17
Sty
2016

WSTYD…

 

O rozpoznawaniu i uzdrawianiu wstydu

Prawie wszyscy okropnie się wstydzą. Nie tylko ty. Prawie każdy. Dorastając uczymy się, jak tłumić to uczucie, żeby można było przebywać wśród ludzi i zachowywać się stosownie. Bardzo niewiele jest sytuacji, które nie budzą zażenowania. Większość z nas zaczyna ograniczać swoje życie, żeby tylko uniknąć tego uczucia. Coraz więcej rzeczy nie robimy tylko dlatego, że się wstydzimy. Chodzimy wolniej i ostrożniej. Bardzo ostrożnie siedzimy. Bardzo ostrożnie mówimy. Nie śpiewamy pełnym głosem. I nigdy nie tańczymy. […] Dla większości z nas bliskość jest bardzo krępująca. […] Wśród naszych relacji z ludźmi nie ma ani jednej, która nie byłaby podszyta wstydem. [Tim Jackins: Wstyd. “Present Time” nr 58, styczeń 1985]

 

Czym właściwie jest wstyd?

Doświadczenie wstydu to doświadczenie odsłaniania się – podkreśla Ernest Kurtz [1], ale nie tylko przed innymi, lecz również przed sobą samym. Z kolei Patricia i Ronald Potter-Efronowie [2] zwracają uwagę, jak złożonym zjawiskiem jest wstyd: „To coś więcej niż uczucie. To zespół reakcji organizmu (takich jak pochylenie głowy w dół czy rumieniec), połączony z możliwym do przewidzenia działaniem (takim jak ukrycie się czy wycofanie z kontaktu z innymi), przykrymi myślami (takimi jak   «         Jestem do niczego») i rozpaczą w duszy. Nasza definicja wstydu jest taka: jest to bolesne przeświadczenie o własnej zasadniczej ułomności jako istoty ludzkiej”.

Wskazują oni równocześnie, jak odróżniać wstyd od jego – jak mówią – najbliższego sąsiada: poczucia winy. Otóż osoba owładnięta wstydem czuje, że jako człowiek ma jakiś zasadniczy brak, defekt czy upośledzenie. Natomiast ktoś, kto ma poczucie winy, uważa, że zrobił coś nie tak, dopuścił się czegoś złego, co powinno być ukarane lub naprawione. Wstyd nie musi łączyć się z oceną moralną, jak o tym świadczą dwa przykłady sytuacji, których doświadczył praktycznie każdy z nas: zawód miłosny i ciężka, widoczna choroba.

Wstyd to emocja społeczna. Człowiek nie rodzi się gotowy wstydzić się siebie: wystarczy przyjrzeć się niemowlętom i bardzo małym dzieciom – spontaniczne i naturalne, ujawniają bez zahamowań siebie wraz z całym swoim pięknem. Potem są uczone przez otoczenie, głównie przez rodziców, czego mają się wstydzić, i z czasem wykształcają w sobie „wewnętrznego zawstydzacza” czy krytyka, który pilnuje ich znacznie lepiej, niż mógłby to zrobić ktokolwiek z zewnątrz.

Wstyd ma swoje dobre i złe strony. Jakaś jego część jest potrzebna, a nawet konieczna (wstyd konstruktywny), natomiast w nadmiarze przeszkadza w życiu (wstyd destrukcyjny). Ten pierwszy skłania do zmiany, mobilizuje do działania na rzecz poprawy sytuacji i doskonalenia się, ten drugi przytłacza, demobilizuje, hamuje. Co myślą o sobie ci, których zagarnął destrukcyjny wstyd? „Jestem do niczego”, „Zawsze komuś przeszkadzam”, „Nie mam prawa do życia”, „Nikt mnie nie kocha, bo nie jestem wart miłości”, „Jestem brudna” itp.

Najwięksi znawcy wstydu, Ronald i Patricia Potter-Efronowie oraz John Bradshaw [3], zwracają uwagę, że głęboki wstyd to także kryzys duchowy. Oto jak kondycja kogoś owładniętego wstydem została opisana w Letting go of shame [4]: „Osoba, która się wstydzi, wierzy, że nie ma prawa do istnienia […]. Czy jestem kompletną pomyłką? Czy nikomu na mnie nigdy nie zależało? Czy nawet Bóg mnie opuścił? Gdy wstyd jest bardzo silny, ludzie odpowiadają «tak» na każde z tych pytań. Wstyd na pewien czas pozbawia nas człowieczeństwa. Zaczynamy myśleć o sobie jako o podludziach”.

To uczucie ma pewną cechę o charakterze pułapki: wstydzimy się wstydzić, dlatego staramy się przed sobą i innymi ukryć wstyd, co nie pozwala rozpoznać go i podjąć uzdrawiających poczynań. Dlaczego tak trudno radzić sobie z nim? Bo zawstydzanie zaczęło się bardzo dawno, kiedy byliśmy małymi dziećmi i nie umieliśmy się przed nim bronić. Zawstydzano nas nie zawsze wprost i czytelnie: najczęściej nie poprzez słowa, lecz gesty, miny, niedomówienia. Cała ta mglistość i niejasność wytwarza w naszej psychice taki rodzaj dezorientacji, że na wstydliwych kwestiach trudno się skupić: myśli rozpełzają się, a zdolność wnioskowania słabnie. Przy pracy nad żadnym innym uczuciem nie słyszałam tylu wypowiedzi typu: „Mam pustkę w głowie”, „Nic mi się nie nasuwa”, „Trudno mi zebrać myśli”. Dlatego nie umiemy trafnie rozpoznawać wstydu ani u siebie, ani u innych.

Zakorzeniony dawno temu wstyd drzemie tuż pod powierzchnią, chociaż znaczna część powodów do zawstydzania dawno przestała być aktualna. W dorosłości nie zdarzają się ludziom mokre majtki, chyba że po wyjściu z basenu, a z upaćkaną buzią czy ubraniem szybko można sobie poradzić. A jednak bywa, że ktoś ludzie nagle zaczyna dojmująco wstydzić się z błahej, dla innych nieznaczącej przyczyny: uruchamiają się nagromadzone przez lata pokłady wstydu czy też – jak nazywają to Potter-Efronowie – spirala wstydu [5], kiedy łańcuch przykrych wspomnień porusza mechanizm samozawstydzania, zasysający człowieka coraz głębiej.

Powodów do wstydu jest bez liku, ludzie mogą wstydzić się wszystkiego, a więc konieczne jest wprowadzenie tu jakiegoś porządku, pamiętając, że w ostatecznym rachunku człowiek zawsze wstydzi się siebie. Oto propozycja uporządkowania powodów wstydu:

  • moje JA fizyczne: ciało, wygląd zewnętrzny, zdrowie;
  • moje JA psychiczne: charakter, psychika, życie wewnętrzne, w tym moje uczucia;
  • moje JA społeczne:

– zdolności i umiejętności,

– osiągnięcia, w tym praca, zawód, prestiż społeczny, pozycja materialna,

– rodzina, środowisko, otoczenie,

– kontakty i związki z ludźmi;

  • moja płeć: JA jako kobieta lub mężczyzna, partner, rodzic;
  • moje JA duchowe: system wartości, jego realizowanie, życie duchowe (w tym religijne);
  • moja droga życiowa: osobista historia i losy wspólnot, do których należę (w tym rodziny, warstwy społecznej, narodowości, kraju).

Taka mapa stanowi dobry punkt wyjścia do dalszej analizy lub pracy terapeutycznej: w grupie można na przykład objaśniać sobie swoje mapy w parach czy zająć się bardziej szczegółowo najmocniej „zainfekowanym” obszarem.

 

Źródła i sposoby zawstydzania

Sposoby zawstydzania, jakie wobec nas stosowano, były liczne i różnorodne. A więc mówiono po prostu: „Wstydź się!”, używano specjalnych epitetów, towarzyszyły im miny – pogardliwe, lekceważące, odrzucające. Czasami nie były to miny, tylko jakiś symboliczny „dołujący” albo „skreślający” gest w rodzaju machnięcia ręką, uniesienia brwi do góry albo wzruszenia ramion. Trzeba jeszcze dodać ośmieszanie i porównywanie na niekorzyść – klasyczne narzędzia zawstydzania.

Każdy miał w swoim życiu różnych „zawstydzaczy”, z których najważniejsi byli oczywiście rodzice. Informacje od nich zapisywały się na czystej karcie naszych przekonań nie tylko jako jedyne czy przynajmniej bezkonkurencyjne, ale też jako bardzo trudne do podważenia. Kolejnym ważnym źródłem zawstydzania stają się rówieśnicy. Młodość to czas niepewności, a kiedy wszyscy tak się czują, zawsze w gromadzie znajdzie się paru, którzy – broniąc się przed własnym wstydem – będą zawstydzać innych. Sądy rówieśników są ostre, bezkompromisowe, z łatwością „skreślające” kolegów, którzy odstają od obowiązujących norm.

Przekaz społeczny również stanowi źródło wstydu – żyjemy w kulturze konkurencji i porównań od początku życia (przedszkole, szkoła). Prasa publikuje spisy najbogatszych obywateli, najbardziej wziętych modelek, laureatów festiwali filmowych. Aż trudno nie pomyśleć: „Tylu jest lepszych ode mnie, widocznie ja jestem gorszy”. Bezustanne porównywanie jest celowo podsycane przez reklamę z czysto ekonomicznych powodów. Myślę, że bardziej prawdziwe od tradycyjnego hasła „Reklama dźwignią handlu” byłoby „Reklama dźwignią wstydu”.

Aktualne ważne związki też mogą podtrzymywać wstyd. Najbliższa osoba – ukochana, współmałżonek, przyjaciel – mogą dołączyć do grona najbardziej raniących zawstydzaczy, lecz mogą również wyleczyć nas z toksycznego wstydu, obdarzając głęboką akceptacją. Problem polega na tym, że nadzwyczaj dobrze nadaje się on do subtelnych gier partnerskich: poniżanie drugiej strony służy zagłuszaniu własnego wstydu czy poczucia niższości.

Wreszcie trzeba pamiętać, że nieraz już od przedszkola sami stajemy się własnymi zawstydzaczami. Robimy to lepiej niż ktokolwiek z zewnątrz, bo przecież mnie samej żadne moje zachowanie ani żadna moja myśl się nie wymknie.

 

Jak bronimy się przed wstydem i co z tego wynika? 

Stosujemy różne sposoby obrony, z których tylko jeden jest rzeczywiście skutecznym lekarstwem na wstyd: wyjście mu naprzeciw z podniesioną przyłbicą i dokonanie zmian albo w sobie, albo w sytuacji, która wywołuje wstyd. Jednak ten sposób wymaga odwagi i pewności siebie, podczas gdy ludzie wypełnieni wstydem nie są w stanie podjąć takiej konfrontacji. Są więc skazani na inne sposoby: prostsze, mniej bolesne, dające szybsze efekty. Niestety, pomagają one na krótko i łączą się z kosztami, które na dłuższa metę powodują duże szkody.

Zaprzeczanie – usuwamy wstyd z pola widzenia, przestajemy się nim zajmować, odcinamy się, niejako udajemy przed sobą, że go nie ma, i po pewnym czasie rzeczywiście przestajemy go odczuwać, a nawet rozpoznawać. Wśród kosztów trzeba wymienić utratę kontaktu również z innymi uczuciami, jak choćby miłość czy radość; utratę energii, ponieważ to bardzo męczące – nie widzieć, nie słyszeć, nie czuć, nie myśleć o czymś, co tak naprawdę bardzo nas obchodzi; utratę orientacji w rzeczywistości i zdolności do podejmowania dobrych dla siebie decyzji.

Wycofanie – zaczynamy unikać miejsc, ludzi, sytuacji, które narażają nas na przeżywanie wstydu. Albo rezygnujemy z góry, albo uciekamy, kiedy pojawią się pierwsze oznaki, że wstyd może nas w tych okolicznościach dopaść. W ten sposób tracimy różne szanse, a także pozbawiamy sami siebie bliskich, znaczących kontaktów, bo właśnie w takich kontaktach ryzyko jest największe.

Złość – zamieniamy na nią wstyd, ale nie zdajemy sobie z tego sprawy, uparcie trzymając się przekonania, że naprawdę zdarzyło się coś, co zasługuje na nasz gniew. Złoszczenie się to skuteczny sposób trzymania innych na odległość, nawet tych, z którymi chcielibyśmy być blisko. Natomiast osoby z naszego otoczenia po prostu się nas boją, a strach potrafi zmrozić atmosferę w związku, usuwając spontaniczność i ciepło. Ci, którzy łączą wstyd z furią, mogą stać się sprawcami przemocy w słowach i w czynach.

Perfekcjonizm – oznacza działanie według zasady „Spróbuję robić wszystko idealnie, żeby nie mieć się czego wstydzić”. W efekcie jesteśmy stale zmęczeni, co jest zrozumiałe w sytuacji ciągłego „wspinania się na palce”. Usiłując sprostać idealnym wymaganiom, musimy wyrzec się luzu, spontaniczności, bycia sobą. Żyjemy w nieustannym zagrożeniu, że jednak coś się nie uda i zamiast „szóstki” dostaniemy „trójkę z plusem”. Poza tym perfekcjoniści nie są lubiani, bo np. podnoszą normy i tworzą “wyśrubowane” standardy lub też – skoncentrowani na swoich wysiłkach – nie mają już siły skupić się na kim innym.

Wywyższanie siebie, poniżanie innych – to bardzo popularna technika radzenia sobie ze wstydem. Celują w tym rodzice, stawiając za wzór siebie albo np. jakieś idealne dziecko z rodziny. Z ich tonu jednoznacznie wynika, że nie tylko „moje lepsze”, ale „twoje gorsze”. Wywyższanie się wzbudza zwyczajnie dużo złości, niechęci, irytacji, powoduje też, że relacje stają się zamknięte, pozorne, nastawione na zasłanianie się i obronę przed poniżeniem.

Nałogowe zachowania – niezależnie od rodzaju nałogu – pozwalają odwrócić uwagę od bolesnej świadomości własnych deficytów, czyli od wstydu. Zaawansowane uzależnienie powoduje, że inne dziedziny życia, te nie związane z nałogiem, marnieją i ubożeją, bo coraz mniej o nie dbamy. W kontaktach z ludźmi uzależnienie dyktuje nam zachowania dalekie od miłości i troski, w efekcie rodzina i przyjaciele albo odchodzą, albo wytwarzają taki układ, w którym osoba uzależniona jest traktowana tak, jakby nie istniała. Do tego bilansu trzeba jeszcze doliczyć szkody zdrowotne, a także duchowe i moralne – gdy na rzecz nałogu ktoś postępuje w sposób sprzeczny z wyznawanymi wartościami.

Te taktyki obronne, najczęściej przyswojone jeszcze w dzieciństwie, przekształcają się z czasem w strategie kierujące życiem człowieka, a nawet stają się jeszcze czymś więcej – częścią jego nastawienia do życia, zdawało by się integralnym elementem jego samego. Kiedyś potrzebne, przekształciły się w utrwalone, nawykowe reakcje, które czynią człowieka swoim niewolnikiem.

Nieuchronną konsekwencją stosowania każdego z wymienionych sposobów jest odcięcie się od jakiejś części siebie. To właśnie wstyd najczęściej skłania do noszenia masek, a te z czasem dosłownie przyrastają do nas, tak że zaczynamy wierzyć, iż „moja maska to ja”.

 

Jak leczyć wstyd? 

Pozbywania się niszczącego wstydu to wieloetapowy proces, wymagający czasu i wysiłku, który składa się z kolejnych kroków czy zadań.

  • Przyznanie, że wstyd jest moim ważnym życiowym problemem, oraz rozpoznanie, czego dotyczy, jak się przejawia i jaki jest jego szkodliwy wpływ na moje życie
  • Pogodzenie i oswojenie się z nim – uznanie wstydu za nieodłączny, a w określonych granicach nawet potrzebny składnik swojego życia wewnętrznego. Poznanie korzyści, jakie daje konfrontowanie się ze wstydem.
  • „Odtrucie”, czyli zmniejszenie wstydu do rozmiarów umożliwiających dalsze kroki. Tu najważniejsze jest wyjście z izolacji i osamotnienia, otwarcie się i dzielenie swoimi przeżyciami z innymi ludźmi.
  • Próby przezwyciężania wstydu i zahamowań za pomocą eksperymentowania z zachowaniami, których się wstydzimy, nie na tyle jednak, żeby nie móc ich podejmować.
  • Powstrzymanie zawstydzania i samozawstydzania, w tym również zmiany w toksycznych relacjach.
  • Trzy lekarstwa na trujący wstyd: szczerość, godność, bliskość.

„Szczerość wymaga, żeby się odsłonić: ujawnić ja-którego-się-lękam, ażeby dotrzeć do ja-jakim-jestem” – pisze Ernest Kurtz [6]. Dzięki szczerości otwiera się szeroka droga do prawdy o sobie. Z kolei wzajemna szczerość powoduje, że ludzie zaczynają zbliżać się do siebie, a w sytuacji bliskości przekazują sobie liczne sygnały, w większości niewerbalne, które „ładują akumulator” znacznie szybciej i skuteczniej niż jakiekolwiek słowa. Doświadczają też wówczas szczególnej koncentracji uwagi na sobie i poczucia, że oto spotykam się z troską, współodczuwaniem, zrozumieniem – w takim klimacie wstyd musi topnieć jak lód w słońcu. Bliskość wydobywa z samotności, budzi nadzieję i powoduje, że nie boimy się być sobą. Dzięki temu może dojść do pogodzenia się z własnymi słabościami i własną niedoskonałością.

Osoba o naruszonej godności musi usłyszeć z zewnątrz – od terapeuty, przyjaciół, kolegów z grupy terapeutycznej, od duszpasterza – i to nie jeden raz, że żadne sytuacje z przeszłości, żadne osoby z zewnątrz, żadne aktualne okoliczności nie były i nie są w stanie pozbawić jej godności. Że prawo do jej respektowania przez wszystkich innych ma od urodzenia i tylko z tej przyczyny, że jest istotą ludzką. Że nawet ci, którzy zrobili w życiu wiele rzeczy niegodnych, mogą starać się o przywrócenie godności. W jaki sposób? Zaczynając żyć inaczej, właśnie bardziej godnie.

Każde z trzech głównych lekarstw na wstyd wywołuje zrozumiały lęk, bo z każdym wiąże się duże ryzyko. Szczerość budzi obawy o dalsze zawstydzanie i ośmieszanie, próby bliskości mogą skończyć się odrzuceniem, a przyjrzenie się własnemu poczuciu godności może nam uprzytomnić, jak mało jej mamy. Dlatego korzystanie z tych dróg uzdrawiania wstydu wymaga świadomej decyzji i odwagi. Na szczęście zwykle na pozytywne wyniki nie trzeba czekać długo: pojawia się przypływ dobrego samopoczucia, przejawy zrozumienia i sympatii od innych ludzi, a nawet wyraźnie lepszy stan fizyczny.

Oprócz aktualnych oddziaływań grupowych czy indywidualnych warto ustalić z klientem długofalowy plan uwalniania się od toksycznego wstydu (i koniecznie go zapisać), żeby połączyć leczenie z realiami spoza terapii i umieścić w perspektywie drogi życiowej klienta. Ogromnie ważne jest powiązanie leczenia wstydu z tworzeniem wizji własnego rozwoju osobistego i duchowego.

We wszystkich oddziaływaniach terapeutycznych najważniejsza jest jednak postawa terapeuty, w tym – szacunek dla klienta ujawniającego swój wstyd. Wiąże się z tym konieczność przepracowania przez osobę udzielającą pomocy własnego wstydu.

 

Cele terapii

Przekonanie – głęboko zakorzenione, dawne, pierwotne wobec innych komunikatów o sobie – że fundamentalnie, z istoty swojej jestem gorsza czy gorszy, zapisało się na ogół bardzo wcześnie i odtąd steruje odbiorem wszelkich innych informacji o sobie. Owa “pozycja wstydu” zawiera poczucie beznadziejności i bezradności. Inaczej jest, gdy zacznie się pracować nad zgodą na siebie: “Mam świadomość swoich braków oraz niedoskonałości i całkowicie akceptuję siebie wraz z nimi”. Siła tego postępowania tkwi nie w technice, lecz w uchwyceniu przez klienta fundamentalnych negatywnych przekonań na własny temat, ich “przewietrzeniu” i podważeniu, zamiast – jak dotąd – pozwalać im na funkcjonowanie w charakterze niepodważalnej prawdy.

Dostrzec i docenić swoją odrębność i niepowtarzalność – to cel, do którego zmierzamy w terapii wstydu. Zwykle doświadczenie wspólnoty przy docenianiu różnic i zachwycie dla nich staje się siłą leczącą wstyd znacznie skuteczniej niż jakakolwiek określona metoda czy technika. Ludzie, którzy zaznali tego, zaczynają czuć się w pełni ludźmi i są gotowi zacząć odsłaniać swoje człowieczeństwo – całą jego wielkość i całą małość. Dlatego droga uzdrawiania wstydu to jednocześnie droga do bycia sobą: zgoda na siebie wraz ze swoimi wadami i ograniczeniami, bez wywyższania się, ale i bez poniżania. Bez odważnego wysiłku poznania prawdy o sobie zawsze będzie na nas czyhać groźba zdemaskowania i wiecznie pozostaniemy o krok od wstydu.

Praca nad wstydem prowadzi do zmiany całego życia. Decydując się na zmagania ze swoim wstydem, wychodzimy z ukrycia i doświadczamy olbrzymiej swobody, ale mamy też mnóstwo decyzji do natychmiastowego podjęcia i układanych na nowych zasadach kontaktów z ludźmi – czyli obok ekscytacji odczuwamy także stres i napięcie oraz poczucie braku kompetencji w zmienionej sytuacji.

Na poziomie uczuć pojawia się więcej przestrzeni wewnętrznej na inne emocje. Wstyd zagłuszał rozpacz i lęk, ale też miłość, czułość, serdeczność, radość, dumę, które wkrótce mogą zacząć pełnić rolę drogowskazów życiowych. Dzięki nim można dotrzeć do swoich potrzeb i – znowu – zacząć być bardziej sobą.

Kolejną ważną zmianą jest inny bilans emocjonalny – przewaga przeżyć pozytywnych nad negatywnymi. Poza tym pojawiają się nowe zachowania, dotychczas nie praktykowane i choćby przez to ryzykowne. Ale mimo pokusy powrotu do dawnego sposobu życia – wycofanego czy obronnego – w miarę kolejnych prób eksperymentowanie staje się coraz bardziej ekscytujące i radosne.

 

Czy świat, w którym żyjemy, mógłby być lepszy?

Całe życie społeczne – zwyczaje, systemy wychowawcze, funkcjonowanie instytucji, sposoby kontaktowania się – jest przesiąknięte wstydem. Możemy zapoczątkować zmiany w skali społecznej i myśleć o nich w kategoriach osobistej odpowiedzialności: że to, jaki będzie dany wycinek rzeczywistości społecznej, zależy od nas, a wprowadzanie zmian trzeba zaczynać od siebie i swego najbliższego otoczenia. Fakt, że urodziliśmy się i spędziliśmy znaczną część naszego życia w zawstydzającym społeczeństwie – w takiej rodzinie i szkole, w trybach takiej kariery zawodowej, w kontakcie z takimi środkami masowego przekazu – nie oznacza, że musimy powielać ten model. Możemy zacząć tworzyć mikrośrodowiska, do których destrukcyjny wstyd nie ma dostępu. Zapoczątkowanie reakcji łańcuchowej to nasza szansa na społeczeństwo w coraz większym stopniu wolne od destrukcyjnego wstydu.

 

[1] Ernest Kurtz: Wstyd i poczucie winy. Warszawa 1988, s.29.

[2] Ronald Potter-Efron, Patricia Potter-Efron: Letting go of shameUnderstanding how shame affects your life. Hazelden 1989, s.1-2.

[3] tamże oraz John Bradshaw: Toksyczny wstyd, Warszawa 1997.

[4] Letting go of shame, s.16-17.

[5] j.w., s.34-36.

[6] Ernest Kurtz: Wstyd…, s. 51.

[podobny tekst pod tytułem „Wstydu oszczędź i sobie, i innym” ukazał się w „Charakterach” nr 8 (91) sierpień 2004]   

 

Bez wstydu źle, ze wstydem różnie

 

  1. Nie ma ludzi, którzy się nie wstydzą. Chyba rzeczywiście nie ma. Każda kultura nakłada jakieś ograniczenia i stawia jakieś wymagania, które w toku wychowania są uwewnętrzniane i jeśli człowiek nie spełnia tych – już własnych – standardów, pojawia się wstyd. Myślę, że w toku życia musi się to zdarzyć każdemu, i to wielokrotnie. A w naszej kulturze zwłaszcza, u nas zawstydzanie dzieci to jeden z głównych instrumentów wychowawczych. Dlatego potem żyjemy wśród ogromnie wstydliwych dorosłych, w większości wprost sparaliżowanych wstydem.
  2. Gdyby nie wstyd, ludzie robiliby straszne rzeczy. Całkiem możliwe. Wydaje mi się, że wstyd jest jednym z głównych regulatorów zachowania i gdyby nie on, normy społeczne byłyby przekraczane dużo częściej. Przecież skontrolować, złapać na gorącym uczynku i ukarać udaje się tylko bardzo nieznaczny ułamek tych, którzy robią rzeczy niedopuszczalne. Weźmy przykład banalny: jazdę bez biletu – jak mała jest liczba ludzi, których mógłby złapać kontroler w porównaniu z tymi, którzy wstydzą się nawet pomyśleć o podróżowaniu na gapę.
  3. Dzieci się nie wstydzą. Noworodki nie, ale po wyjściu z pieluch maluchy zaczynają się wstydzić bardzo szybko. Prawie każde dziecko, jak tylko wstanie na nogi, zaczyna być zasypywane gradem pouczeń i wraz ze świadomością siebie i początkami panowania nad otoczeniem wkracza intensywny trening „bycia nie w porządku”. Niemniej jeszcze przez jakiś czas są w znacznie mniejszym stopniu zainfekowane wstydem niż dorośli i dlatego mają tyle uroku, pomysłowości, spontaniczności, zadowolenia z siebie i łatwości nawiązywania kontaktu. Każdy z nas może sprawdzić, o czym myśli, kiedy poznaje nową osobę albo staje przed lustrem – większość z tego, co wtedy gra nam w głowie, to teksty z programu samozawstydzania. Dzieci zwykle jeszcze nie mają takich wyraźnych i kompletnych nagrań w głowie.
  4. Gdybyśmy się nie wstydzili, żyłoby nam się lepiej. Wcale? Gdybyśmy mniej się wstydzili, pewnie bylibyśmy szczęśliwsi. Ale masowy bezwstyd doprowadziłby wkrótce – jestem o tym przekonana – do chaosu społecznego, co wyraźnie widać na przykładzie terroryzmu. Myślę, że nie obejdzie się bez rozróżnienia kontruktywnego wstydu, który powstrzymuje nas przed staczaniem się w bezład i motywuje do stawania się lepszymi, a wstydem destrukcyjnym czy toksycznym, który gasi radość życia, spontaniczność i autentyczność. Na pewno gdyby było w nas mniej toksycznego wstydu, nasze życie byłoby nieporównanie bardziej satysfakcjonujące.
  5. Wstyd przeżywamy tylko w obecności innych osób. Ależ skąd! Sami jesteśmy swoimi głównymi zawstydzaczami. U źródeł wstydu rzeczywiście są inni ludzie – rodzice, nauczyciele, równieśnicy, partnerzy – ale jesteśmy zdolnymi uczniami, a wstyd to piekące, okropne uczucie, tak że bardzo szybko zaczynamy sami pilnować tego, żeby nie dopuścić do nawet niedużego zażenowania. Jak długo potrafi nas męczyć popełniona gaffa – już w samotności, często miesiące i lata po niefortunnym zdarzeniu. I to nieraz tak błahym, jak rozpięta spódnica czy wylana na kogoś kawa.
  6. Kto się wstydzi, ten ma coś na sumieniu. Bynajmniej. To nie poczucie winy, gdzie wyznanie złego postępku przynosi ulgę, bo inaczej gryzą wyrzuty sumienia. Wstyd męczy, nawet jak człowiek do wszystkiego się przyznał. Albo jak nie ma się do czego przyznawać. Dwa przykłady: mężczyzna o słabej sprawności seksualnej i porzucona kobieta. Co oni mają na sumieniu? A wstydzą się jak potępieńcy.

Autor: Anna Dodziuk

  [tekst ukazał się w Magazynie Psychologicznym „Charaktery” nr 10 (93) październik 2004]   

http://www.prometea.pl/index.php?list=go&idx=65

 

d2710099c9abc7a2b6f55c7670fcb081

 

 

Czytaj więcej ...
Czytaj mniej ...