanych przyjaciół.

Po to, by nie tracić klasy przed obcymi?

Żeby nie tracić twarzy przy ludziach w pracy, opowiadając wszem wobec, jakie jesteśmy skrzywdzone, nie wchodzić w rolę ofiary. Żeby zachować szacunek do siebie. Z drugiej strony to bardzo potrzebne, byśmy mogły pozwolić sobie na to. Możemy dać sobie prawo, by złość z siebie wywalić, zrobić z siebie osobę skrzywdzoną i niesprawiedliwie potraktowaną, ale w obecności osób, które to z nami przejdą, wysłuchają, zniosą, zrozumieją, że musimy się wypłakać i wyzłościć, żeby móc wreszcie odzyskać pewną równowagę. Natomiast najmniej odpowiednim zachowaniem jest zalewanie falą pretensji i nienawiści byłego partnera albo wpędzanie go w poczucie winy. Mamy prawo tak myśleć i czuć, ale naprawdę lepiej jest się w tej fazie odseparować. I wylać żale przed osobami, które są godne naszego zaufania i akceptują nas bezwarunkowo.

I to jest ten moment, kiedy wykasowujemy jego numer telefonu.

Tak. Jest tu kilka klasycznych zachowań: wycinanie twarzy ze zdjęć, wyrzucanie prezentów od tej osoby, można oddać pierścionki czy sukienki od niego koleżankom, nawet tym, za którymi nie przepadamy.

Jest jeszcze jedna rzecz, która powoduje, że tracimy całkiem klasę i której powinnyśmy za wszelką cenę unikać. Jeśli partner odchodzi do innej, to nie powinnyśmy okazywać agresji wobec tej kobiety. Nie obciążajmy odpowiedzialnością osób trzecich. Bo jeśli związek jest trwały i oparty na zaufaniu, to żadna trzecia osoba nie jest w stanie go rozbić. Odpowiedzialność za zdradę jest sprawą partnera i jego sumienia. To zachowanie nie fair i kierowanie złości w niewłaściwym kierunku. Pokazuje, że traktujemy byłego partnera jako osobę pozbawioną woli i trochę jak naszą własność, którą ktoś skradł. A przecież to była jego decyzja.

W dodatku rywalizując z nową kobietą, porównując się z nią, wiele ryzykujemy, bo nieuchronnie z czasem uderzy to w naszą samoocenę.

To naturalne, że się porównujemy. Co ona takiego ma, czego ja nie mam? Dlaczego jest „lepsza”?

To najprostsza droga, by sięgnąć dna. Niestety, robimy to. Porównywanie się uderza w naszą kobiecość, ale też w pewne wartości ogólnoludzkie, czujemy się przegrane jako kobiety, ale też kompleksowo. Czujemy, że nie mamy nic do zaoferowania światu. Bo skoro okazałam się mało atrakcyjna, nieciekawa, to znaczy, że jestem generalnie beznadziejna.

Katarzyna Surmiak – Domańska napisała kiedyś reportaż o wdowach („WO” z 25 lutego 2008 r.). Jedna z nich powiedziała, że to w sumie lepiej, że mąż umarł, a nie odszedł do innej. Zszokowało mnie to, ale rozumiem, co mogła mieć na myśli. Bo to okropne uczucie, że jesteś niewystarczająco dobra.

To duża odwaga, że potrafiła tak szczerze się wypowiedzieć. Nie ma w tym moim zdaniem nic złego, że w sytuacji ekstremalnej czujemy skrajnie egoistyczne emocje. Jesteśmy więc nieobiektywne, nieracjonalne, nasze ego cierpi i wtedy nie bardzo możemy poza nie wyjść. Gdybyśmy podchodziły do tego na chłodno, no, toby świadczyło prawdopodobnie o tym, że to nie była prawdziwa miłość, prawda?

Na pewnym poziomie dojrzałości możliwe jest jednak, że nawet w fazie rozstania mamy świadomość, że nie podchodzimy do tego tak egoistycznie. Jest powiedzenie: jeśli kochamy naprawdę, to pozwalamy drugiej osobie odejść.

Szlachetnie. Ale my w naszym schemacie jesteśmy jeszcze w tej fazie, kiedy on jest palantem, a ja go nienawidzę.

Mamy tu takie elementy, jak tęsknota, żal, rozpacz, dezorganizacja. Zastanawiamy się, „co by było gdyby”. Może gdybym zrobiła coś inaczej, toby został? Analizujemy, szukamy przyczyn, rozmawiamy z terapeutami, z przyjaciółkami. Miotamy się: kasujemy SMS-y, maile, a potem gorączkowo wyciągamy z je pamięci komputera, odzyskujemy od znajomych zdjęcia. To się może ciągnąć i ciągnąć. Nie możemy się pożegnać, dopuścić do tego, by nastąpił kolejny etap, w którym uświadamiamy sobie, że to już definitywny koniec.

Na tym etapie nie jesteśmy w stanie jeszcze „wejść w głowę” drugiej osoby, zrozumieć jej. Nie jesteśmy w stanie pojąć, że on tego sądnego dnia siedział na kanapie i oglądał telewizję, potem wstał i powiedział, że życie w tym wymiarze nie ma dla niego sensu, że odchodzi. Bo przecież nie zawsze jest tak, że partner odchodzi porwany nową namiętnością. Część odchodzi, bo nie chce być w tym związku, po prostu. Czasem nawet nie chodzi o ten konkretny, lecz o związek w ogóle.

Więc kolejna faza to zrozumienie tej osoby?

Wcześniej jeszcze jest sięgnięcie dna, totalna utrata własnej wartości. Po tych wszystkich dywagacjach bierzemy winę na siebie i uznajemy, że jesteśmy beznadziejne. Przeżyła to pani? W co to uderzyło?

Uznałam, że jestem za mało kobieca, nieatrakcyjna seksualnie, moje życie jest zbyt rutynowe, codzienny znój zamiast przygody.

Za mało kobieca Jeśli pani wierzy, że on oczekiwał – i bądźmy przez chwilę złośliwe – hiperkobiecej, wiecznie zadowolonej i zachwyconej nim kokietki i trzpiotki, to może dobrze, że się rozstaliście, bo pani na pewno taka nie jest.

Ale mogłam się postarać.

Tylko po co? Druga opcja – pani sobie uroiła, że akurat takie były jego oczekiwania. Trudno uznać to za fakt, że partner, z którym spędziła pani kilka lat, miał takie groteskowe wyobrażenie kobiety swojego życia i związku. Być może kryzys dotyczył innych aspektów.

Prawda jest taka, że w tej fazie trudno będzie pani zrozumieć jego perspektywę.

To teraz jestem na dnie.

To faza najtrudniejsza. Czasami deprecjonujemy w ogóle sens swojego istnienia. Czasem swoją kobiecość. Czasem uznajemy, że nie potrafiłyśmy stworzyć ogniska domowego, nie umiałyśmy być dobrymi matkami i kochankami jednocześnie. Jesteśmy dziś strasznie zniewoleni tym poradnikowym stylem – że wszystko da się rozwiązać, załatwić. Pojawiają się też takie myśli, w które wtłacza nas kultura – że nie potrafiłyśmy utrzymać przy sobie mężczyzny. Tak jakby związek był smyczą. Że nie potrafiłyśmy stworzyć systemu obostrzeń, żeby mężczyzna nas się trzymał i nie puszczał.
To niebezpieczna faza, w której w sposób sztuczny możemy próbować poprawić tę nadwerężoną samoocenę. Próbujemy się przekonać, że jednak jesteśmy atrakcyjne i wartościowe, ładujemy się w kolejne związki i próbujemy odzyskać to, czego same się pozbawiłyśmy. Jeśli wiążemy się z kimś, by sobie wzajemnie podreperować samoocenę, to może to być najwyżej romans, ale związku nie stworzymy. A my chcemy stworzyć związek, prawda?

Chcemy.

No właśnie. I wracamy do tego, że kwarantanna jest potrzebna po to, żeby odbudować samą siebie. W związku, który umiera, na etapie ratowania go często tracimy siebie. Tak bardzo zapędzamy się w tym staraniu się, że już nie wiemy, kim naprawdę jesteśmy, i nie potrafimy być same. A tak naprawdę – powiem górnolotnie – żeby odkryć i zbudować siebie, musimy to zrobić same, a nie uzależniać tego całkowicie od drugiej osoby. Żeby wejść w kolejny związek, musimy zobaczyć, kim jesteśmy, polubić się za coś.

Oczywiście dobrze, by znalazł się ktoś, kto powie nam: „Jesteś superbabką”. Wcześniej nie dowierzamy przyjaciołom, bo co z tego, że ktoś tak uważa, jeśli najważniejsza osoba w moim życiu była innego zdania? To jak mówienie zbyt wcześnie kobiecie, która straciła dziecko: „Jeszcze jesteś młoda, urodzisz następne”. To może mieć sens, ale po jakimś czasie, gdy ona opłacze tę stratę sama. Tak samo nie działa, jeśli ktoś tydzień po utracie miłości życia mówi nam: „Za jakiś czas ci to minie i zobaczysz, ilu jest wspaniałych mężczyzn”.

I jak się odbijamy – poza tym, że akceptujemy to, że jesteśmy superbabkami?

Siłę daje aktywność, często ta związana z dbaniem o siebie. To, że zaczniemy uprawiać sport, cieszyć się z doznań związanych z fizycznością. Czasami, jeśli to, co mamy w głowie, przynosi cierpienie, to ciało może dostarczyć tego, co przyjemne. Ludzi podnosi pomaganie innym lub twórczy rozwój. To może być moment na decyzję o psychoterapii. Krok po kroku budujemy swoją wartość, samoakceptację. I możliwe jest wyjście z postawy zgorzknienia do postawy życzliwości. Skoncentrowania się na tym, co w życiu jest fajne, cieszenia się chwilą. W tej fazie urządzamy sobie mieszkanie tak, jak lubimy, czytamy książki i oglądamy seriale, na które nie miałyśmy czasu, kąpiemy się długo, słuchamy na pełen regulator muzyki, bo wreszcie nikomu to nie przeszkadza.

To przyjemne. Może się tak spodobać, że już z nikim nie będziemy chciały być.

Być może, ale na jakiś czas. Bo to jest właśnie kwarantanna. No i poza tym, że czerpiemy przyjemność z tej wolności, możemy czuć się też cholernie samotne. Zjadłam sobie to, co lubię, poleżałam w tej wannie do oporu i spotkałam się z przyjaciółmi, za którymi on nie przepadał, a jednak mi smutno. Pozwólmy sobie na te ambiwalentne uczucia. Czytałam ostatnio wywiad z Julią Hartwig i była tam piękna metafora – że czym innym jest podróżowanie z kimś, a czym innym samotnie. Że cudownie jest podróżować z kimś, kogo kochamy, z kim chcemy się dzielić. Ale musimy też mieć czas na samotne podróże, jeśli chcemy zebrać doświadczenia nowych sytuacji i wiedzę o sobie samych. No właśnie, kwarantanna jest taką samotną podróżą. Porażką, ale też szansą na poważny rozwój.

Możemy poczuć, że dzielenie się doświadczeniem jest wartością, ale nie warunkiem tego, żeby się cieszyć ze swojego istnienia. Że partner nie powinien być naszym zwierciadłem, że też jest autonomicznym człowiekiem. Odkrywszy własną autonomię, będziemy umiały uszanować cudzą. Nie będziemy już traktować tego, że nie dzielimy się wszystkim, jako odrzucenia czy braku więzi. W tej fazie możemy też poczuć, że to uczucie było złudą, wyobrażeniem związku. A jeśli tak nie było i relacja była głęboka i wartościowa, mimo że się skończyła, to przestajemy żałować, że nam się to spotkanie przydarzyło.

I pojawia się wdzięczność.

Otóż to. Dla tej samej osoby, którą niedawno nienawidziłyśmy całym sercem. I przez którą czułyśmy się skrzywdzone. Czasami można to tej drugiej osobie powiedzieć po latach, a czasami nie trzeba, bo to jest oczywiste. Na przykład umiera jego ojciec i chcemy być przy nim w tym momencie. Albo z perspektywy czasu rozumiemy różne jego decyzje, z którymi się nie zgadzałyśmy i traktowałyśmy jako atak na siebie i zaniedbanie. W tej fazie widzimy owoce tego, do czego dążył, i uznajemy, że to jednak miało jakiś sens. Zapominamy to, co było złe, i wspominamy tego człowieka od najlepszej strony. Ta osoba była dla nas ważna – bez względu na to, co się stało. Pewne rzeczy się w życiu kończą i może brzmi to trywialnie, ale nasze drogi się rozchodzą, bo każde wybrało inny kierunek. Nie oznacza to, że kiedyś nie łączyło nas uczucie.

I nawet może przyjść taki moment, że poczujemy, jak dużo zawdzięczamy samemu rozstaniu, bo dzięki niemu poznałyśmy same siebie, poznałyśmy swoją wrażliwość i skalę wartości. Zrozumiałyśmy, co jest ważne. Ale taka wiedza przychodzi na dalekim etapie.

A jeśli ja odchodzę od niego? Też powinnam przejść kwarantannę?

Również. Można tu wyróżnić podobne etapy. Wiele zależy od tego, czy byłyśmy lojalne czy kłamałyśmy, czy wysyłałyśmy jasne sygnały, że czujemy, iż nasz związek się rozpada, czy podejmowałyśmy próby naprawy. Jeśli mamy spokojne sumienie, to i tak zazwyczaj przy rozstaniu mamy poczucie odpowiedzialności i winy, i cierpimy, ponieważ druga osoba cierpi. Chcemy odejść tak, by ta druga osoba miała poczucie, że byliśmy w porządku. Często nie rozumiemy, że ona musi przejść przez fazę nienawiści do nas. Jako odchodzący też czujemy się samotni i nasze życie jest zdezorganizowane – bo jednak mnóstwo stworzyliśmy razem. Możemy mieć taką skłonność, by zaprzyjaźnić się z osobą, którą porzucamy. Nie jestem zwolenniczką tego rozwiązania. Wierzę w wyjątkową więź, która pozostaje, ale już w fazie dalekiej kwarantanny opartej na poczuciu wdzięczności za wspólny czas. Szybkie zaprzyjaźnianie się jest aktem egoizmu, uwalniania się z poczucia winy, oplątywaniem drugiej osoby, uniemożliwianiem jej, by uwolniła się od nas.

Zaprzyjaźniamy się, bo nie chcemy czuć się jak świnia.

Ten egoizm może być jeszcze silniejszy – chcemy podtrzymywać miłość partnera, od którego odeszłyśmy, bo to nas dowartościowuje. Czyli pastwimy się nad tą osobą, dając jej jakieś złudne nadzieje. Oczywiście pozornie tego nie robimy, nawet poznajemy ją z naszym nowym partnerem, ale łechce naszą próżność to, że tamten cierpi, że jest zazdrosny. To skrajny egoizm wynikający z ochrony dobrego mniemania o sobie.

Podsumowując: jeśli to my kończymy ważny związek, to zasada kwarantanny też się przydaje, bo wszystkie mechanizmy, o których rozmawiałyśmy, nas dotyczą. Jesteśmy o tyle do przodu, że wiemy, dlaczego chciałyśmy skończyć ten związek, i że chcemy coś zrobić ze sobą.

Nie ma tego poczucia obniżenia wartości.

Ależ jest, bo czujemy się podle. Czujemy się złymi ludźmi. Mamy wyrzuty sumienia – że może mogłyśmy postępować inaczej, że nie potrafiłyśmy się poświęcić i zostać w związku. Czasami odchodzimy, bo same uznajemy, że jesteśmy nieodpowiednie i że dlatego ten związek się nie klei. Czasami to wynika z poczucia, że nie możemy w tym związku być sobą, że za bardzo się poświęcamy, i już w ogóle nie wiemy, kim jesteśmy, i mamy tego dość. Dusimy się i musimy wyjść, żeby oddychać.

O tyle inaczej przebiega ta kwarantanna, że już jesteśmy dalej w fazie budowania swojej samooceny. Jesteśmy pogubione, ale wiemy, że chcemy odzyskać stabilność, chcemy odzyskać siebie. Może się jednak okazać, że mimo iż mamy przestrzeń, to kompletnie nie wiemy, co zrobić ze swoim życiem. I możemy mieć tendencję, żeby wciąż wracać i odchodzić lub leczyć się za pomocą nowych związków.

Ale też możemy odetchnąć.

Też. Wiele kobiet czuje to po rozwodzie. Zwłaszcza jeśli były w związkach przemocowych, w których były toksyczne relacje, dochodziło do agresji i seksualnych upokorzeń. One również często mają poczucie bezradności po rozstaniu, ale pomimo to czują ulgę. I znów – szukanie faceta od razu w tej sytuacji jest niebezpieczne. To czas na odnowienie relacji z dziećmi, przyjaciółmi.

A seks?

Możemy w tym czasie samotnym być bardzo erotyczne. Możemy odkrywać świat fantazji. Możemy sobie zrobić przerwę, która będzie wynikać z poczucia niezgody na bylejakość w tej sferze. Im bardziej kochamy siebie, tym bardziej nam zależy na seksie połączonym z miłością.

Po rozstaniu można sobie uświadomić, o co w ogóle nam w seksie chodzi, co jest dla nas ważne. Jeżeli się poświęcałyśmy, umierałyśmy w związku, to również miało wpływ na nasz seks – to był seks, w którym rezygnowałyśmy z wyrażania siebie, ze spontaniczności, z radości, swobodnego dialogu, otwartości. Albo gorzej: seks działał na nas depresyjnie, bo byłyśmy z osobą, która miała być najważniejsza w naszym życiu, a czułyśmy, że nie mamy z nią kontaktu. I seks wzmagał nasze poczucie beznadziejności i samotności w związku. Chciałyśmy poczuć dzięki niemu bliskość, a jej nie było. I oczywiście, na tym etapie możemy spotykać różne osoby i odkrywać różne przyjemności, szaleństwa. Ale to są tylko fragmenty, które możemy łapać.

Możemy też odkrywać swoją wrażliwość seksualną, siedząc w samotny wieczór i wzruszając się sceną w filmie lub książce. Z takich erotycznych tęsknot możemy dużo się o sobie dowiedzieć.

Kiedy będziemy gotowe na nowy związek?

Prawdziwych miłości sobie nie wymyślamy i nie planujemy. One się pojawiają, kiedy ich najmniej oczekujemy, ale przychodzą, gdy jesteśmy na nie gotowe.

Jeśli dobrze wykorzystamy kwarantannę i zbudujemy umiejętność bycia samemu, to będziemy już wiedzieć, że to wartość, której warto bronić. To nie zakładanie, że już nie będziemy w związku, ale że będziemy umieli szanować swoje odrębne światy. Będziemy razem również w naszych samotnościach. Autonomiczni, ale bliscy i uważniejsi.

Alicja Długołęcka – edukatorka seksualna, autorka wielu książek, m.in. „Seksu na wysokich obcasach” (wyd. Agora). Pracuje w Zakładzie Psychoterapii Wydziału Rehabilitacji AWF w Warszawie.

 

7cd119eb46017f4228cd3953c5327ba1

Czytaj więcej ...
Czytaj mniej ...