06
Lis
2018

GASLIGHTING – PRZEMOC, KTÓREJ NIE WIDAĆ…

Co ty sobie ubzdurałeś!
Jesteś przewrażliwiona! 
Nie wiem w ogóle o czym mówisz.
To działo się tylko w twojej głowie… 
Chyba jesteś szalony, wcale tak nie było!
Pani jest niestabilna emocjonalnie, nie można brać pani słów na poważnie.

https://www.lessfear.pl/2016/06/gaslighting.html

 

Czytaj więcej ...
Czytaj mniej ...
21
Paź
2018

GHOSTING…

Wielu pozwala innym żyć w swoich sercach z jednym warunkiem: żeby niczego nie popsuli. Podejmujemy działania i ostrzegamy, ale to nadal się dzieje i nas zaskakuje. Dzieje się, gdy na przykład kiedy zdarza się zerwanie bez wyjaśnienia, kiedy z dnia na dzień w magiczny sposób znikają jako istoty z innego świata bez „Musimy porozmawiać”, „Później zadzwonię” lub „Przepraszam, to jest koniec”.

https://pieknoumyslu.com/zerwanie-bez-wyjasnienia-ghosting/

 

Niestety umiejętność eleganckiego kończenia znajomości to domena wyłącznie ludzi dojrzałych. Jeśli ktoś dojrzały nie jest, a przy tym ma tendencję do unikania konfrontacji twarzą w twarz – wówczas wybierze metodę na ducha – czyli uda, że go nie ma, że nie było całej znajomości, że nie istniejemy….
Rozmowa to podstawa zachowania we wszelkich relacjach ludzi dorosłych i odpowiedzialnych. Takich, którzy na równo szanują siebie, jak i innych. Powiem wprost – ghosting to niestety akt egoizmu, bo mamy tu sytuację, gdy ktoś dla świętego spokoju decyduje się nie uszanować uczuć drugiej strony i się ulotnić ze znajomości… jak duch.

 https://kobieta.onet.pl/…/ghosting-czyli-metoda-na-…/vq7e1gq

 

Ghosting ma różne odcienie, nie można go jednoznacznie oceniać, ale w zależności od konkretnego przypadku.
http://www.entertheroom.pl/…/5319-ghosting-czyli-o-byciu-du…
http://time.com/4779713/friendship-ghosting/

 

W naszym życiu zawodowym oraz prywatnym przychodzi czasem taki moment, w którym uświadamiamy sobie boleśnie, że nie ma innego wyjścia niż to, żeby podnieść się, ustanowić dystans i zdecydować się na zerowy kontakt. Czasami jest to jedyny sposób na to, by odzyskać kontrolę nad swoim życiem, aby oczyścić emocje, odzyskać godność osobistą oraz aby w końcu zaczęto traktować nas w sposób, na który zasługujemy.

https://pieknoumyslu.com/zerowy-kontakt-czas-zakonczyc/

 

Czytaj więcej ...
Czytaj mniej ...
10
Lip
2018

ROZWÓD…

 

Zdarza się, że rodzice rozstają się bez wrogości. Rodzic, który się wyprowadził, nadal może przychodzić do domu rodzinnego, bawić się tam z dzieckiem, usypiać je czy pomagać mu w odrabianiu lekcji – rozmowa z Barbarą Arską-Karyłowską i Magdaleną Śniegulską

CZY DLA WSZYSTKICH DZIECI ROZWÓD TO TRAUMATYCZNE PRZEŻYCIE? JEDNE DUŻE AMERYKAŃSKIE BADANIA POKAZUJĄ, ŻE 70 PROC. Z NICH NIE DOTYKA ROZWODOWA TRAUMA, INNE Z KOLEI SUGERUJĄ, ŻE ROZWÓD ZAWSZE ODCISKA PIĘTNO, NIEZALEŻNIE OD TEGO, JAK SPOKOJNIE PRZEBIEGA. JAKA JEST PRAWDA?

MAGDALENA ŚNIEGULSKA: Zawsze i na każdym? Byłabym ostrożna z generalizacją. W psychologii odchodzi się już od determinizmu. W życiu zdarzają się bardzo trudne sytuacje, ale nie możemy zakładać, że wpłyną na nasze życie wyłącznie negatywnie. Na pewno rozwód nie jest wpisany w cykl rozwojowy dziecka. Wiąże się z ogromną zmianą, do której trzeba się zaadaptować.

BARBARA ARSKA-KARYŁOWSKA: I większości dzieci zajmuje to dwa-trzy lata. Chociaż są i takie – powiedzmy, słabsze emocjonalnie – które potrzebują na to więcej czasu oraz dodatkowego wsparcia.

M.Ś.: Są też takie, dla których rozwód jest ulgą.

Ulgą?

M.Ś.: Bo na przykład żyły w rodzinie, w której od dawna był konflikt. Jak wiadomo z jeszcze innych badań, dzieci żyjące w pełnych rodzinach, w których są permanentne awantury albo ukryty konflikt, mają się najgorzej. Niektóre dzieci dzięki rozwodowi odzyskują rodzica, który do tej pory je zaniedbywał, pochłonięty np. pracą.

ALE JAK SIĘ POCZYTA LITERATURĘ ROZWODOWĄ, TO TE SCENARIUSZE NA PRZYSZŁOŚĆ DZIECI ROZWIEDZIONYCH RODZICÓW SĄ RACZEJ PONURE: KŁOPOTY Z BUDOWANIEM TRWAŁYCH ZWIĄZKÓW, NISKA SAMOOCENA, BRAK ZAUFANIA

B.A.K.: Statystyki rzeczywiście mówią, że np. połowa dzieci rozwiedzionych rodziców czuje się samotna, podczas gdy wśród dzieci z pełnych rodzin samotne czuje się jedno na od siedmioro do dziesięcioro. Że więcej z nich wcześniej rozpoczyna życie seksualne, sięga po alkohol czy narkotyki. Ale to są statystyki

M.Ś.: Trzeba też pamiętać, że my jesteśmy zanurzeni w pewnym przekazie kulturowym, który ma na nas wpływ. Inna była sytuacja dziecka rodziców, którzy rozchodzili się w latach 70., kiedy to było wstydliwą tajemnicą, inna jest teraz. Rozwody stały się bardziej powszechne, przynajmniej w środowiskach wielkomiejskich, więc jest większa gotowość, żeby o tym rozmawiać otwarcie.

I TO DZIECKU JAKOŚ POMAGA?

B.A.K.: Oczywiście. Dla dziecka bardzo trudna psychologicznie jest sytuacja, kiedy czuje, że nie może nikogo, komu ufa, o coś ważnego zapytać. Czy to będzie seks, śmierć, czy właśnie rozwód. Robienie wokół tego tajemnicy, nawet jeśli nie mówi się dziecku wprost: „Tylko nie mów nikomu!”, nasila jego poczucie osamotnienia.

JAK POWIEDZIEĆ DZIECKU O ROZWODZIE? A MOŻE NIE MÓWIĆ? OSTATNIO USŁYSZAŁAM OD PEWNEJ PIĘCIOLATKI, ŻE „ONA NIE WIE, DLACZEGO TERAZ MIESZKA SAMA Z MAMĄ”.

M.Ś: Zastanawiam się, jaki może być powód nieinformowania dziecka. Może rodzice jeszcze nie podjęli decyzji? A może jedno z nich nie wyraża zgody na rozstanie i broni się przed powiedzeniem, co się stało, bo liczy, że to przejściowy kryzys? A może wychodzą z założenia, że jest za mała i nie zrozumie?

A ZROZUMIE?

B.A.K.: Pięciolatek może nie zrozumieć słowa „rozwód”, ale dziecku w każdym wieku można „coś” powiedzieć. Bo ono i tak czuje, że coś się dzieje, tylko nie umie tego nazwać. Pamiętam trzyletnią pacjentkę, która dostawała napadów furii i w ogóle była trudna. Po jakimś czasie jej rodzice powiedzieli, że się rozstają, i przyznali: „Wie pani, ona wiedziała o tym wcześniej od nas. Wyczuwała to napięcie między nami”. Kiedy podjęli decyzję, uspokoiła się.

JAK MOŻNA TO ZAKOMUNIKOWAĆ KILKULATKOWI?

B.A.K.: Można powiedzieć, że mama i tata bardzo się ze sobą nie zgadzają i będą teraz mieszkać osobno. „Czasem tata będzie cię odbierał z przedszkola, czasem mama. Czasem tata będzie cię kładł do łóżeczka, a czasem mama. Oboje cię kochamy i zawsze będziemy się tobą opiekować, ale nie będziemy już razem”.

M.Ś.: Rodzice są w tej uprzywilejowanej sytuacji, że coś wiedzą. Znają datę rozprawy, wiedzą, kto się wyprowadza, kto zostaje. Nawet jeśli to wiedza na najbliższy tydzień czy dwa, to już coś. Dziecko nie wie nic i traci poczucie bezpieczeństwa. Ważne, żeby powiedzieć mu jak najwięcej i poinformować o tym, co się nie zmieni, np. przedszkole, zajęcia z piłki nożnej, wizyty u dziadków, a przede wszystkim, że nie zmieni się relacja mama – dziecko i tata – dziecko, bo oni nie rozwodzą się z dzieckiem, tylko ze sobą.

CZY DZIECKO MA BYĆ ŚWIADKIEM TEGO, JAK JEDEN RODZIC PAKUJE SWOJE RZECZY, CZY LEPIEJ MU TEGO OSZCZĘDZIĆ?

M.Ś.: Znam pewną pięciolatkę, która z własnej inicjatywy pakowała ojcu garnki. Ale w tej rodzinie nie było konfliktu, było jasne, co jest czyje, i dziewczynka miała swobodny dostęp do obojga.

B.A.K.: Na pewno trzeba dziecko uprzedzić. Powiedzieć na przykład: „Teraz pójdziemy na lody, a w tym czasie mama czy tata się spakuje”. Nie może być tak, że dziecko wraca ze szkoły niczego nieświadome i zastaje pustą szafę. To traumatyczne przeżycie. Sama pamiętam to z własnego doświadczenia. Mój ojciec czekał, aż skończę pierwszy rok studiów, żeby się wyprowadzić. Ja o niczym nie miałam pojęcia. Wróciłam do domu po ostatnim egzaminie na pierwszym roku i zastałam pokój ojca ogołocony z mebli i książek. Rodzice mnie często pytają, czy dziecko musi wiedzieć, dokąd ten rodzic idzie. Tak, ma przynajmniej zobaczyć, gdzie mieszka. Nie musi tam nocować, jeśli to są warunki przejściowe, ale musi zobaczyć przynajmniej dom. Okno. Inaczej będzie się o rodzica martwić.

M.Ś.: Małe dzieci, w wieku przedszkolnym i wczesnoszkolnym, kiedy rodzic się wyprowadza, często myślą, że mogą coś zrobić, by temu zapobiec. „Może jak będę grzeczniejsza albo się rozchoruję, to zostanie?”. Magiczne myślenie jest charakterystyczne dla okresu rozwojowego.

B.A.K.: Mnie ostatnio kilkuletnia pacjentka zapytała: „Ale jak zrobię porządek w szufladzie, to tata wróci, prawda?”. No, nie.

CZY MOŻNA ZARADZIĆ TAKIM INTERPRETACJOM?

M.Ś.: Tak. Bardzo ważne, aby w pierwszej rozmowie pojawiła się informacja, że w tym, co się dzieje, nie ma żadnej winy dziecka.

B.A.K.: „Nic takiego nie zrobiłeś, co spowodowało nasze rozstanie, ale też nic nie możesz zrobić, żebyśmy z powrotem byli razem”.

NADZIEJA NIE UMIERA. ZNAM DZIEWCZYNKĘ, KTÓRA TRZY LATA PO ROZWODZIE SIĘ DOPYTUJE, KIEDY RODZICE DO SIEBIE WRÓCĄ.

B.A.K.: Wtedy trzeba przypominać, że dziecko w ogóle nie jest partnerem w tym, co się dzieje, że to jest sprawa między dorosłymi oraz że rodzice się rozstali i już do siebie nie wrócą.

POWIEDZIAŁY PANIE, ŻE TO PRZYPISYWANIE WINY SOBIE JEST CHARAKTERYSTYCZNE DLA KILKULATKÓW. NASTOLATKI JUŻ TAK NIE MYŚLĄ?

M.Ś.: Nie, chociaż – paradoksalnie – bardzo źle znoszą rozwód. Wielu rodziców wychodzi z założenia, że jak dzieci będą starsze, to więcej zrozumieją, więc odraczają decyzję o rozstaniu. A to jest okres, kiedy dzieci bardzo potrzebują stabilnej bazy. Żeby mogły się w bezpieczny sposób buntować i szukać odpowiedzi na pytanie „kim jestem?”.

MÓWIĆ W SZKOLE, W PRZEDSZKOLU?

B.A.K.: Byłabym za tym, żeby mówić. Nie ma gwarancji, że wszyscy nauczyciele staną na wysokości zadania i zadbają o dziecko, ale dobrze, gdyby wiedzieli, że ono może się inaczej zachowywać – być smutne, mieć humory albo być agresywne. Dobrze, żeby byli pod tym względem uważni.

M.Ś.: Jeśli dziecko będzie mieć poczucie, że może o tym swobodnie rozmawiać, będzie mu łatwiej.

B.A.K.: Ale trzeba być delikatnym, bo są dzieci, które uważają, że to ich prywatna sprawa. I z „obcym”, czyli z nauczycielem albo nawet psychologiem, nie będą o tym rozmawiać. Za to świetnie w tej roli może się sprawdzić inna bliska osoba, niezaangażowana w konflikt – ciocia, wujek, przyjaciel rodziny.

M.Ś.: Ktoś, kto jest ważny dla dziecka i weźmie na siebie trudne emocje.

JAK DZIECI MOGĄ ZAREAGOWAĆ NA TĘ PIERWSZĄ INFORMACJĘ O ROZWODZIE?

B.A.K.: Bardzo różnie. Niektóre mówią: „Aha”, i koniec. Inne zadają mnóstwo pytań w obawie o przyszłość. Niektóre w ogóle się nie odzywają albo zasłaniają uszy. Jeszcze inne biegną do swojego pokoju i krzyczą: „Nie będę o tym rozmawiać!”. Niektóre zachowują się, jakby nic się nie stało.

RZECZYWIŚCIE TAK CZUJĄ?

B.A.K.: Nie wiem. Trzeba by się temu przyjrzeć. Może udają też przed sobą. Na pewno udają przed światem. Może być tak, że teraz się nic nie dzieje, ale reakcja będzie odroczona w czasie, więc warto przyglądać się dziecku. Jeśli jest bardzo smutne lub agresywne, jeśli nie cieszą go aktywności, które do tej pory je cieszyły, albo jeśli coś nagle się zmienia w jego zachowaniu, warto się skonsultować.

M.Ś.: Także wtedy, gdy dziecko narzeka na bóle brzucha, głowy, wymiotuje. Dzieci często reagują na rozstanie psychosomatycznie.
CO ZROBIĆ, JEŚLI JEDNO Z RODZICÓW NIE ZGADZA SIĘ NA ROZWÓD? ALBO ZGADZA SIĘ POINFORMOWAĆ DZIECKO, ALE NAJCHĘTNIEJ TAK: „TEN CH , TWÓJ OJCIEC, PORZUCA NAS DLA INNEJ PANI”.

M.Ś.: To jest najgorsze, co można zrobić. Bo jeśli obojgu zależy na „dobru dziecka”, to powinni zrozumieć, że kluczem do tego jest szacunek dla jego ojca i matki.

B.A.K.: Nie trzeba go czy jej kochać, nie trzeba nawet lubić, ale trzeba szanować. Bo dziecko wszelką krytykę skierowaną pod adresem drugiego rodzica bierze do siebie. Przecież ono od niego pochodzi, więc jeśli słyszy, że ojciec jest „ch ” albo matka jest „k ” – to co ma o sobie myśleć? Wiem, że kiedy emocje są w zenicie, to jest bardzo trudne, żeby się powstrzymać, ale za każdym razem przekonujemy, że warto powiedzieć o tym dziecku razem, bez wnikania w szczegóły.

Trochę starszemu dziecku można wytłumaczyć, że są różne rodzaje miłości: małżeńska, partnerska, w której rodzice się do siebie przytulają, całują się – i ta miłość się już skończyła – ale jest też miłość rodzicielska i tu się nic nie zmienia. Jedna z moich pacjentek zrobiła piękny plakat dla dzieci, żeby im to zobrazować. Na początku wkleiła zdjęcie swoje i męża jako narzeczonych trzymających się za ręce, przytulonych, potem były zdjęcia rodziny, a na końcu każdego rodzica z dzieckiem. I to dzieci jakoś uspokoiło, że rozwód nie oznacza, iż tracą któregoś z rodziców.

M.Ś.: Jeśli rodzice się ze sobą dogadują, to rzeczywiście jest wymarzona sytuacja. I większość rodziców, którzy się do nas zgłaszają, na początku to deklaruje: „dobro dziecka” jest dla nich najważniejsze. Ale potem niewiele trzeba, żeby na deklaracjach się skończyło.

CO MA PANI NA MYŚLI?

M.Ś.: Przyszła do mnie kiedyś niezwykle zgodna para. Nie było żadnego kłopotu, żeby ustalić, jak dalej będzie wyglądać ich życie, oboje szli sobie na rękę, aż ich zapytałam, dlaczego się rozwodzą. Okazało się, że pobrali się bardzo młodo, potem stali się świetnie działającym przedsiębiorstwem rodzinnym, ale poza tym niewiele ich łączyło. I chcieli, by ich dziecko doświadczyło bycia w rodzinie, w której jest uczucie.

Po jakimś czasie przyszła do mnie ta mama i opowiedziała o pewnym zdarzeniu, które dość dobrze obrazuje, co się może wydarzyć po drodze. Córka pojechała na weekend do teściów. Ona zadzwoniła, żeby porozmawiać z dzieckiem, które było nieprzyjemne, opryskliwe i rzuciło słuchawką. W niej się zagotowało: „Aha, czyli niby wszystko jest OK, a tak naprawdę to on ze swoimi rodzicami robi mojemu dziecku wodę z mózgu. Nastawiają ją przeciwko mnie. O, niedoczekanie twoje! Już ja cię załatwię! Nie będzie żadnego porozumienia!”. Już była umówiona z prawnikiem, już szła na wojnę. Wieczorem zadzwoniła teściowa: „Słuchaj, już jest lepiej. Zadzwoniłaś dokładnie w momencie sporu córki z dziadkiem. Teraz już ochłonęła i bardzo chce z tobą rozmawiać”.

I JAKI Z TEGO MORAŁ?

Gdyby teściowa o nią nie zadbała, to ona by nie wyhamowała, tylko zaczęłaby wcielać w życie plan odwetu. Wystarczyła jedna niejasność, żeby z dobrych intencji nic nie zostało.

ZACHOWANIE TEJ TEŚCIOWEJ TO JEDNAK RZADKOŚĆ. KIEDY LUDZIE SIĘ ROZSTAJĄ, TO ZWYKLE MAJĄ ZA SOBĄ CHÓR OSÓB, KTÓRE STAJĄ PO ICH STRONIE.

M.Ś.: No i często to jest problem. Trudno znaleźć bliską osobę, która spojrzy na sprawę trzeźwo i powie: „Ogarnij się, spróbuj spojrzeć na niego czy na nią inaczej. Zrób to dla dziecka”. Ludzie zapominają, że przecież kiedyś z jakichś powodów tego człowieka wybrali. I że poza tym, iż ma różne złe cechy, ma też te dobre i ich wspólne dziecko część z nich posiada. Dobrze jest to sobie przypomnieć. Ale często, niestety, „życzliwi” wtórują: „Tak, to cham”, „Ona jest potworem, jesteś dzielny, że tak długo z nią wytrzymałeś”. Jątrzenie nikomu nie służy.

B.A.K.: Zdarza się, że rodzice rozstają się bez wrogości. Rodzic, który się wyprowadził, nadal może przychodzić do domu rodzinnego, bawić się tam z dzieckiem, usypiać je czy pomagać mu w odrabianiu lekcji. Świetnie to funkcjonuje. Rodzic, który mieszka z dzieckiem, wtedy wychodzi, załatwia swoje sprawy. No, ale przychodzą różne koleżanki i mówią np.: „Pozwalasz mu tak? A jak on grzebie w twoich rzeczach? Przecież cię zdradził. Dziecku to miesza w głowie! Jeszcze urodziny razem świętujecie? Zgroza!”. No i wtedy zaczyna się to ukrócać: „To może lepiej już nie przychodź. Jeszcze te urodziny razem, ale następne to już osobno”.

A DZIECKU NIE MIESZA TO W GŁOWIE?

B.A.K.: Jeśli się wyraźnie pokazuje dziecku, że się szanujemy, ale nie ma między nami bliskości, nie całujemy się, nie przytulamy, tylko jesteśmy razem jako jego rodzice, to nie miesza.

W TYM JĄTRZENIU BIORĄ TEŻ UDZIAŁ ADWOKACI.

B.A.K.: Taki mają zawód, ale rzeczywiście czasem dolewają oliwy do ognia: „Dołożymy jej!”, „Załatwimy go!”. Zapominają, że dziecko to nie masa spadkowa.

TERAPEUCI TEŻ NIE SĄ ŚWIĘCI.

M.Ś.: Tak, i trzeba się uderzyć w piersi. Wielu psychologów mówi na przykład: „Dziecko musi mieć matkę i jeden dom. Musi pani zrobić wszystko, żeby nie miało chaosu. Jeśli zdecyduje się pani na opiekę naprzemienną, to naraża pani jego zdrowie psychiczne”. Zresztą sądy też często traktują opiekę naprzemienną jak aberrację, a już żeby ojciec się samodzielnie dzieckiem zajmował? Nie wchodzi w grę. Tymczasem najnowsze badania pokazują, że dzieci wychowane przez samotnych ojców są bardziej stabilne emocjonalnie i lepiej radzą sobie w życiu. Próba interpretacji jest taka, że ojcowie są bardziej zadaniowi, nie koncentrują się tak bardzo na przeżyciach i uczą dziecko, jak radzić sobie z trudami dnia codziennego.
PANIE UWAŻAJĄ, ŻE OPIEKA NAPRZEMIENNA TO DOBRE ROZWIĄZANIE?

B.A.K.: Jeśli rodzice się dogadują, jeśli oboje pragną mieć taki kontakt z dzieckiem, to tak. Nie jest to rozwiązanie dla każdego dziecka, ale praktycznie dla dziecka w każdym wieku. Dla dziecka nadpobudliwego, z kłopotami z koncentracją uwagi, nadwrażliwego – to może być za trudne.

CAŁY CZAS PODKREŚLACIE, ŻE NALEŻY MIEĆ SZACUNEK DLA TEGO DRUGIEGO RODZICA, ALE JAK TO ZROBIĆ, JEŚLI KTOŚ CZUJE SIĘ POTURBOWANY, SKRZYWDZONY, PEŁEN ŻALU?

B.A.K.: To jest bardzo trudne. Porzucony rodzic chciałby się zaszyć w mysiej norze, popłakać sobie, a tu mu mówią: „Musisz być stabilny, musisz działać, żyć”. Wtedy trzeba szukać dobrego wsparcia. Na przykład u terapeuty.

M.Ś.: Dobrze by było, gdyby rozwodzący się rodzice mieli na uwadze dobrostan „byłego” czy „byłej”, bo to się bezpośrednio przekłada na samopoczucie dziecka. Jeśli ten drugi rodzic gorzej znosi rozwód albo jest w dużo gorszej sytuacji finansowej, to dlaczego, jeśli mogę, mam mu nie pomóc? Może mogę przejąć część zobowiązań, jeśli mnie stać, a nie rozliczać się co do grosza: „Tu masz alimenty i sobie radź”? Może, jeśli drugi rodzic musi wyjechać służbowo, a nie jest to „mój” czas z dzieckiem, to mogę pójść mu na rękę?

„ALE JEŚLI TY NIGDY MI NIE POMAGAŁEŚ/POMAGAŁAŚ, JEŚLI MNIE SKRZYWDZIŁEŚ, TO DLACZEGO MAM CI POMAGAĆ CZY BYĆ DLA CIEBIE MIŁY?”

B.A.K.: Bo w ten sposób pomagam własnemu dziecku!

CZASEM POJAWIA SIĘ WĄTPLIWOŚĆ, CZY ON/ONA DOBRZE SIĘ TYM DZIECKIEM ZAJMUJE, SKORO DO TEJ PORY TEGO NIE ROBIŁ/A.

M.Ś.: Dopóki nie dostanie szansy, to się nie przekonamy. On może to robić inaczej, co nie znaczy, że źle.

B.A.K.: Miałam kiedyś 12-letnią pacjentkę, która mówiła: „Mój tata jest jak mały chłopiec. Zupełnie nieodpowiedzialny. Jeśli tego nie dopilnuję, to obiad będzie o 17. Teraz wyjeżdżam na zieloną szkołę i nie ma mowy, żeby moja młodsza siostra u niego została”. Obie z mamą, jako jedyne dorosłe w tej rodzinie, tak zdecydowały.

CO NA TO TEN OJCIEC?

B.A.K.: Jemu strasznie zależało na kontaktach z dziećmi. Bardzo się starał. Ale był zupełnie inny niż matka, która była świetnie zorganizowana. On zabierał dzieci na narty, urządzał wspaniałe pikniki, ale nie stawiał na stole trzydaniowego obiadu na czas, co nie znaczy, że dzieci chodziły głodne.

JEŻELI TE DWA DOMY SĄ TAKIE RÓŻNE, TO ŹLE?

M.Ś.: Moim zdaniem super, bo wtedy można doświadczyć bycia w różnych kontekstach.

B.A.K.: Tylko że jeśli te różnice są bardzo duże, to dla dziecka może to być trudne do udźwignięcia. Moim zdaniem lepiej by było, gdyby wymagania i zasady w obu domach były porównywalne. Inaczej za każdym razem będzie się musiało na nowo przestawiać, a to je dużo kosztuje.

M.Ś.: Wiele zależy od tego, jak dorośli tłumaczą te różnice dziecku. Jeśli mówią: „No tak, wiedziałam, znowu kostium niewysuszony i wszystko zgniło!”, „Nieprzeczytana lektura i praca domowa niezrobiona? Klasyka!” – to niedobrze. Bo cóż z tego, że z tatą było super, kiedy wracam i słyszę, że wszystko źle?

ALE JAKI MOŻE BYĆ POZYTYWNY KOMENTARZ DO TEGO, ŻE ZGNIŁ KOSTIUM I PRACA DOMOWA NIEODROBIONA?

M.Ś.: A czy w ogóle musi być do tego komentarz? Może warto się skupić na tym, co było fajne? Na pewno trzeba podkreślić: „My się z tatą różnimy. Dla mnie jest bardzo ważne, żebyście myły zęby przed snem i jadły regularnie, i tutaj się tego trzymajmy. A może jest coś takiego u taty, co można by wprowadzić do naszego wspólnego życia?”.

B.A.K.: To jest też dobry moment, żeby starsze dzieci uczyć pewnej niezależności od dorosłego, co w ogóle jest ważną lekcją. „Jeśli tata ma kłopot z zapamiętaniem, żeby po basenie wyjąć kostium z torby, to sama o tym pamiętaj”. Kłopot polega na tym, że po rozwodzie mamy tendencję, aby rozkładać nad dziećmi ochronny parasol. To uboczny skutek rozwodu, o którym mało się mówi.

M.Ś.: Rodzice mają poczucie, że teraz muszą temu „biednemu dziecku z rozbitej rodziny” nieba przychylić, więc nie dojedzą, nie dośpią, nigdzie nie wyjadą, zmienią swoje plany, żeby jemu tylko było dobrze. W ten sposób dziecko się przyzwyczaja, że świat ma się do niego dostosować i że potrzeby innych się nie liczą.

B.A.K.: A świat się najczęściej nie dostosowuje.
M.Ś.: Więc rodzice muszą się też nauczyć dbać o siebie, bo żeby komuś coś dać, trzeba mieć najpierw z czego.

ŁATWO POWIEDZIEĆ, ALE JAK SIĘ ZOSTAJE SAMEMU Z DZIECKIEM

B.A.K.: to wszystko wygląda zupełnie inaczej. Dzieci chcą jeść tylko makaron z serem, no to gotujemy makaron z serem. Dzieci chcą ze mną spać, to niech śpią, „a co to w sumie szkodzi”. Ostatnio jeden ojciec powiedział mi: „Wie pani, trudno mi będzie przestać spać z synem, bo to mi dawało poczucie bliskości”. W weekend: posprząta później, ugotuje później, „najważniejsze, żebyśmy zrobili, na co masz ochotę”.

TO CO ZROBIĆ?

B.A.K.: Stawiać granice, zrobić plan. Teraz ja czytam książkę albo robię coś dla domu, ty się bawisz sam, a potem gdzieś wychodzimy. To na początku może wyglądać sztucznie, ale dla dziecka jest bardziej rozwojowe.

CO, JEŚLI DZIECKO NIE LUBI CHODZIĆ DO MAMY LUB TATY?

M.Ś.: Pytanie, czy rzeczywiście nie lubi. Dziecko, które zostaje dłużej z jednym rodzicem albo jest z nim bardziej związane od początku, staje się jego sojusznikiem. Ten rodzic nic nawet nie musi mówić. Dziecko i tak czuje, że musi być lojalne, wspierać tatę czy mamę, zwłaszcza jeśli czują się skrzywdzeni, w związku z czym może „nie cierpieć” tego drugiego domu. A nawet jeśli spotka je tam coś przyjemnego, to nie pamięta. Jest też tak, że ono tam często idzie z potwornym napięciem i poczuciem winy, w związku z czym nie ma szans, żeby było dobrze. Z tym, z czym poszło, z tym wraca.

B.A.K.: Czasem dziecko w ten sposób chroni siebie. Pamiętam dziewczynkę, która kiedy dzwoniła od taty i mówiła mamie, że chce zostać u niego na noc, słyszała: „Dobrze, ale jak wrócisz rano, to nie wiem, czy jeszcze mnie zastaniesz”.

STRASZNE.

B.A.K.: To jej kompletnie zaburzało poczucie bezpieczeństwa, więc ona regularnie odpowiadała: „To ja już wracam”. Nawet nie bardzo rozumiała, co ta groźba konkretnie oznacza – czy mama wyjdzie na zawsze, czy ona nie będzie się mogła dostać do domu?

M.Ś.: Ale to może być subtelniejszy komunikat. Wystarczy powiedzieć: „Zostań u taty, jak chcesz, ale ja będę strasznie za tobą tęsknić!”.

B.A.K.: Jeszcze gorzej, gdy dziecko wraca od mamy czy taty, mówi, że było świetnie, a mamie z tego powodu smutno. I pokazuje, że cierpi.

M.Ś.: Nie chodzi o to, by nie informować dziecka, że jest mi smutno czy że gorzej się czuję, ale na pewno nie z tego powodu, że dziecku było dobrze z drugim rodzicem.

CZASAMI JEDNAK DZIECI WCHODZĄ W ROLĘ POWIERNIKA, POCIESZYCIELA.

B.A.K.: Nie pójdzie do kolegi, bo musi rozweselić tatę, nie odrobi lekcji, bo musi utulić mamę. To odwrócenie ról bardzo dziecko obciąża, bo dziecko ma być w relacji z rodzicem po prostu dzieckiem. A rodzic ma mu zapewnić poczucie bezpieczeństwa, stawiać granice, opiekować się nim i podejmować ważne decyzje. Nie może być jego pacjentem, partnerem czy kolegą.

W JAKIE JESZCZE ROLE SĄ „WKŁADANE” DZIECI W SYTUACJI ROZWODU?

B.A.K.: Pośrednika, mediatora. „Zapytaj mamę, kiedy ci kupi buty, w tych masz już dziury”, „Powiedz tacie, żeby ci dał na wakacje, bo inaczej nigdzie nie pojedziemy”.

M.Ś.: Ale też szpiega. „Czy tatuś się z kimś spotyka?”, „Czy z wami na pikniku był jakiś wujek?” Trzeba się tego wystrzegać.

CO, JEŚLI WIEM, ŻE TEN DRUGI RODZIC JEST FATALNYM RODZICEM? MA SŁABĄ WIĘŹ Z DZIECKIEM? PAL LICHO, ŻE NIE UGOTUJE OBIADU, ALE NP. ODDA DZIECKO BABCI, ŻEBY SPĘDZIĆ WEEKEND NA IMPREZACH, I NA KACU WEŹMIE JE NAJWYŻEJ NA LODY?

M.Ś.: I mimo to walczy o dziecko?

NIE WALCZY, ALE NP. WIDUJE JE CO DRUGI WEEKEND.

M.Ś.: A skąd ja wiem, że on w ten sposób spędza z dzieckiem czas?

OD DZIECKA, OD ZNAJOMYCH.

B.A.K.: To pewnie te kontakty powinny być inaczej uregulowane. Sądząc po opisie, taki rodzic pewnie niespecjalnie będzie o to walczył. Może lepiej, żeby dwa razy w tygodniu odbierał dziecko ze szkoły, przyprowadzał do naszego domu, spędzał z nim jakiś czas i wychodził?

M.Ś.: Tylko ja bym chciała wiedzieć, czy te informacje o jego sposobie funkcjonowania są potwierdzone. Czy mnie się tak wydaje, ponieważ do tej pory tak było? Bo to wcale nie znaczy, że tak będzie dalej. Jeśli on czy ona deklarują, że naprawdę im zależy, to dajmy im szansę.

B.A.K.: Może będzie potrzebny ktoś, kto będzie te wizyty nadzorował, ale to nie znaczy, że one mają się nie odbywać.

M.Ś.: Chociażby dlatego, że my nigdy nie wiemy, co się w naszym życiu wydarzy. Pamiętam dramatyczną historię, w której po wielu latach walk matka pozbawiła ojca praw rodzicielskich, po czym okazało się, że ma raka, i umarła. W ostatnim momencie zgodziła się na odnowienie relacji dziecka z ojcem, który walczył o to do końca. I to, że się nie poddał, było zbawienne, bo dzięki temu dziecko po jej śmierci nie zostało samo. W ogóle im więcej dziecko ma dobrych, bliskich relacji, tym dla niego lepiej.

CZASAMI JEST TAK, ŻE RODZICE ROZWODZĄ SIĘ DLA KOGOŚ

B.A.K.: Ja bym tylko namawiała, żeby poczekać, aż będziemy pewni, że to „ten” lub „ta”. Dla dziecka, które właśnie straciło rodzinę, wchodzenie do nowej i ryzyko jej utraty – a badania mówią, że ryzyko rozpadu kolejnego związku jest duże – to bardzo ciężkie doświadczenie. Nie ma nic złego w tym, że rodzice po rozwodzie chodzą na randki, ale nie wprowadzajmy od razu każdego nowego „wujka” czy „cioci” do domu jako taty bis czy mamy bis.

OSTATNIO USŁYSZAŁAM OD JEDNEJ MAMY, KTÓRA BYŁA JUŻ W DWÓCH KOLEJNYCH ZWIĄZKACH PO ROZWODZIE: „NAJWAŻNIEJSZE, ŻEBYM JA BYŁA SZCZĘŚLIWA, WTEDY MOJE DZIECI TEŻ BĘDĄ”. TAK TO DZIAŁA?

M.Ś.: Warto lubić siebie i dbać o siebie, ale to nie znaczy, że świat ma się kręcić wokół mnie. To czysty egoizm.

JAK DZIECKO PRZEŻYWA UTRATĘ TEGO KOLEJNEGO PARTNERA SWOJEJ MATKI CZY OJCA?

B.A.K.: Bardzo źle. Stawiamy je w niezwykle trudnej sytuacji. Ale jeśli już go zaakceptowało na równi z biologicznym ojcem czy z matką, zżyło się z nim, to ważne jest, żeby również miało szansę utrzymywać z nim dalej kontakt. Dla dzieci naprawdę ważne jest, żeby dom był pełny i stabilny.

M.Ś.: Zawsze się można rozstać, ale ważne jest to, by rozstanie nie było pierwszym i jedynym pomysłem, który przychodzi do głowy, kiedy coś jest nie tak. Bo jeśli się nie przyjrzymy temu, co jest, nie podejmiemy próby naprawy, to możemy tak szukać szczęścia w nieskończoność.

http://www.wysokieobcasy.pl/wysokie-obcasy/1,53664,18215355,Psychologia__Niektore_dzieci_dzieki_rozwodowi_odzyskuja.html

 

Czytaj więcej ...
Czytaj mniej ...
04
Cze
2018

KONFLIKT – MOCNY FUNDAMENT ZWIĄZKU. NIE BÓJ SIĘ KŁÓCIĆ!

   Unikasz kłótni z partnerem w obawie przed rozstaniem? Niesłusznie, różnice zdań nie niszczą relacji, a ją budują. Przeciwieństwem miłości nie jest przecież gniew, a obojętność. – Konfrontacja pozwala porzucić wyobrażenia o idealnym partnerze i zobaczyć go, jakim jest naprawdę – twierdzą terapeuci. Co nas łączy, a co dzieli?
– Przez lata pracy jako terapeutka obserwuję pewne wspólne cechy u par, które z powodu kryzysu małżeńskiego lądują na mojej kanapie – pisze w serwisie mindbodygreen.com Ester Boykin, psychoterapeutka zajmująca się terapią par i rodzin. Pierwszy czynnik stanowiący zagrożenie dla związku jej zdaniem to unikanie konfliktów. Owszem: unikanie konfliktów, nie ich obecność.

MIT NR 1: „KŁÓTNIE PROWADZĄ DO ROZSTANIA”

Czujesz strach za każdym razem, gdy przydarzy się wam spięcie czy bardziej emocjonalna wymiana zdań? Być może partner podsyca w tobie lęk, twierdząc, że rozpoczynając spór, wytaczasz broń przeciwko wam.
– Parom często wydaje się, że kłótnie są znakiem, że związek się rozpada. Tymczasem gniew i frustracja nie są przecież przeciwieństwem miłości. Jest nią obojętność – podkreśla Boykin. – Zagrożenie tkwi nie tyle w konflikcie, co w omijaniu tematów, w których się różnicie. Prawdziwym sygnałem ostrzegawczym jest moment, gdy osoby przestają ze sobą rozmawiać – mówi. – Nie ma na świecie dwóch osób, które zawsze będą zaspokajały swoje wzajemne potrzeby – przekonuje terapeutka.
Przekrzykiwanie się, rzecz jasna, nie jest najlepszym sposobem budowania bliskości. Kłótnia największy sens ma, gdy potraficie rozmawiać w asertywny, nieagresywny sposób. Jakakolwiek by jednak nie była, świadczy jednak o istniejącym zaangażowaniu partnerów. Dopiero gdy zaangażowanie wygasa, oznacza to, że partnerzy wycofali energię ze związku, a relacji może zacząć brakować paliwa. W tym paliwa, aby go ratować.

ZWIĄZEK SYMBIOTYCZNY – JA I TY TO JEDNOŚĆ

W naszej kulturze wciąż pokutuje przekonanie, że dobre związki żyją w ciągłej zgodzie, że nie zdarzają się im kryzysy. Ot, harmonijna sielanka. Popkultura definiuje miłość jako zakochanie, czyli dwie zapatrzone w siebie osoby, które zawsze myślą i czują to samo.
W psychologii taki związek nazywa się symbiotycznym. Jego pierwowzoru należy upatrywać w całkowicie zależnej relacji matki i noworodka, w którym niemowlę nie zdaje sobie jeszcze sprawy, że nie jest jednością z rodzicielką. W relacji dwojga dorosłych symbioza ma prawo bycia w pierwszej fazie zakochania. Potem staje się nierozwojowa. Dojrzała relacja zaczyna się, gdy uczestniczą w niej dwie odrębne osoby ze swoimi światopoglądami, zainteresowaniami, światami. Czyli gdy da się wyodrębnić dwa różne „ja” – podkreśla psychoterapeutka „Przychodni Terapeutycznej” Anna Bal.
– Gdy kończy się okres zakochania, zaczynamy dostrzegać więcej różnic między sobą i partnerem. Ta druga osoba może nas zacząć irytować. Nieodłączną częścią dojrzewającej miłości jest to, że pojawia się dużo tarć. Pokazują one, że spotkały się dwa różne światy. Z takiej perspektywy, a nie ze zlania dwóch osób czy traktowania partnera jako przedłużenia siebie, może pojawić się coś wartościowego. Przez to, że ktoś jest inny, może nas ciekawić – zauważa psychoterapeuta z „Przychodni Terapeutycznej” Bronisław Hońca. To, czy jesteśmy chętni doświadczyć tej inności mówi wiele nie tyle o związku, co o nas samych. Co takiego?

RELACJA Z PARTNEREM – ZWIERCIADŁO RELACJI ZE SOBĄ

– Sposób budowania relacji z partnerem odzwierciedla twój sposób budowania relacji z samym sobą, światem, innymi ludźmi – podkreśla Bronisław Hońca. – Gdy zamiast patrzeć na to, co się dzieje między tobą a partnerem, kreujesz sobie obraz tego, jak powinno być, to nie widzisz już tej drugiej osoby. Nie jesteś w związku, a raczej we własnej głowie. Jeśli ktoś ma wyidealizowany obraz tego, co ma się dziać w związku, to prawdopodobnie na co dzień też raczej wymyśla rzeczywistość niż w niej uczestniczy – zaznacza.
– Unikanie konfliktów prowadzi do pseudobliskości, w której ludzie nie mogą się naprawdę spotkać. Ale żeby relacja mogła się rozwijać, tak kontakt, jak i konflikt muszą być możliwe. Do tego potrzeba mocnego ugruntowania w sobie. Gdy brakuje nam wewnętrznej stabilności, możemy się obawiać ujawniać różnice – zwracają uwagę terapeuci.
Jeśli związek ma dobre podstawy, kłótnia mu nie zagrozi. Doświadczenie przejścia przez konflikt może budować poczucie bezpieczeństwa, stanowić potwierdzenie, że relacja nie jest domkiem z kart, który zawali się przy słabszym podmuchu wiatru, a solidniejszą konstrukcją.
Co jeśli się wywróci? W takim wypadku mieszkanie w nim i tak byłoby czekaniem w strachu, kiedy dach zawali ci się na głowę. A tak możesz szybciej zacząć budować stabilniejsze fundamenty. Co nimi jest? – Budowanie siebie samego i swojego życia, tak żeby stać na własnych nogach – podkreśla Anna Bal. Mocny fundament to ty, nie partner.

TRIANGULACJA, CZYLI TROJE W KONFLIKCIE DWOJGA

„Powiedz tatusiowi, że to mamusia ma rację” – mówi matka do nastoletniego dziecka podczas sporu z ojcem. „Powiedz mojej żonie, że nie powinna w taki sposób do mnie mówić” – zwraca się dorosły syn do matki w obecności żony. – Gdy się nie zgadzacie, w którymś z was może pojawić się pokusa, aby zwrócić się o poparcie do osoby trzeciej: dziecka, członka rodziny czy przyjaciela – zaznacza Boykin. Oczekujesz, że ta osoba opowie się po twojej stronie, a może za ciebie powie partnerowi, co myślisz i rozwiąże wasz problem bez twojego udziału? – To kolejny czynnik ryzyka – twierdzi terapeutka.
– Triangulacja, czyli włączenie osób trzecich do rozwiązywania problemu w parze to taktyka, która bardzo osłabia związek. Jej stosowanie świadczy o tym, że jest on bardzo niestabilny – podkreśla Bronisław Hońca. – Z drugiej strony, trójkąt utrzymuje ten związek. Jeżeli trzecia osoba wyszłaby z niego, możliwe, że musiałby się rozpaść – mówi.
– Najczęściej do konfliktu dorosłych w ten sposób jest włączane dziecko. Jedno z rodziców lub oboje dążą do tego, aby stworzyć z dzieckiem koalicję przeciwko drugiemu. Największe koszty psychologiczne ponosi w tej sytuacji osoba włączana, czyli nieukształtowane jeszcze dziecko.

OFIARA – OPRAWCA – WYBAWCA

– Triangulacja uniemożliwia zbudowanie bliskości pomiędzy dwojgiem. Unikanie rozwiązywania konfliktu we dwójkę jest unikaniem intymności – zaznacza Anna Bal.
– W sytuacji trójkąta lęk przed prawdziwym kontaktem z partnerem jest ogromny. Osoba nie konfrontuje się ze swoim problemem, nie rozwiązuje go, przenosi na inne osoby – tłumaczy. – To pewna forma zrzucania odpowiedzialności za swoje wybory i związek na osoby trzecie. Zaczynamy się rozglądać za kimś, kto by nas odbarczył z tej odpowiedzialności, za kimś, kto by nas uratował. Postępujemy według instrukcji trójkąta dramatycznego. Jakiej?
– Jest para. Pojawia się trzecia osoba, która ma uratować jednego z partnerów. I wtedy te dwie osoby prześladują tego partnera, który jest nazywany „zarzewiem konfliktu”. To jest dynamika ratowania, bycia ofiarą i prześladowania – mówi Bronisław Hońca.
Dopóki trójka jest uwięziona w rolach „oprawca – ofiara – wybawca” żadne z nich nie znajdzie rozwiązania. Nikt nie jest bowiem w tym układzie tym, kim myśli, że jest. Ofiara nie jest ubezwłasnowolnioną istotą, która nie może wziąć spraw w swoje ręce. Oprawca nie jest katem odpowiedzialnym za całe zło. Wybawca nie jest ratownikiem przynoszącym ocalenie. Nie należy nawet do związku, nie ma mocy poprawienia relacji dwojga.
Związek to para: dwie osoby, nie więcej. Między tymi dwoma stronami, nie trzema czy czterema powinien toczyć się ich spór.
– Aby zbudować głęboką, znaczącą relacje, trzeba nauczyć się, jak przetrwać burzę jako zespół. Niezbędna do tego jest uczciwa komunikacja, ustalenie jasnych granic, ale też gotowość do dopuszczenia partnera do wrażliwej, podatnej na zranienie części siebie – mówi terapeutka.
Rodzina i przyjaciele mogą stanowić wspaniały system wsparcia dla partnerów będących w związku. Mogą wysłuchać, doradzić, dodać otuchy. Jednak jako ktoś z boku, a nie aktywnie uczestniczący w związku.

TYM, CO TWORZY RELACJĘ, JEST BYCIE W RELACJI

– Nadrzędną ideą, która reguluje związek jest chęć bycia razem, a bycie razem wiąże się z pewnymi „kosztami”. Wiele osób nie chce tego faktu zaakceptować. – Kosztami są m. in. konflikty, rezygnacja z innych partnerów, z różnych kawalerskich czy panieńskich przyjemności. Pojawia się wspólne mieszkanie, inne wspólnie wykonywane czynności – mówi. Jedno zmienia się w drugie. – Warto mieć świadomość, że płacę z wyboru, nie z przymusu – podkreśla terapeuta.
– Aby związek się nie rozpadł, musimy mu też poświęcić czas – dodaje Anna Bal. – Jeśli jednak mówimy o spędzaniu razem czasu to warto pamiętać, że możemy wykonywać zwykłe obowiązki domowe i być w tym razem. Możemy też robić wspaniałe rzeczy wspólnie i wcale nie być razem – zaznacza.
Słowem: związek generuje koszty, a gdzie zyski, nagrody, wspólne przyjemności? – To brzmi jak wymiana handlowa, a nie tym jest związek – zaznacza Bronisław Hońca.
– Przyjemności to iluzja. Nie musimy dzielić wspólnych zainteresowań, pasji, miłych chwil, żeby być razem w pełni – podkreśla Anna Bal. – Nie jest tak, że dopóki będziemy wspólnie cieszyć się tym samym, dopóty będzie nam dobrze razem. Takie przekonanie może wręcz doprowadzić parę do rozpadu. To nie jest możliwe na stałe. To coś, co się czasem przydarza. Czasem rzeczywiście coś podoba się równocześnie obojgu partnerom. Tym, co tworzy relację nie są wspólne przyjemności, a bycie w relacji. To bycie w relacji jest tu nagrodą – mówi.

„DZIEŃ DOBRY, WIDZĘ CIĘ”

– W poradnikach dla kobiet znajdziemy pewnie wiele gotowych rad, jak scalić związek, żeby np. zapisać się razem na jogę czy tango, ale nie o to chodzi, żeby sobie coś na siłę narzucać – zauważa Bronisław Hońca.
– Jeśli już coś chcemy zrobić, to jest takie ćwiczenie, żeby partnerzy przez 3 minuty dziennie po prostu posiedzieli naprzeciwko siebie i nic nie mówiąc, się sobie przyglądali. Patrząc na tę drugą osobę sprawdź, co się wtedy w tobie dzieje: w twoim sercu, ciele. Dla części par to może być niezwykle uzdrawiające doświadczenie. Niektórzy mogą zdać sobie sprawę, że nie wiedzą, kto to w ogóle jest po drugiej stronie. Albo zachwyt, pomyśleć: „ale to fajny człowiek, dlaczego wcześniej tego nie widziałem/am”.
– W filmie „Awatar” bohaterowie mieli zwyczaj witania się nie przez mówienie „dzień dobry”, a „widzę cię”. Myślę, że to dobry pomysł, żeby para przynajmniej raz dziennie w ten sposób się witała. Wypowiedzenie takiego komunikatu czy usłyszenie go zazwyczaj coś w nas porusza. Bo o to przecież w tym wszystkim chodzi, żeby się widzieć – podkreśla terapeuta.

Autorka artykułu: Małgorzata Skorupa
http://zdrowie.gazeta.pl/…/1,105806,16905198,Konflikt___moc…

 

Czytaj więcej ...
Czytaj mniej ...
19
Maj
2018

BYŁY PARTNER

Większość ludzi pozostających w związkach partnerskich miała wcześniejsze doświadczenia z innymi partnerami. I nie ma to znaczenia, czy była to szkolna miłość, uwielbienie dla idola czy poprzednie małżeństwo. Aby można było powiedzieć o wcześniejszym związku „były związek”, w naszym wnętrzu musi panować zupełny spokój, gdy wracamy wspomnieniem do ”tamtej” historii. Bo jak długo osoba, zdarzenia, konsekwencje związku wywołują w nas emocjonalny zamęt, czy tylko niewygodę, nie można powiedzieć o związku, że został zakończony.

Łatwiej to powiedzieć niźli osiągnąć. Może więc warto pomyśleć o konsekwencjach noszenia w sercu i ciele (wszelkie emocje zapisują się jako napięcie w mięśniach) negatywnych uczuć, by znaleźć wystarczającą motywację, by zadawać sobie trud uzyskania wewnętrznego spokoju.

Po pierwsze wszystko, co „złe”, kojarzy się nam się z byłym związkiem, rzutuje na związek obecny (względnie utrudnia zbudowanie nowego). Jesteśmy jakby „przeczuleni” na punkcie zachowań, słów, gestów, planów, które doskwierały w poprzednim związku. Jeśli były partner był rozrzutny finansowo i to rodziło określone bolesne sytuacje i nie wyciągnęliśmy z tego „lekcji” na przyszłość, to w nowym związku zachowania partnera w tej dziedzinie będą brane pod lupę. I nawet, jeśli nie będzie miał skłonności do nadmiernej rozrzutności, możemy robić mu zarzuty niewspółmierne do wydarzeń, przerysowywać drobne niedociągnięcia, „wysysać pretensje z palca”. Lub wprost przeciwnie poszukamy partnera, który będzie bardzo rozważny w wydawaniu pieniędzy i… może się okazać, że mamy do czynienia ze sknerą. To, czego się obawiamy, czego nie lubimy, co nas drażni rośnie w naszym umyśle jak odbicie w krzywym zwierciadle.

Mężczyzna, który wsiada do swojego świeżo nabytego samochodu, spostrzega znienacka, że ulice są pełne aut tej marki i tego właśnie koloru. Kobiety poznają takie „zakrzywienie rzeczywistości”, gdy są w ciąży – wtedy ulice wypełniają się kobietami z krągłymi brzuszkami. A gdy na świat przychodzi dziecko, nagle świat wypełnia się matkami pchającymi wózki.

Co należy robić, aby uwolnić się od swoich było-partnerskich uwarunkowań? Zasada jest niezwykle prosta. Stawiać sobie pytania przywracające władzę nad własnym życiem. Czego mogę nauczyć się z tego zdarzenia, sytuacji, od tej osoby…? Można powiedzieć, że wszystko, co spotyka nas w życiu jest lekcją, na której mamy zapoznać się z nowym materiałem. Problem rodzi się wtedy, gdy uparcie nie „odrabiamy” lekcji. Gdy winimy innych za nasze wybory, gdy przypisujemy losowi magiczną władzę, gdy obarczamy siebie winą za wszelkie grzechy tego świata. Wtedy stajemy się bezsilni i bezradni.

Ale pytając siebie, czego nowego uczymy się w każdej trudnej sytuacji, stajemy się panami swojego losu. Sytuacje tracą w pierwszym rzędzie moc niszczenia nas. Stają się warunkami stworzonymi (nawet przez niesprzyjający los) po to, byśmy mogli nauczyć się stawiać im czoła. Samo nazwanie problemowej sytuacji „lekcją” zmienia jej postrzeganie. Umysł automatycznie zwraca się w kierunku poszukiwania interesującej nas informacji.

Trudność polega na tym, że ciągle wydaje się nam, iż to, czego doświadczamy, jest doświadczeniem uniwersalnym. Jeśli nienawidzimy pluchy i mamy wtedy chandrę, to myślimy, że zapewne wszyscy czują się podobnie. Jeśli denerwują nas dzieci hałasujące na podwórku, to wierzymy, że znajdziemy zrozumienie dla naszych odczuć u matek tychże dzieci. A to jest największa pułapka w naszym myśleniu o świecie. Nasze postrzeganie „faktów” może nie mieć nic wspólnego z odbiorem tej samej „rzeczywistości” przez inną osobę.

Toteż, aby zrozumieć drugiego człowieka trzeba „wczuć się” w jego wewnętrzny świat. Nie jest to zupełnie proste, ale można się tego nauczyć stosując różne „tricki”. Podstawowym elementem ułatwiającym dotarcie do emocji i myśli drugiej osoby jest przyjęcie jej postawy ciała, ułożenie w analogiczny sposób barków i rąk, odtworzenie charakterystycznego wyrazy twarzy, czyli napięcie mięśni w taki sposób, by „odwzorować” jej „wewnętrzną strukturę”. Następnie dobrze jest wyobrazić sobie, że jest się ubranym tak jak druga osoba. Wczuć się w jej wagę, wzrost, zapach, spojrzenie, grymas twarzy, dokuczające obszary ciała…

Po wykonaniu tego pierwszego kroku „stawania się” drugą osobą warto zacząć przypominać sobie historię tej osoby. Skąd pochodzi, w jakich warunkach wychowała się, jaką atmosferę tworzyła rodzina, jak rodzice okazywali uczucia, czego jej brakuje do szczęścia, co jest jej największą niezaspokojoną potrzebą, jaka jest intencja zachowań, które nas dotykają obecnie czy też zraniły w przeszłości. Czego ta osoba oczekiwała od nas, czy byliśmy w stanie zaspokoić jej potrzebę miłości, czego chciała nas nauczyć i po co… Dziesiątki pytań, które zazwyczaj zadajemy sobie, ale udzielamy na nie odpowiedzi posługując się naszym doświadczeniem bez kontaktu z wewnętrzną dynamiką drugiej osoby.

Może być niezwykłym doświadczeniem „wejście w skórę” tyrana i odkrycie przerażonego, małego, słabego dziecka wewnątrz, które za żadne skarby świata nie chce przyznać się do swojej słabości. Ale… czyż człowiek prawdziwie silny wewnętrznie stale udowadnia światu jaki jest mocny poprzez krzyk, brutalność czy kontrolę? Gdy ktoś jest przekonany, że jest silny, wtedy emanuje siłą i każdy to czuje. Gdy ktoś lubi, akceptuje i ceni siebie, to nie pokazuje na każdym kroku, jaki jest wspaniały. Nie potrzebuje przechwalać się lub nie łaknie (żąda i oczekuje) pochwał, zachwytów i respektu. Jest wartościowy, przyjmuje pochwały naturalnie i z przyjemnością, ma łatwość w docenianiu innych.

Teoretycznie wiemy to wszystko a jednak nie wpływa to na poziom naszego żalu, strachu, złości… Natomiast połączenie tej wiedzy z doświadczaniem „bycia drugą osobą” można porównać do zjawiska wglądu – nagłego olśnienia, kiedy teoretyczne informacje stają się wewnętrzną mądrością. Takie „olśnienie” zrozumieniem motywów postępowania drugiej osoby powoduje ogromne uwolnienie od targających nami emocji. Kiedy na przykład zrozumie się, że druga osoba wiecznie szuka uczucia, którego nie otrzymała w swoim rodzinnym domu, to znika poczucie winy, że nie byliśmy dość dobrzy by zaspokoić jej wymagania. Nikt z zewnątrz nie może naprawić braków przeszłości. Może dać tyle, na ile go stać, ale nie odpowiada za „dziury” w psychice partnera. Tylko właściciel wewnętrznych kłopotów może się z nimi uporać i tylko on jest odpowiedzialny za zachowania, które „serwuje” światu. Jeżeli odkryje się, że złość kierowana ku nam była związana z wiecznym wewnętrznym niedocenianiem siebie (albo pragnieniem docenienia ze strony rodzica, ważnego nauczyciela, starszego brata…) wtedy wraca poczucie własnej wartości. Zarzuty nie były tak naprawdę kierowane ku nam lecz wynikały z wewnętrznej niskiej samooceny.

Lepsze zrozumienie „duszy” drugiej osoby pozwala na kolejny krok. Na zastanowienie się, czego nauczyliśmy się w tej relacji. Jakie cechy, umiejętności, wiedzę, wartości zyskaliśmy w obcowaniu z tym człowiekiem? Czasami trudno znaleźć korzyści bezpośrednie, czasami warto zadać sobie inne pytanie: przed czym uchroniła mnie ta sytuacja lub do czego zmobilizowała? Często efektem cierpienia w związkach jest rozpoczęcie własnego, niezależnego życia. Ono może być nawet materialnie czy organizacyjnie trudniejsze, ale przywraca nam władzę nad sobą, decyzjami, atmosferą w domu… Kolejne pytania dotyczą wykorzystania nabytej mądrości i umiejętności do budowania relacji, która wspiera obie strony. Dotyczy to zarówno nas jak i partnera. Wolność od przeszłości polega na tym, że nie żywimy żalu do drugiego człowieka ani nie zarzucamy sobie niczego w związku z nim. A więc te same pytania adresujemy i do siebie i do drugiej osoby. Czego ona mogła była nauczyć się od nas? Jak mogłaby to wykorzystać w swojej przyszłości? A jeśli nie zrobi tego, to już jest jej odpowiedzialność, nie nasza.

Często osoba, która zdecydowała o zakończeniu relacji, ma poczucie winy. Warto wtedy wrócić do tamtego czasu, przypomnieć sobie, kim byliśmy, jakie motywy kierowały nami, co pragnęliśmy uzyskać podjęciem takiej decyzji, czego oczekiwaliśmy od przyszłości. Czy umieliśmy i byliśmy w stanie podjąć wtedy inną decyzję? I zaakceptować siebie młodszego, który dokonał takiego wyboru. Być może dzisiaj, z dzisiejszym doświadczeniem i mądrością podjęlibyśmy inną decyzję. I dobrze. To znaczy, że nie stoimy w miejscu. Ale wtedy byliśmy tacy, jacy byliśmy. I tego nic już nie zmieni. Odrzucanie siebie za decyzje z przeszłości jest podobne wymaganiu od dziecka, by zachowywało się jak dojrzały człowiek. Całe życie uczymy się i wzrastamy i tylko od nas zależy czy dostrzeżemy to wzrastanie, czy zapędzimy siebie samokrytyką w ślepy zaułek.

Kolejnym krokiem jest wypowiedzenie, najlepiej na głos, życzenia dotyczącego przyszłości drugiej osoby. Widząc i czując przed sobą drugą osobę dobrze jest zwrócić się do niej w drugiej osobie. Np. „Anno, życzę ci, byś odnalazła spokój w swoim sercu”, czy: „Wacku, życzę ci znalezienia wspaniałej partnerki i szczęścia w rodzinie”.

To życzenie ma dotyczyć dobrostanu drugiej osoby, a nie spełnienia naszego marzenia o jej zmianie. Ludzie często mówią: „życzę ci, żebyś nie była taka zarozumiała i żebyś traktowała mnie z szacunkiem”. To nie jest życzenie dotyczące drugiej osoby, ale nas samych.

Życzenie winno być wyrażone w sposób pozytywny. A więc nie: „życzę ci, byś się tak nie denerwował”, ale np.: „życzę ci, byś był opanowany i spokojny”. Życzenie, błogosławieństwo wypowiedziane szczerze, ma moc, której nie sposób przecenić. To jest jak otwarcie wrót dla przepływu wspierających uczuć i zachowań.
Ćwiczeniem, które pozwala człowiekowi lepiej zrozumieć problemy w relacji, jest mentalna zabawa z drugą osobą. Dobrze jest wybrać zajęcie, które może sprawiać przyjemność obu stronom. I starać się w wyobraźni zorganizować działanie (nie ma znaczenia, czy to będzie gra w kosza, wspólne zakupy czy rąbanie drew), które zadowoli obie strony. W trakcie tworzenia mentalnego filmu obrazującego te zajęcia, pojawiają się sceny, zachowania, uczucia, które w sposób symboliczny opisują trudności w relacji. Celem jest takie mentalne przebudowywanie sytuacji, by doprowadzić do stanu, gdy obie strony czerpią radość ze znalezionego rozwiązania. I nawet, jeśli nie do końca zrozumiemy powody kłopotów pojawiających się między aktorami w naszej głowie, doprowadzenie relacji do stanu obustronnego zadowolenia, tworzy wizję poprawy, odbudowuje możliwość czucia się dobrze na myśl o drugim człowieku. Chcę tutaj natychmiast dodać, że proces „naprawy” uczuć związanych z mocno „poszarpaną” relacją może zająć wiele czasu. Na początku może pojawić się totalny brak zainteresowania współpracą ze strony przywołanej mentalnie drugiej osoby. Ale ta osoba jest wywołana przez nasz umysł i ten opór jest naszym wewnętrznym oporem. I to od nas zależy czy wysiłkiem wyobraźni, zaangażowaniem i poświęceniem temu nieco czasu (parę minut dziennie aż do skutku) doprowadzimy do wewnętrznej harmonii (która odzwierciedli się na zewnątrz szybciej niż możemy przypuszczać).

Jest też automatycznie zwróceniem uwagi na niedobory w naszym samopoczuciu. Jeżeli np. oczekuję od partnera opieki, to oznacza, że nie chcę stać się dorosłą osobą. I w ten sposób odkrywam, nad czym mam się skupić. Co mogę zrobić, aby wziąć odpowiedzialność za swoje życie? Może zdobywając nowy zawód, ucząc się języków, tworząc grono przyjaciół, idąc na terapię, szukając wspierającego Boga…

Poprawianie swojego samopoczucia i uwalnianie od zależności może być dobrą zabawą.

autor: Monika Zubrzycka-Nowak

http://www.psychologia.net.pl/artykul.php?level=92


Czytaj więcej ...
Czytaj mniej ...
07
Maj
2018

urlop

W dniach 07.05 – 13.05.2018 gabinet zamknięty – urlopujemy się… 

 

 

 

Czytaj więcej ...
Czytaj mniej ...
18
Sty
2018

PLOTKA …

PLOTKA – KIEDY DOCIERA DO INTELIGENTNEGO UCHA, UMIERA.

 Zdaje się, że proces jest zawsze ten sam: najpierw plotka wychodzi z ust jakiegoś hipokryty, który pragnie, aby rozeszła się do naiwnych uszu wierzących we wszystko, co usłyszą. Plotka kończy swe życie tylko kiedy dociera do inteligentnej osoby, której zaszczepione serce albo puszcza ją mimo uszu, albo nie odpowiada na rzeczy, które nie mają najmniejszego sensu.

W książce opublikowanej w 1947 przez psychologa społecznego Gordona Allporta pod tytułem Psychologia Plotki, wyjaśnione zostało coś niezwykle ciekawego: plotka służy po to, by stworzyć pewną więź miedzy różnymi grupami ludzi oraz przeciwstawić się jakiejś osobie. Jednocześnie takie zachowania sprawiają im przyjemność, uwalniają endorfiny oraz pomagają w zwalczaniu stresu.

W wielu przypadkach, plotka przemienia się w mechanizm kontroli społecznej, która daje pewną władzę. Czyni z plotkarza centrum uwagi w danej grupie ludzi, którzy są szczególnie podatni na jakiekolwiek pogłoski, czy jakiekolwiek zniekształcone informacje. Pozwala im to uciec od rutyny oraz wykorzystać ten nowy bodziec, jako rodzaj oderwania się.

Jak każdy może Ci powiedzieć, plotkarze nie wiedzą jak być szczęśliwymi. Zbytnio przejmują się kamuflowaniem goryczy za pomocą pustych, niepotrzebnych działań, które zwiększają poczucie ich własnej wartości.

ŻARŁOCZNA PLOTKA I JEJ PSYCHOLOGIA

Zastanówmy się przez chwilę nad tym, jak szybko plotka, bezpodstawna czy nie, zaczyna być „zaraźliwa” w świecie sieci społecznych. Internet już i tak stał się niemal jak samowystarczalny mózg, gdzie jego neurony karmią nas nieskończoną ilością informacji, która nie zawsze jest prawdziwa i życzliwa wobec innych.

Eksperci od marketingu i reklamy zawsze jako fatalne efekty żarłocznej plotki podają przykład napoju „Tropical Fantasy”. Produkt ten wszedł na rynek w 1990 i osiągnął niemal natychmiastowy sukces w Stanach Zjednoczonych. Aż do momentu, kiedy pojawiła się absurdalna, acz przerażająca plotka. Zaczęto mówić, że ten tani napój został stworzony przez Ku Klux Klan z bardzo konkretnym zamiarem. Jego niska cena miała przyciągnąć dużą część społeczeństwa afroamerykańskiego. Jednocześnie jego skład miał służyć ponurym celom: zmniejszyć jakość spermy afroamerykańskich mężczyzn, by nie mogli mieć więcej dzieci.

Nikt nie wie kto zapoczątkował tę plotkę, ale jej wpływ był drastyczny w skutkach. Minęły lata zanim fima produkująca „Tropical Fantasy” podniosła się na rynku. W rezultacie, nawet dzisiaj stara się ona do każdej reklamy włączyć Afroamerykanina cieszącego się tym napojem.

Nie było istotne jak szalona czy bezpodstawna wydała się ta plotka, ponieważ udało jej się zaatakować wrażliwość pewnej grupy ludzi. Nawet wiedząc, że jest to nieprawda, emocjonalny ślad pozostaje. To wyraźny przykład na to, że plotki mogą pozostawiać po sobie blizny.

BRONIENIE SIĘ PRZED PLOTKAMI I POGŁOSKAMI

Czy to nam się podoba, czy nie, nasze społeczeństwo opiera się na związkach władzy, gdzie plotka i pogłoska są prawdziwą bronią palną. Manipulowanie prawdą służy wielu osobom. Pozwala im na zdobycie wyższej pozycji oraz często przynosi konkretne korzyści.

Wtedy, jest niezbędnym, abyśmy stali się tym inteligentnym uchem, które zadziała jako bariera zatrzymująca atak, tą bezsensowną, fałszywą informację oraz iskrę ognia, która zawsze pragnie zabrać kogoś ze sobą.

W rezultacie, aby lepiej zrozumieć procesy psychologiczne, które są tak powszechne w naszym kontekście społecznym, proponujemy, abyś pamiętał o tych filarach, które utrzymują łańcuch plotki, poczynając od plotkarza, aż po naiwne osoby, które powtarzają zasłyszane pogłoski.

Wszyscy wiedzą, że aby zerwać łańcuchy, musimy po prostu pozbyć się jednego ogniwa. Jeśli plotka działa jak prawdziwy wirus w naszym środowisku pracowniczym, w naszej rodzinie lub kręgu społecznym, ważne jest, abyśmy mieli wokół siebie zaufanych ludzi, którzy pomogą nam i będą działać jak zapora wodna. Aby mogli działać jako inteligentne ucho oraz pozbyć się rzeczy, które wydają się bezsensowne.

Pogłoski rozprzestrzeniają się, kiedy ktoś chce „wybić się” naszym kosztem. Stając twarzą w twarz z taką sytuacją możemy zadziałać na dwa sposoby: albo puścić wszystko mimo uszu, albo reagując asertywnie wyznaczyć granicę oraz wyraźnie wyrazić to, co myślimy.

Powinniśmy być świadomi tego, że w każdej organizacji, dzielnicy czy grupie społecznej znajdzie się jakiś oficjalny „plotkarz”, miłośnik pogłosek.

I zawsze powinniśmy okazać integralność, uczciwość oraz nie dokarmiać tego typu zachowania poprzez uleganie wirusowi plotki. Należy również wiedzieć, że wcale nie jest łatwo pozbyć się plotki; czasami słowa nie wystarczają. Potrzebujemy przekonywających faktów, aby zdyskredytować pogłoski oraz pokazać jak bardzo są mylne.

Jadowite języki zawsze będą nas otaczały w taki lub inny sposób, zatem najlepiej po prostu ich unikać i pamiętać, że plotka jest dla bezmyślnej masy, a informacja dla mądrego ucha.

Plotka – kiedy dociera do inteligentnego ucha, umiera

 

 

Czytaj więcej ...
Czytaj mniej ...
15
Gru
2017

NIEPŁODNOŚĆ – CZY TO WYROK?

Na pytanie: „Kiedy wy?”, można odpowiedzieć: „Kochani, chcieliśmy wam powiedzieć, że staramy się o dziecko, ale w tej chwili mamy z tym pewien problem, leczymy się. Jak nas kochacie, to się módlcie albo trzymajcie kciuki, ale nie pytajcie nas o to, bo to dla nas trudne”. Z Bogdą Pawelec, psycholożką, psychoterapeutką rozmawia Karolina Domagalska

Czy osoby leczące się z niepłodności powinny od początku znajdować się pod opieką psychologa? 

Nie, ale lekarz powinien być świadomy tego, że niepłodność to ogromne obciążenie psychiczne, i kiedy pojawią się problemy emocjonalne, obniżony nastrój, zasugerować wizytę u psychoterapeuty. Niestety, nadal niewielu lekarzy przywiązuje do tego wagę. Potrafią powiedzieć: „Niech pani nie idzie do terapeuty, bo on pani w głowie tak namiesza, że pani już na pewno dziecka mieć nie będzie”. To cytat z Krakowa.

Tymczasem niepłodność to choroba stygmatyzowana prawie jak AIDS, tylko AIDS jest trochę niżej w hierarchii. Badania pokazują, że osoby, które leczą się z niepłodności, przeżywają takie emocje jak te, które cierpią na choroby nowotworowe, ciężkie schorzenia kardiologiczne, czyli choroby na granicy życia i śmierci. Dlatego że brak dziecka, świadomość, że po nas nikt nie zostanie, to jest przecięcie granicy życia i śmierci.

Jest to również granica psychiczna, emocjonalna, ponieważ to jest silna potrzeba biologiczna. To nie kaprys typu nowe buty, nowe auto czy wycieczka zagraniczna.

NIEPŁODNOŚĆ – BY NIE TRACIĆ CZASU I NERWÓW

Czy to zawsze jest czysta biologia? 

Tak jest na samym dnie, ale piętro wyżej jest nacisk społeczny. Nie należy go odbierać negatywnie, bo myślę, że on też wypływa z biologii. To najbardziej znienawidzone przez pacjentów pytanie: „Kiedy wy?”, nie jest pytaniem złośliwym, to jest atawizm: kiedy wy też będziecie mieli dziecko, bo jak nie będziecie mieli, to nasze stado zginie.

Zanim pojawią się nieprzyjemne pytania, para pełna nadziei zaczyna „się starać”. 

To jest zazwyczaj radosny czas: robią nastrój, cieszą się, że będą robić „dzidziusia”. No i najczęściej po roku, a jak para jest starsza, czyli ma ok. 35 lat, to po pół roku zaczynają odczuwać niepokój. Więc idą do lekarza – i teraz wszystko zależy od tego, na kogo trafią. Albo na kogoś niekompetentnego, kto będzie ich mamił, przeciągał badania w nieskończoność, albo na profesjonalistę, który zrobi odpowiednie badania i powie, że trzeba się leczyć albo już zdecydować na in vitro. Dlatego warto, żeby pacjenci wiedzieli jak najwięcej o leczeniu, inaczej mogą stracić sporo czasu, nerwów i pieniędzy.

Kiedy w końcu pada propozycja in vitro, zwykle jest szok. Co gorsza, niepłodność jest taką chorobą, w której bardziej potrafimy pomóc parze mieć dziecko, niż odpowiedzieć na pytanie, dlaczego go nie mają.

NIEPŁODNOŚĆ – CZAS NA AKCJĘ UŚWIADAMIAJĄCĄ 

Jak pacjenci reagują na tę diagnozę? 

Wiedzą, że to jest ostateczność w drodze do posiadania własnego biologicznego dziecka. Nie pozostaje im nic innego. Jak zachowujemy się wobec ostateczności? Albo się uda, albo nie.

Słyszy się opinie, że in vitro to pójście na łatwiznę. 

Łatwiznę? Zastrzyki w brzuch, kontrolowanie cyklu, sztucznie wywołana menopauza, bo w przypadku długiego protokołu najpierw podajemy hormony wstrzymujące produkcję komórek, co może przypominać objawami menopauzę. Potem znieczulenie, pobieranie komórek, potem ból, bo to przecież boli. Tych komórek trzeba wydobyć dziesięć, a nie jedną, żeby mieć większą szansę, że kilka się zapłodni. Wiemy, że w naturze na dziesięć zarodków tylko trzy się będą rozwijać. Choćbyśmy wrzeszczeli, że tam jest dziesięcioro dzieci, to i tak statystycznie tylko trzy zarodki przetrwają.

Szkoda, że to nie jest wiedza powszechna. 

To powinna być elementarna wiedza. 15 lat temu, gdy nie było jeszcze akcji „Rodzić po ludzku”, kobieta myślała, że musi być upokorzona. Teraz jest czas na akcję uświadamiającą, czym jest niepłodność.

NIEPŁODNOŚĆ – NIE MOŻNA CZUĆ SIĘ WINNYM 

Jak leczenie niepłodności przeżywają kobiety, a jak mężczyźni? 

Wiele par przychodzi do mnie i używa słowa „wina”. Wtedy pytam: „Czy jak ktoś w pani rodzinie ma cukrzycę, to jest to jego wina?”. No nie jest. I wtedy pani zaczyna mówić dalej, na przykład: „Ja ostatnio na męża tak nawrzeszczałam, że nawet dziecka nie potrafi zrobić”. A mąż siedzi skulony, chciałby zareagować, ale nie może, bo ona jest przecież „biedna”. Wtedy musimy zacząć od początku: że niepłodność jest chorobą jak każda inna, że nie można czuć się winnym za to, że jest się chorym, skoro się do tego nie doprowadziło. „No bo gdybyśmy wiedzieli, to byśmy nie zwlekali i poszli się leczyć wcześniej” – mówią mi pacjenci. Gdyby wiedzieli, toby to zrobili, ale nie wiedzieli i nie zrobili, koniec dyskusji. Muszą wziąć za to odpowiedzialność, a nie nawzajem się oskarżać, chociaż to kobieta częściej oskarża mężczyznę. Mężczyzna nie ma takiego parcia na dziecko.
To również kobiety wybierają lekarzy, umawiają spotkania, pilnują kalendarza. 

Na całym świecie tak jest. Kobiety mają większą potrzebę, mężczyznom się tak nie śpieszy, mają więcej czasu. Choć to nie do końca jest prawda, bo jakość spermy spada w ostatnich latach na łeb na szyję. Mężczyźni mają też opory przed oddawaniem nasienia do badania, bo wiąże się to z masturbacją, a masturbacja to przecież „grzech”. Poza tym wstydzą się, że wszyscy wiedzą, że oni się masturbują. Ale po kampanii społecznej promującej badanie nasienia trochę się to zaczęło zmieniać.

Gdy przychodzą do mnie pary, to najczęściej w terapii pozostaje kobieta, mężczyzna zazwyczaj radzi sobie lepiej. Chyba że problem jest po jego stronie. Kiedy mężczyzna odbiera wyniki badań nasienia i dowiaduje się, że jest wszystko okej, to na jego twarzy pojawia się blask i uśmiech, bo to oznacza, że jest mężczyzną. Mężczyzna musi poczynić kolosalny wysiłek, żeby uwierzyć, że plemniki to nie jest wyraz jego męskości, że on może być supermęski, ale jednocześnie mieć bardzo słabe plemniki. Jeden mądry facet powiedział mi kiedyś, że dla niego wyrazem męskości nie jest brak nasienia, ale to, jak mężczyzna potrafi sobie z tym poradzić.

Skąd się bierze to obwinianie? Przecież na rozum wiemy, że nie jesteśmy winni. 

Obwinianie jest wytłumaczeniem. Kiedy weźmiemy winę na siebie, pojawia się kara i przynajmniej wszystko ma sens. Do tego dochodzi jeszcze myślenie omnipotentne, magiczne. Nie mogę mieć dziecka? To na pewno dlatego, że kiedyś się zabezpieczałam, że za mało chciałam, że zazdrościłam. I teraz mnie spotyka kara. Kiedyś byłam na warsztacie wybitnego psychoonkologa, który mówił, że dla niego najtrudniejszy moment to ten, kiedy pacjent z nowotworem patrzy na niego i krzyczy: „Dlaczego ja?!”. A odpowiedź jest jedyna: „A dlaczego nie?”.

NIEPŁODNOŚĆ – DZIECKO WIRTUALNIE JEST 

Leczenie niepłodności może trwać lata, średnio po dwóch latach pojawiają się konsekwencje psychologiczne w postaci obniżonego nastroju i depresji. W pani książce można znaleźć proste, ale wstrząsające przeliczenie: jeśli ktoś leczy się pięć lat, przeżywa stratę 60 razy. Do czego można porównać stratę, którą pary przeżywają co miesiąc? 

Do utraty dziecka, po prostu. Gdy leczymy się z niepłodności, to raz w miesiącu to dziecko wirtualnie jest, a potem znika, umiera. Co miesiąc huśtawka, góra – dół, nadzieja, że będzie dobrze, i rozpacz, że ciąży nie ma, czyli cały czas życie w żałobie, w rozpaczy i utracie. Jedna z moich pacjentek to pięknie opisała: to jest taka żałoba, której nie można przeżyć do końca, bo za miesiąc jest następna.

Mężczyzna tak samo to odbiera? 

Nie, mężczyzna odbiera tylko ból żony, jeśli ją kocha. Ale często jest tym bardzo zmęczony, chciałby, żeby ona nie miała takiej obsesji, boi się jej o tym powiedzieć, jeśli jest dojrzały, bo wie, że tego nie da się rozwiązać. Mężczyzna, który jest niedojrzały, często odchodzi w komputer, w kochankę, w alkohol, robi się agresywny. Tak, niestety, też bywa. A nawet jeżeli sobie z tym radzą, to ten problem pozostaje. I co miesiąc muszą się zbierać na nowo, a on musi jej dawać wsparcie. Dobrze by było, gdyby ona zrozumiała, że on nie jest w stanie tego wszystkiego unieść i jeszcze zarabiać na to in vitro, bo ona przecież nie może zmienić pracy. Bo jak zmieni, to może nie będzie miała świadczeń, jak się dziecko urodzi. A ono się rodzi np. przez pięć lat.

Nie planują wakacji, większych wydatków, nie spotykają się ze znajomymi, bo co będzie, jak się czymś zarażą. Wszystko podporządkowują ciąży, która może się pojawić. 

Tak, czasami zaczyna się to przeradzać w obsesję. Ale nie można ich za to winić, obsesja jest rozumiana jako coś pejoratywnego: „Głupi jesteś, sam sobie to zrobiłeś”. Jeśli ktoś ma zaburzenia obsesyjne, to nie jest niczemu  winny, bo to jest choroba, a jeżeli zaczyna obsesyjnie myśleć o dziecku, to też nie jest choroba, tylko konieczność, instynkt.

Do tego dochodzą jeszcze problemy z seksem. Ona mówi przez zaciśnięte zęby: „Dziś jest 14. dzień cyklu, musimy iść do łóżka”. On na taki komunikat reaguje impotencją, a jeśli się udaje, to seks staje się mechaniczny i oni nie mają ochoty sypiać ze sobą w międzyczasie.

A lekarz mówi: „Wyluzujcie się”. 

A ja mówię: „Ma pan nowotwór, ciężka chemia przed panem, to niech się pan wyluzuje”.

Rodzina też dorzuca swoje mądrości. 

Pijany wujcio może powiedzieć: „Nie umiesz zrobić dziecka, to ja ci pomogę”, albo matka powie: „Jakżeś nie urodziła, jak miałaś 20 lat, to teraz masz za swoje”. Albo: „Weź sobie to dziecko na ręce, to się zapatrzysz”. A dla niej ostatnia rzecz, na którą ma ochotę, to wziąć cudze dziecko na ręce. I jeszcze się tego wstydzi.

NIEPŁODNOŚĆ – GDY POJAWIAJĄ SIĘ PYTANIA 

Co robić w takiej sytuacji? 

Mówić prawdę, to jest jedyny sposób. Na pytanie: „Kiedy wy?”, można odpowiedzieć: „Kochani, chcieliśmy wam powiedzieć, że staramy się o dziecko, ale w tej chwili mamy z tym pewien problem, leczymy się. Jak nas kochacie, to się módlcie albo trzymajcie kciuki, ale nie pytajcie nas o to, bo to dla nas trudne”. Taktowny nie będzie dalej pytał, nietaktowny zapyta i wtedy możemy mu trochę ostrzej powiedzieć, co o tym myślimy. Nazwanie rzeczy po imieniu jest rzeczą najtrudniejszą, ale najskuteczniejszą. Bo powiedzenie: „Nam się do dzieci nie śpieszy”, „Ja w tej chwili robię karierę”, „Byliśmy na Bahamach”, budzi agresję. Nie musimy też wcale odpowiadać na tysiące pytań i słuchać tysiąca rad, mamy prawo stawiać granicę.
A co może robić otoczenie, które już wie, żeby wspierać? 

Zadawać proste pytania: „Jak mogę ci pomóc? Czego ode mnie oczekujesz?”.

Zazdrość o dziecko to kolejne trudne uczucie związane z niepłodnością. Jak można sobie z nią poradzić? 

Jeśli kobieta ma odwagę, może powiedzieć przyjaciółce albo siostrze: „Tak się cieszę, że masz to dziecko, ale jednocześnie tak mnie boli, że ja go nie mam, tak ci go zazdroszczę”. Tylko nie mylmy tego z zawiścią. Zazdrość jest kreatywna, zawiść – destrukcyjna.

Co z tymi, którzy podejmują próby, ale rezygnują? 

Jest pewien nikły procent kobiet, które miały tak traumatyczne doświadczenia związane z macierzyństwem, relacjami w rodzinie, że pomimo prób nie są w stanie zdecydować się na dziecko. Mam pacjentki, którym mówię: „Ma pani prawo nie chcieć mieć dziecka, jeżeli psychika zwyciężyła biologię”.

Ale dla kobiet, które czują potrzebę biologiczną, sprzeciwianie się jej jest jak bicie się z koniem. Moim zdaniem jest to moment, kiedy para mówi: „Uświadomiliśmy sobie, że nie możemy już dłużej”, albo: „W ogóle nie będziemy wchodzić w tę machinę starania się, bo ona jest potwornie trudna”. I wtedy przychodzą do mnie, zazwyczaj patrząc przerażonymi oczami, czy im wolno przestać się starać. Oczywiście, że wolno.

Ale kiedy słyszę, jak ktoś mówi: „Jest tyle biednych dzieci na świecie, weź sobie zaadoptuj”, to mi się nóż w kieszeni otwiera. Ja nie jestem przeciwko adopcji, to jest wspaniała droga do macierzyństwa i ojcostwa, która wymaga dużej dojrzałości i przygotowania. Ale nie można parze narzucać takiego sposobu starania się o dziecko. To musi być ich i tylko ich wybór.

NIEPŁODNOŚĆ – NIE DLA NAGONKI 

Jak nagonka Kościoła na in vitro wpływa na pani pacjentów? 

Poprosili mnie, żebym zdjęła wizytówkę na dole. Na piętrze, na drzwiach mam napisane tylko „gabinet terapeutyczny”, o niepłodności jest wyłącznie na mojej stronie.

Mam też pacjentów, którzy mówią, że nie wybierają kliniki w swoim mieście, tylko tę 200 km dalej, ponieważ boją się, że ktoś zobaczy ich w poczekalni. Mam jedną parę z małej wsi podhalańskiej, która podjęła decyzję, że wyprowadzają się z kraju – po to, żeby zarobić pieniądze, ale też po to, żeby zrobić w innym miejscu in vitro i wrócić z dzieckiem, żeby nikt nie wpadł na to, że to dziecko z in vitro. Ci ludzie mają taki lęk w oczach, boją się, że jak ktoś na nich spojrzy, to zobaczy, że oni idą do in vitro. Są pary, które nie boją się o tym mówić otwarcie, nie boją się, że ktoś powie: „Jak będziecie żyć ze świadomością, że skazaliście na śmierć siostry i braci swojego dziecka? Wiecie, jakie wam się dziecko z bruzdą urodzi, jakie będzie miało problemy genetyczne?”. I oni, ponieważ są generalnie zdrowi, życie im dało tak zwany kręgosłup związany z tożsamością, stosunkiem do wiary, do siebie samego, potrafią powiedzieć: „Twoim zdaniem jesteśmy mordercami, a naszym nie i na tym poprzestańmy”.

Choć są też pary, które rezygnują z leczenia ze względu na wiarę. Miałam u siebie katolików, którzy musieli wybrać między biologią a wartościami katolickimi. I mimo że kobieta miała depresję i nawet katolicka rodzina namawiała tych ludzi na in vitro, postanowili, że zaadoptują.

Czy zdarza się tak, że niepłodność spowodowana jest wyłącznie psychiką? 

W jakichś 10 proc. tak. Kiedyś przyszła do mnie pacjentka, na oko 16-latka. Kwiatuszki we włosach, guma balonowa, miniówa, konwersy. Okazało się, że ma 28 lat, nie może zajść w ciążę, mimo że medycznie wszystko jest z nią w porządku. Kiedy miała pięć lat, urodził się jej brat, którego rodzice od razu postawili na piedestale, był lepszy, mądrzejszy. Przypomniało jej się, że kiedyś go zamknęła w szafie i mało się nie udusił. Więc uważała, że jej problemy z płodnością są karą za to, że chciała to małe dziecko udusić. Do tego doszła rywalizacja z bratem, która zatrzymała ją na etapie nastolatki: skoro on taki mądry, to ja zostanę z tą gumą balonową. Dopiero przepracowanie tego wszystkiego w terapii, zamiana kwiatuszków na garnitur, dorośnięcie sprawiły, że zaszła w ciążę.

Zdarza się też, że najstarsze córki mają blokadę, bo dziecko kojarzy im się ze zniewoleniem, ponieważ musiały się opiekować młodszym rodzeństwem. 

Czasami, gdy rodzi się młodsze rodzeństwo, to dziecko, które traci pozycję, myśli, że ją odzyska, jeśli będzie wspaniałe i pomoże mamusi. Terapia takiej osoby polega na tym, by uświadomić jej, że ona nie musi, tylko chce, a dzieci nie muszą jej zabrać całego życia.

Zdarza się też, że podświadomie boimy się samej ciąży? 

Jest dużo takich pacjentek i trochę czasu potrzeba, żeby one się do tego przyznały. Niektóre kobiety potwornie boją się porodu, tego, że ktoś będzie na nie krzyczał, że one będą wrzeszczeć, że to będzie wstydliwe, odczuwają lęk przed utratą kontroli.

Ale większość to dwa w jednym – jest powód medyczny, a na niego nakłada się sfera psychiczna: problemy z samooceną, wstyd, obawa przed in vitro, lęk przed wyrzuceniem z Kościoła, przed odrzuceniem przez rodziców, problemy w związku, poczucie winy. Na terapii obieram te wszystkie warstwy cebuli. 

http://www.wysokieobcasy.pl/wysokie-obcasy/1,100961,14918251,Nieplodnosc___czy_to_wyrok_.html?disableRedirects=true

 

 

Czytaj więcej ...
Czytaj mniej ...
24
Sie
2017

offline

W dniach 25.08 – 03.09.2017

gabinet będzie nieczynny.

Na wszelką korespondencję będę odpowiadała od 04.09.2017

Surfing, Aerial

Surfing, Aerial

Czytaj więcej ...
Czytaj mniej ...
13
Lip
2017

SFEJSOWANI….

Kiedy moi pacjenci chcą się przekonać, czy są uzależnieni od Facebooka, proszę ich, żeby nie korzystali z niego przez 48 godzin

Agnieszka Jucewicz

Codziennie w gabinecie słyszę jakąś historię związaną z Facebookiem. Ktoś się z kimś pokłócił na śmierć i życie, inny czuje się coraz gorzej z własnym życiem, kiedy porównuje je z życiem znajomych, a jeszcze inny właśnie odkrył, że jego partner go zdradza – z dr Suzaną Flores, autorką „Sfejsowanych”, rozmawia Agnieszka Jucewicz

Do jednego z pacjentów w trakcie sesji terapeutycznej musiała pani wezwać karetkę. Jego fatalny stan spowodowany był zajściem na Facebooku. Muszę przyznać, że ten fragment pani książki czytałam z pewnym niedowierzaniem. Może być aż tak źle?

– To był ten jeden z niewielu razy w życiu, kiedy po prostu odjęło mi mowę. Mój pacjent nie miał poważnej choroby psychicznej, nie cierpiał na depresję, nie miał zaburzenia osobowości, przychodził do mnie, bo miał bardzo stresującą pracę. Był w okolicach czterdziestki, piastował poważne stanowisko, podobnie jak jego narzeczona, z którą wkrótce mieli wziąć ślub. Tego dnia, z Facebooka, dowiedział się, że zerwała zaręczyny. Nie powiedziała mu tego wprost, tylko zmieniła status – z „zaręczonej” na „w związku z X”. Dodam, że X był najlepszym przyjacielem mojego pacjenta… Okazało się, że od kilku miesięcy mieli romans. Gdyby narzeczona powiedziała mojemu pacjentowi, że odchodzi, też by cierpiał, ale robiąc to na Facebooku, upokorzyła go publicznie i sprawiła, że o jego życiowym nieszczęściu dowiedzieli się wszyscy, którzy mieli dostęp do jego profilu. Tego dnia jego telefon wibrował bez przerwy. Wszyscy chcieli wiedzieć, co się stało, a on był zmuszony do tłumaczenia się z czegoś, czego sam nie rozumiał. To było ponad jego siły. U mnie w gabinecie dostał ataku paniki. W życiu nie widziałam nikogo, kto by z taką ochotą jechał do szpitala psychiatrycznego. Marzył tylko o tym, żeby zabrać mu laptopa, telefon i zakazać odwiedzin. Inny mój pacjent doznał szoku po tym, gdy z Facebooka dowiedział się o śmierci swoich rodziców, którzy zginęli w wypadku samochodowym.

Jak to możliwe?

– Jego kuzynka zamieściła na swoim profilu zdjęcie płonącego samochodu, pisząc, że w tym samochodzie właśnie zginęło jej wujostwo. Tłumaczyła się potem, że musiałaby powiadomić tak dużą liczbę osób, że wolała zrobić to za jednym zamachem. Tak było szybciej, ale też łatwiej, bo dzięki temu nie musiała konfrontować się z bolesnymi reakcjami na wieści o tej śmierci.

Rozumiem, że nastolatki mogą zrobić coś tak bezmyślnego, ale dorośli? To Facebook nas tak ogłupia?

– Obserwuję pewien regres emocjonalny wśród ludzi, którzy według metryki są już dojrzali. Czy jest to wina jedynie Facebooka? Nie sądzę, ale faktycznie jest tak, że dla pewnych ludzi facebookowa rzeczywistość jest po prostu ważniejsza od tej, w której są. To tam toczy się ich życie, tam są ich „przyjaciele”, tam są emocje, ciekawe informacje, tam odbywają się znaczące „rozmowy”. Kiedy na spotkaniach z czytelnikami czy studentami mówię, że FB to iluzja, mam jak w banku, że zaraz ktoś krzyknie: „Ależ co pani opowiada!”. Często to są ci sami ludzie, którzy w realnym życiu zaniedbują obowiązki, relacje z bliskimi, zdrowie. Tak ich ta facebookowa rzeczywistość wsysa. Przypadki klientów, którzy skończyli na ostrym dyżurze w szpitalu psychiatrycznym, są ekstremalne, spotkałam tylko trzy takie osoby, ale codziennie w gabinecie słyszę jakąś historię związaną z Facebookiem. Ktoś się z kimś pokłócił na śmierć i życie, ktoś inny cierpi, bo zaszło jakieś nieporozumienie, którego nie potrafi wyjaśnić twarzą w twarz, inny czuje się coraz gorzej z własnym życiem, kiedy porównuje je z życiem znajomych, a jeszcze inny właśnie odkrył, że jego partner go zdradza. Podobno już w 20 proc. spraw rozwodowych w Ameryce pojawia się temat Facebooka.

Mam też coraz więcej pacjentów, których poczucie sensu i własnej wartości zależy od tego, ile dostaną „polubień” pod postami. Dramat polega na tym, że zależność od cudzej akceptacji jest zabójstwem dla poczucia własnej wartości. Takie błędne koło.

Większość ludzi naprawdę nie zdaje sobie sprawy, jak Facebook oddziałuje na psychikę, i korzysta z niego w bezrefleksyjny sposób. Od siebie dodam, że większość ludzi nie zdaje sobie też sprawy z tego, jak bardzo są samotni i co ich pcha do korzystania z tego medium.

Oficjalnie w diagnostyce nie istnieje jednak taka jednostka jak „uzależnienie od Facebooka”.

– Jeszcze nie, acz moim zdaniem powinna. Objawy są te same co w przypadku innych behawioralnych uzależnień, jak zakupoholizm, hazard, seksoholizm. Facebook jest jak automat do gier: czasem się wygrywa, czasem przegrywa, ale nie można przestać, bo to, że się raz wygrało, sprawia, że wraca się po więcej. Na Facebooku tymi „wygranymi” są reakcje na nasze posty, ciekawe statusy znajomych, interesujące informacje, wymiana zdań, która podbudowuje ego. Pobudzany jest układ nagrody w mózgu i uwalnia się dopamina, tzw. hormon szczęścia, który sprawia, że pragniemy, aby ten stan nigdy się nie kończył. Proszę zauważyć, że na FB otaczamy się głównie ludźmi, którzy są podobni do nas, którzy nas lubią, więc te wszystkie komentarze i reakcje na nasze posty są w dużej mierze pozytywne. Naprawdę jest więc po co wracać!

Kolejny czynnik, który sprzyja uzależnieniu, to sama struktura Facebooka. Wszyscy nasi „przyjaciele”, a ja bym raczej użyła słowa „kontakty”, stają się naszą widownią, a my – performerami, którzy chcą dobrze przed nią wypaść, więc staramy się grać, jak najlepiej umiemy, i czujemy się odurzeni, kiedy biją brawo. Są osoby, które, gdy stwierdzą, że nie dostały wystarczająco dużo „lajków” za swój post, kasują go albo poprawiają, żeby osiągnąć lepszy wynik i w ten sposób dostać swoją „działkę”.

Podobno co czwarta osoba na Facebooku przedstawia nieprawdziwe informacje na swój temat.

– Są tacy, którzy grają w stu procentach, ale większość z nas w jakimś stopniu oszukuje. Najczęściej pokazujemy pozytywne aspekty siebie, a te, których się wstydzimy, ukrywamy, więc to, kim jesteśmy na Facebooku, to zredagowana wersja naszego „ja”. Proszę spojrzeć choćby na zdjęcia profilowe – ile osób wygląda na nich tak jak w rzeczywistości? Kadrujemy, dobieramy odpowiednie filtry albo zamieszczamy zdjęcia sprzed dziesięciu lat, kiedy ważyliśmy o pięć kilo mniej. Albo statusy – dokładnie przemyślane, wyedytowane, takie, które mają świadczyć o tym, że jesteśmy zabawni, inteligentni, że nasze życie to pasmo sukcesów. Większość ludzi stara się wypaść na tej facebookowej scenie jak najkorzystniej. Pokażą zdjęcie dziecka z dyplomem za wygrane zawody, ale zdjęcia z karczemnej awantury nad pracą domową już nie.

Często słyszę protest: „Ja? Ja jestem autentyczny!”. Wtedy proszę taką osobę, żeby sobie przypomniała, kiedy ostatnio, pisząc status, skasowała go i napisała od nowa przed publikacją, albo – czy zdarzyło się jej wyretuszować zdjęcie. To edytowanie „ja” jest na Facebooku czymś normalnym, ale rzeczywistość jest przecież nieidealna i nieprzewidywalna. Wyglądamy, jak wyglądamy, nie zawsze mamy się czym pochwalić, zdarza się nam coś chlapnąć bez sensu, czego nie da się już cofnąć. Pomiędzy tymi dwiema rzeczywistościami istnieje przepaść.

Nie powiedziałam jeszcze o jednym. Uważam, że nie mielibyśmy takiego problemu z uzależnianiem się od Facebooka, gdyby nie smartfon, to nasze współczesne przedłużenie ręki. Internet w telefonie, te wszystkie powiadomienia typu „push”, które dźwiękiem przypominają o każdej aktywności na Facebooku, to poważny wyzwalacz, który wymusza na nas natychmiastową reakcję i sprawia na przykład, że osoba siedząca naprzeciwko nas staje się mniej ważna. To mnie bardzo niepokoi.

Co dokładnie?

– To, że cyfrowe kontakty coraz liczniejszej grupie ludzi zaczynają zastępować kontakty w realu. Niektórym wydaje się, że ponieważ prowadzą tyle rozmów na Facebooku, nie potrzebują już spotkań z ludźmi twarzą w twarz. Dochodzi do tak absurdalnych sytuacji, że znajomi się irytują, kiedy dzwonimy, żeby im złożyć życzenia urodzinowe, bo przecież mogliśmy im je złożyć na „wallu”. Sztuka konwersacji też powoli zamiera, bo ludzie coraz częściej komunikują się krótkimi zdaniami, w biegu, albo jednocześnie prowadzą kilka wirtualnych rozmów.

Wiara w to, że kontakty wirtualne i realne są tożsame, to złudzenie, za które prędzej czy później przyjdzie zapłacić. Bo człowiek jest stworzeniem pięciu zmysłów. Spotkanie, podczas którego możemy naszego przyjaciela dotknąć, spojrzeć mu głęboko w oczy, usłyszeć jego głos, jest zupełnie innym rodzajem kontaktu niż pogaduszki na czacie. To pierwsze karmi naszą psychikę. Zresztą coraz więcej jest badań, które wskazują, że długotrwałe korzystanie z mediów społecznościowych zwiększa ryzyko depresji i zaburzeń lękowych.

Choć są i takie, które pokazują, że media społecznościowe umożliwiają ludziom samotnym czy introwertycznym nawiązanie relacji.

– Nawiązanie tak, ale jeśli chcą tę relację rozwinąć, pogłębić, muszą do tego człowieka wyjść, poznać go. Ciągle słyszę od ludzi, że zakochali się w kimś, kogo poznali na Facebooku, mimo że jeszcze go nie widzieli. Poprawiam ich wtedy: „Nie zakochaliście się w prawdziwej osobie, tylko w avatarze. W wyabstrahowanej wersji tego człowieka”. Nie twierdzę, że taki związek nie ma szans, ale na razie ta „miłość” jest miłością pewnej ułudy.

Mówi pani, że większość osób na Facebooku dba o to, żeby pokazać się w jak najlepszym świetle, ale są takie, które, kiedy na przykład przechodzą trudny okres, traktują Facebook jak idealne miejsce do zwierzeń. Myślę teraz o znajomej w trakcie rozwodu, która bez przerwy zwierza się na Facebooku ze swojej trudnej sytuacji, najczęściej pisząc coś nieprzychylnego o mężu. Co jej to daje?

– Różne są sposoby na zabieganie o akceptację. Jedni pozują na półbogów i dzieci szczęścia, inni, jak pani znajoma, postanawiają się zwierzać ze swoich problemów 300 znajomym naraz. I w jednym, i w drugim chodzi o to samo: „Napiszę coś, a wy mi powiedzcie, ile jestem warta”. Zdrowiej by było w przypadku pani koleżanki poszukać wsparcia w realu, wśród kilku zaufanych ludzi, ale widocznie wydaje się jej, że to nie wystarczy. Poza tym Facebook sprawia, że ludziom puszczają hamulce, a granica pomiędzy tym, co intymne, a co nie się znacznie przesuwa. Ekran komputera czy smartfona jest tarczą, za którą można się schować, tworzy dystans, więc ludzie mają poczucie, że więcej im wolno. Odzierają się z intymności i nawet nie czują, że posunęli się za daleko. A kiedy pani znajoma napisze, jaki jej mąż jest okropny albo jak jest jej trudno, to najprawdopodobniej zaraz usłyszy: „On nie jest ciebie wart”, „Dobrze zrobiłaś, że zdecydowałaś się odejść.” I od razu poczuje się lepiej.

To źle?

– W doraźnym szukaniu wsparcia czy potwierdzenia na Facebooku nie ma niczego złego. Problem zaczyna się wtedy, kiedy Facebook zaczyna być głównym czy jedynym źródłem wsparcia, czy też poczucia własnej wartości. Bo to odbiera siłę naszemu własnemu wewnętrznemu głosowi, osłabia naszą intuicję, upośledza nasz osąd co do tego, czym powinniśmy się dzielić, czym nie. Jeśli zaczynamy polegać w sprawie tego, kim jesteśmy i ile jesteśmy warci, tylko na Facebooku, to w rzeczywistości narażamy się na cierpienie, emocjonalny chaos, a przede wszystkim na niezgodę na to, kim jesteśmy naprawdę. Bo, jeśli pokazujemy światu tylko to, co chcemy pokazać, to i ten świat, i my z czasem chcemy tylko to widzieć.

Jest takie powiedzenie: „Przyjaciele powiedzą ci to, co chcesz usłyszeć, ale najlepsi przyjaciele powiedzą to, co powinieneś usłyszeć”. Na Facebooku częściej mamy do czynienia z tymi pierwszymi. A świat, w którym wszyscy mówią ci to, co chcesz usłyszeć, nie wydaje mi się dobrym światem.

Opieranie własnego poczucia wartości na opinii innych wydaje mi się niebezpieczne też z tego powodu, że te opinie są zmienne.

– Opinie są jak fale, jednego dnia wynoszą cię na górę, innego zatapiają. Celebryci przerabiają te lekcje codziennie, ale coraz częściej też zwykli ludzie, którzy swoje szczęście budują na „lajkach”. Tracą wiarę we własną ocenę i nieuchronnie lgną do tych, którzy oceniają ich przychylnie. To zagrożenie ma wymiar nie tylko indywidualny, ale również społeczny. Ludzie ślepną na opinie tych, którzy mają odmienne poglądy, odmienne wartości. Tak sobie dobierają znajomych na Facebooku, żeby się z nimi zgadzać, żeby było miło, tyle że zamykanie się we własnej bańce jest szalenie niebezpieczne. Jaki może mieć skutek, widać choćby na przykładzie ostatnich wyborów prezydenckich w Stanach Zjednoczonych. Wielu ludzi wciąż nie może dojść do siebie. Nie wiedzą, jak to się stało, że Trump wygrał, skoro „nikt ze znajomych na Facebooku na niego nie głosował”! Wydaje się, że Facebook to kopalnia wiedzy, wrota do całego świata, tymczasem okazuje się, że on potrafi bardzo ograniczyć naszą perspektywę. Na Facebooku nie ma specjalnie miejsca na ironię, na głębszą refleksję, bo on wymusza natychmiastową reakcję. Jest komentarz, jest odpowiedź. Przyszła wiadomość, trzeba odpisać, itd. Mnie osobiście ta impulsywność przeraża. Kiedy rozmawiam z nastolatkami i milenialsami, wielu z nich mówi, że nawet rozmowa telefoniczna jest już dla nich niekomfortowa. Oni wolą się porozumiewać SMS-ami, wiadomościami, tweetami albo obrazkami.

Co im tak przeszkadza w rozmowie twarzą w twarz?

– Pauzy. Nie znoszą tego, że ktoś milknie, zastanawia się, zawiesza głos. Jeśli ktoś nie reaguje błyskawicznie w mediach społecznościowych, to oznacza, że albo jest zajęty, albo padła mu bateria. Pauzy w zdaniu, w żywej rozmowie, wzbudzają niepokój. To jest pokolenie, które jest przyzwyczajone do natychmiastowych reakcji. Gdzie tu miejsce na namysł? Na refleksję?

Z drugiej strony to właśnie młode pokolenie odpływa z Facebooka.

– Odchodzą, ale do innych platform społecznościowych, gdzie jest mniej „dramatów”. Facebook jest dla wielu nastolatków obciachowy, również przez to, co wyprawiają na nim ich 40-50-letni rodzice. Te wszystkie selfie w łazience, to obnażanie szczegółów życia prywatnego (również tych dotyczących ich dzieci), te prowokacyjne posty, komentarze, kłótnie. To ich żenuje. Pytała mnie pani, czy Facebook sprawia, że głupiejemy. Jest jeszcze jedna ważna rzecz, o której należy pamiętać. Ludzie, którzy znajdują się w szponach uzależnienia, nie zachowują się racjonalnie. Oni zrobią wszystko, żeby zdobyć swoją „działkę”, nawet jeśli to będzie głupie, żenujące i złe.

Mówi pani, że dziś wiele osób, przeżywając coś, czuje natychmiastowy przymus, żeby się tym podzielić. Czy bywa i tak, że ludzie decydują się na jakieś doświadczenie tylko po to, żeby pochwalić się tym na Facebooku?

– Oczywiście. Część ludzi, zamiast być tu i teraz, traktuje dane doświadczenie jak status, który zaraz wrzuci na Facebooka. My w ogóle jesteśmy coraz słabsi w zatrzymywaniu w sobie emocji, zwłaszcza tych przykrych. W byciu sam na sam z różnymi stanami, nastrojami, myślami. Czujemy się zobligowani do tego, żeby je z siebie natychmiast wyrzucić. Niezwykłe jest to, że ta potrzeba występowania na Facebooku czasem bierze górę nad zwykłą ludzką przyzwoitością. Zdarza się na przykład, że ludzie, zamiast pomóc, nagrywają zamieszki, wypadki samochodowe, oznaczają się na zdjęciach w jakimś dramatycznym wydarzeniu po to, żeby się móc pochwalić na Facebooku, że są jego świadkami. To dopiero świadczy o tym, jak bardzo jesteśmy sfejsowani.

Sugeruje pani, że powinniśmy zrezygnować z Facebooka?

– Nic podobnego. Uważam, że to bardzo przydatne narzędzie do komunikacji, ale namawiam, żeby korzystać z niego bardziej świadomie. Nie traktować go jak równie wartościowej, jeśli nie bardziej wartościowej rzeczywistości. Idziesz na koncert? To posłuchaj muzyki, nie sięgaj od razu po telefon. Podróżujesz? Nie musisz wszystkiego nagrywać i wrzucać na Fejsa. Popatrz, doświadcz, bądź obecny, zachowaj coś dla siebie, znacznie bardziej na tym skorzystasz.

Kto jest najbardziej podatny na uzależnienie się od Facebooka?

– Każdy może się uzależnić. Im więcej czasu tam spędza, tym bardziej prawdopodobieństwo rośnie. Ale kluczem jest zadowolenie z życia, tego realnego. Im bardziej czujemy się autentycznie spełnieni, tym mniejsze zagrożenie, że Facebook nas wciągnie.

Jakie są symptomy tego, że się już przekroczyło granicę rozsądku?

– Sprawdzanie Facebooka tuż po przebudzeniu, a potem kilkanaście razy w ciągu dnia i tuż przed zaśnięciem. Poczucie, że coś ważnego nas omija, jeśli nie sprawdzamy, co się tam dzieje, wystarczająco często (to tzw. FOMO – fear of missing out), albo że to, co się dzieje na Face- booku, jest ważniejsze, atrakcyjniejsze od tego, co nas spotyka w rzeczywistości. Nieudane próby ograniczenia korzystania z Facebooka albo zrezygnowania z niego w ogóle. Kolejne straty: pogorszenie jakości pracy, relacji. Poczucie, że nasza aktywność na Facebooku nas wyczerpuje, pozbawia energii, rozprasza. Poczucie wyalienowania, stany lękowe.

Kiedy moi pacjenci chcą się przekonać, czy są uzależnieni od Facebooka, proszę ich, żeby nie korzystali z niego przez 48 godzin. Jeśli są w stanie to znieść bez zagryzania zębów, to najprawdopodobniej wszystko z nimi w porządku. Niestety, przewiduję, że uzależnionych będzie przybywać, bo taka jest natura mediów społecznościowych. Również osób z problemami na tle impulsywnych zachowań i koncentracją uwagi.

Właściciele Facebooka dbają, żeby nas zatrzymać. Konto można zawiesić, ale łatwo je przywrócić, natomiast zupełna likwidacja konta jest trudna. Nie mówiąc o tym, jak wiele wydarzeń ogłasza się już tylko na Facebooku.

– Niektórzy twierdzą, że Facebook się kończy, że coraz więcej ludzi z niego rezygnuje. Moim zdaniem Facebook i inne media społecznościowe donikąd się nie wybierają. Nie ma co liczyć na to, że znikną i w ten sposób pozbędziemy się problemu. Musimy się nauczyć z nich mądrze korzystać. Warto, żeby każdy zadał sobie pytania: Dlaczego w ogóle tam jestem? Czy np. traktuję to jedynie jako narzędzie pracy? Wyobrażam sobie, że np. w pani zawodzie i kilku innych Facebook bardzo się przydaje. Ale może jest tak, że tak naprawdę nie jestem zadowolony ze swojego życia, a Facebook pozwala mi o tym zapomnieć? Uciec od rzeczywistości? Jaką pustkę nim wypełniam? I co w takim razie mogę zrobić ze swoim realnym życiem, żeby nie musieć od niego uciekać?

Wszystko jest dla ludzi. Facebook też, ale jeśli ktoś czuje, że jego obecność tam mu szkodzi, że te wszystkie informacje, aktualizacje, porównywanie się sprawiają, że czuje się przybity, niespokojny, to może powinien zrobić sobie przerwę? Albo solidnie popracować nad ustawieniami na Facebooku. Czy wie pani, że ponad 13 mln użytkowników nie tknęło swoich ustawień prywatności? Publikują jak leci, tak że każdy ma do tego dostęp. Mamy wybór, co i komu chcemy pokazać. Na szczęście Facebook daje nam takie opcje. Mamy też wybór, co chcemy czytać i oglądać. Irytującego znajomego nie od razu trzeba blokować, można ukryć jego posty.

Co jeszcze można zrobić, żeby w zdrowszy sposób korzystać z Facebooka?

– Ludzie często pytają mnie, co mogą zamieszczać na Facebooku, a czego nie powinni. Nie mnie o tym decydować. Ja się kieruję taką zasadą: jeśli czułabym się swobodnie, ogłaszając coś przez megafon w towarzystwie znajomych w miejscu publicznym, np. w ulubionej kawiarni, to znaczy, że mogę się tym podzielić na Facebooku. Ze zdjęciami jest jeszcze inaczej. Wszystko, co „wrzucamy” na Facebooka, nawet jeśli widzą to tylko nasi znajomi, tam zostanie. Nie wiemy, jak to zdjęcie może zostać użyte. A może ktoś je skopiuje i pośle dalej? Zastanowiłabym się też, jakie kierują mną motywy: czy publikuję coś, bo szukam potwierdzenia? Czy może chcę wzbudzić u kogoś zazdrość? Czy jest to produkt mojej biernej agresji, żeby komuś dopiec? Co chcę przez to uzyskać? Wzbudzanie zazdrości, poszturchiwanie innych, prowokowanie kłótni, pozowanie na wiecznie niezadowolonego albo przeciwnie – odnoszącego same sukcesy. Wszystko to oznaki braku pewności siebie. Osoby mocno osadzone w sobie unikają takich zachowań.

A co robią na Facebooku?

– Na przykład dzielą się ciekawymi informacjami, są pozytywne, ale bez przesady, poprawiają innym nastrój albo w ogóle rzadko coś publikują, bo zajmują się innymi, ważniejszymi rzeczami. Najczęściej nie mają żadnej strategii w swoich postach, czasem dzielą się swoimi przemyśleniami, czasem informują o tym, co dla nich ważne. Na pewno nie używają Facebooka do tego, żeby ranić innych czy kreować alternatywną rzeczywistość.

Co by pani radziła, jeśli chodzi o częstotliwość zaglądania na Facebooka?

– Trudno coś odgórnie narzucać, bo są ludzie tacy jak pani, dla których Facebook to narzędzie pracy. Zanim narzucimy sobie jakąś dyscyplinę, w ogóle warto się przyjrzeć, ile czasu spędzamy na Facebooku, prowadząc przez kilka dni uczciwy dzienniczek. Może się okazać, że wchodzimy tam trzy razy dziennie na kilka minut, i dobrze, a może się okazać, że w sumie spędzamy tam po kilka godzin. Jeśli uznamy, że czas na zawieszenie konta na Facebooku, pamiętajmy, że na początku może nas spotkać nieprzyjemny zespół odstawienia – wzmożony niepokój, lęki, obsesyjne myśli. Z czasem to powinno ustąpić, a jeśli nie, może warto skontaktować się ze specjalistą.

Co z tymi, którzy czują, że przekroczyli granicę zdrowego rozsądku, ale nie mogą zupełnie zrezygnować z Facebooka, no bo właśnie na przykład potrzebują go do pracy?

– Ważne, żeby za każdym razem, kiedy wchodzą na Facebooka, przypominali sobie, po co to robią. Nie dla rozrywki, nie dla zabicia nudy, nie dla polepszenia sobie nastroju, ale właśnie ze względów zawodowych.

Ma pani jakieś własne zasady dotyczące korzystania z Facebooka?

– Mam, bo to, że jestem świadoma tych wszystkich mechanizmów, nie oznacza, że jestem na nie odporna. Zaglądam na Facebooka trzy razy dziennie po kilka minut. Jeśli nie widzę niczego szczególnie istotnego, wylogowuję się. Często jestem pytana: „A jeśli ominie panią jakaś ważna informacja? Tekst? Zaproszenie?”. Jeśli to jest naprawdę ważne, to prędzej czy później do mnie dotrze, być może jakimś innym kanałem. Podobnie, jeśli ktoś będzie chciał się ze mną skontaktować. Facebook nie jest jedynym miejscem, gdzie można mnie znaleźć. Mówiąc to, jednocześnie wiem, że łamię te zasady. Podczas ostatniej kampanii wyborczej siedziałam z nosem przyklejonym do telefonu i nie potrafiłam się powstrzymać. Też dlatego, że w dużej mierze ta kampania toczyła się w mediach społecznościowych. Trump przecież powiedział jakiś czas temu, że wybory wygrał dzięki Twitterowi. I jest w tym stwierdzeniu coś przerażającego.

Same media społecznościowe nie są problemem. Problemem jest to, do czego i w jaki sposób ludzie ich używają. Ja mam ostatnio wrażenie, że coraz częściej używają ich do poniżania, ranienia i dziobania innych. Ale media społecznościowe mogą też inspirować, mobilizować do zaangażowania, do zmiany, dać głos tym, którzy są go pozbawieni. Dobrym przykładem jest choćby ostatni marsz kobiet w USA przeciwko dyskryminującej polityce nowego prezydenta. Początkowo ten marsz miał odbyć się tylko w Waszyngtonie. Dzięki m.in. Facebookowi podobne marsze odbyły się w wielu miejscach na świecie. Facebook jest jak wszystko, co ma potężną moc. Można go użyć do czynienia dobra, a można – do czynienia zła.

Dr Suzana Flores – licencjonowana psycholożka kliniczna, wykładowczyni m.in. w The Chicago School of Professional Psychology. Prowadzi prywatną praktykę terapeutyczną. Jej książka „Sfejsowani. Jak media społecznościowe wpływają na nasze emocje” ukaże się w marcu nakładem wydawnictwa Muza SA

10 sposobów na oderwanie się od mediów społecznościowych:

* Wyloguj się z Facebooka, kiedy skończysz zmieniać status.

* Wyłącz wszelkie powiadomienia na swoim laptopie i telefonie.

* Uśpij komputer i umieść go razem z telefonem w innym pokoju, zanim pójdziesz do łóżka.

* Zapewniaj siedzącej przed tobą osobie swoją całą, niepodzielną uwagę i oczekuj tego samego.

* Kiedy bierzesz kąpiel, zostaw urządzenia mobilne za drzwiami łazienki.

* Ogranicz się do zaglądania na Facebooka trzy razy dziennie na pół godziny.

* Postaw w jadalni lub kuchni koszyk, w którym będą lądować telefony podczas posiłków.

* Nie korzystaj z żadnej elektroniki po 22.

* Postaraj się poświęcić taką samą ilość czasu na podtrzymywanie swoich znajomości poza internetem.

Dziewięć oznak uzależnienia:

(mogą wystąpić jednocześnie lub osobno, na podst. „Sfejsowanych” dr Suzany Flores)

PRZEJMOWANIE SIĘ – często masz myśli o facebookowych doświadczeniach, czy to przeszłych, przyszłych, czy wyobrażonych.

TOLERANCJA – jak w każdym uzależnieniu, czujesz, że chcesz spędzać na Facebooku coraz więcej czasu, żeby uzyskać tę samą dozę przyjemności czy ekscytacji.

POGOŃ – nadmiernie skupiasz się na swoich statusach nakłaniających do odpowiedzi albo reakcji ze strony znajomych.

RYZYKO W ZWIĄZKACH – spędzasz zbyt wiele czasu na Facebooku i w mediach społecznościowych pomimo regularnych próśb ze strony partnera, żeby tego nie robić, albo utrzymujesz z kimś sekretną relację na portalu, mimo że ryzykujesz kryzys bądź rozpad związku.

RYZYKO UTRATY SZANS – nie możesz się wylogować z Facebooka na wystarczająco długo, by skupić się na pracy, nauce, czy też innych osobistych szansach, nawet jeśli ryzykujesz ich utratę.

KŁAMSTWO – kłamiesz swoim przyjaciołom, członkom rodziny, terapeucie lub współpracownikom w kwestii ilości czasu, który rzeczywiście spędzasz na Facebooku.

UTRATA KONTROLI – nieskutecznie próbowałeś zmniejszyć ilość spędzanego na Facebooku czasu lub orientujesz się, że nie jesteś w stanie zupełnie skasować swojego konta.

UCIECZKA – spędzasz czas na Facebooku, by poprawić sobie nastrój lub uciec od problemów.

GŁÓD – w ekstremalnych przypadkach doświadczasz drażliwości i pobudzenia podczas prób zaprzestania bądź ograniczenia korzystania z Facebooka.

Tekst pochodzi z miesięcznika „Wysokie Obcasy Extra” nr 3, wydanie z dnia 16/02/2017.

facebook-cho-dung-bi-danh-2-

 

Czytaj więcej ...
Czytaj mniej ...