28
Mar
2019

Czytaj więcej ...
Czytaj mniej ...
28
Mar
2019

Czytaj więcej ...
Czytaj mniej ...
13
Mar
2019

CICHE DNI: psychologiczne nadużycie w przebraniu…

Ciche dni charakteryzują się grupą zachowań, mających na celu ignorowanie drugiej osoby. Widzimy to we wszystkich typach relacji: związek dwóch osób, przyjaciół, rodziców i dzieci, krewnych itp. Ciche dni pojawiają się w wyniku konfliktu. Czasami jednak ofiara tego rodzaju zachowań nie jest świadoma konfliktu, właśnie dlatego, że druga strona nie wyraziła tego otwarcie.

https://pieknoumyslu.com/ciche-dni-psychologiczne-naduzyc/…

 

 

Czytaj więcej ...
Czytaj mniej ...
19
Lut
2019

JAK ROZMAWIAĆ Z NASTOLETNIMI DZIEĆMI?

Zafascynowani obserwujemy, jak nasze dzieci dorastają. Córka z małej dziewczynki przeobraża się na naszych oczach w młodą kobietę, a syn – w młodego mężczyznę. Nawiązują i rozwijają relacje z rówieśnikami, nabierają pewności siebie, próbują coraz odważniej decydować o swoim życiu.

Rozpiera nas radość i duma. Jednak nie są to jedyne emocje, jakie odczuwamy w związku z dojrzewaniem naszych nastoletnich dzieci. Przychodzi dzień, kiedy dziecko odgradza się od nas niewidzialną szybą. Już nie pyta o radę, nie liczy się z naszym zdaniem, usiłuje za wszelką cenę żyć po swojemu, zamyka z trzaskiem drzwi swojego pokoju, odcinając nas od swoich spraw. Ono i my, rodzice, jesteśmy po dwóch stronach barykady.

Między miłością a zerwaniem

Dążenie dziecka do separacji jest bardzo trudnym doświadczeniem dla rodzica, nawet zorientowanego w psychologii, który zdaje sobie sprawę z tego, że to naturalny, niezbędny etap na drodze do dorosłości. – Rodzice widzą, że coś się bezpowrotnie kończy, i nie wiedzą, co będzie dalej. Czują bezradność i lęk – mówi Anna Zegarek, psycholog i psychoterapeutka z warszawskiego ośrodka dla dzieci i młodzieży Regeneracja. – To szczególnie trudne doświadczenie dla tych rodziców, dla których kontakt z dzieckiem był dotychczas ważniejszy i bardziej pielęgnowany niż relacja małżeńska. Kiedy dziecko się odwraca, zostaje pustka.

Nastolatek, chociaż w dążeniu do niezależności pozornie zrywa z rodzicami, tak naprawdę ma nadzieję, że rodzice przetrwają i pomieszczą w sobie te wszystkie emocje, z którymi on nie daje sobie rady.

W relacjach rodziców z dorastającymi dziećmi pojawiają się też inne trudne emocje: smutek, złość, zawiedzione nadzieje, poczucie winy, a nawet wstyd, że widać byli niewystarczająco dobrymi rodzicami, skoro dziecko odwróciło się od nich. – Niektórzy dorośli odczytują nowy rodzaj relacji, którą próbuje budować nastolatek, nie jako zmianę, ale całkowite zerwanie. To jest dla młodych ludzi bardzo bolesne, bo tak naprawdę mają oni nadzieję, że rodzice przetrwają, pomieszczą te wszystkie emocje, z którymi oni nie dają sobie rady – wyjaśnia terapeutka. – Nastolatek dąży za wszelką cenę do niezależności, działa impulsywnie, stosując wszelkie dostępne środki, wydaje się nie zważać na uczucia rodziców. To nieprawda. Chce być po drugiej dorosłej stronie, domaga się innego traktowania, ale ciągle chce być ważny dla rodziców i ciągle ich potrzebuje. Bo dorastanie to jednak jeszcze nie dorosłość.

Kiedy uchylają się drzwi

Dlatego granice trzeba luzować stopniowo, zmieniać zasady, negocjować je z dzieckiem i wspólnie szukać rozwiązań. Najgorsze, co wtedy może usłyszeć dorastające dziecko, to słowa: „OK, w takim razie przestaje mnie obchodzić to, co robisz”; „Radź sobie sam”.

– Niech młody człowiek ma szansę powiedzieć, że to, na czym mu zależy, jest dla niego naprawdę ważne. Nawet jeśli będzie to wyrażone trzaśnięciem drzwiami. Rodzic też ma prawo do powiedzenia o swoich obawach – mówi psycholog. Jeśli nie zgadza się na jakieś forsowane przez dziecko rozwiązanie, powinien wytłumaczyć mu swoją decyzję.

Dążenie dziecka do separacji jest bardzo trudnym doświadczeniem dla rodzica, bo widzi, że coś się bezpowrotnie kończy i nie wie, co będzie dalej. Czuje bezradność i lęk, kiedy dziecko się od niego odwraca, a jednocześnie poczucie winy, nawet wstyd, że widocznie był niewystarczająco dobrym rodzicem.

Co robić, jeśli młody człowiek nie chce rozmawiać, a gdy domaga się czegoś i tego nie dostaje, odwraca się na pięcie, wychodzi, trzaskając drzwiami i stawia na swoim? – Po prostu to przyjąć – radzi Anna Zegarek. Nie ma najmniejszego sensu biec za nim i uświadamiać mu, jak nieodpowiedzialnie się zachował, bo w tej chwili i tak to do niego nie dotrze. Lepiej poczekać, aż emocje opadną. Najlepiej wyczekać moment, aż dziecko samo da sygnał, że chce rozmawiać. Dobrze jest wtedy na spokojnie zaciekawić się, co tak nastolatka wkurzyło np. w naszym zachowaniu. Możliwe, że będzie skłonny do rozmowy np. o godzinie 23, kiedy „przypadkowo” wchodzi do kuchni, w której jeszcze jest rodzic. Nie należy zasłaniać się wtedy zmęczeniem i nieodpowiednią porą, może to jeden z tych bezcennych momentów, kiedy dziecko jest gotowe na rozmowę. Może chce powiedzieć coś bardzo ważnego. Może chce wyjaśnić, co skłoniło je do podjęcia takiej, a nie innej decyzji. Rodzic ma wówczas szansę pokazania swojej perspektywy. Jest to okazja do zastanowienia się, co by było, gdyby dziecko postąpiło inaczej. Takie snucie refleksji jest dla młodego człowieka bezcenne. A jeśli zdarzyło się, że wcześniej rodzica poniosły nerwy, powiedział lub zrobił coś, czego nie powinien, jest to moment na przyznanie się do błędu i przeproszenie dziecka.

Jeśli każda próba komunikacji kończy się awanturą, jesteśmy drażliwi, smutni, mamy poczucie winy, że nie potrafimy dogadać się z własnym dzieckiem, warto zastanowić się, dlaczego tak jest, poszukać wsparcia i pomocy. – To, jak znosimy dorastanie dziecka, ma też związek z naszymi osobistymi doświadczeniami z okresu dorastania – zauważa psychoterapeutka. Ci, którzy mogą odtworzyć w pamięci własne próby walki o niezależność, wystarczająco dobrą na to reakcję rodziców, patrzą w przyszłość z mniejszym niepokojem. Separowanie się własnego dziecka smuci, ale rodzice ci mają świadomość, że to w tym momencie buduje się jego samodzielna, szczęśliwa przyszłość, no i nasza dorosła, partnerska relacja – tłumaczy psycholog.

Po drugiej stronie szyby

Chaos, bezradność i bardzo dużo lęku – to emocje, które towarzyszą młodemu człowiekowi w okresie dojrzewania. – Powodów do niepokoju jest wiele, choćby zmieniające się ciało – mówi terapeutka. Młodzi ludzie czują ogromną presję, by wyglądało ono zgodnie z obowiązującymi wzorcami. Przeżywając własne ciało jako obce, źle się w nim czują, towarzyszy temu ogromny lęk przed krytyką i odrzuceniem ze strony rówieśników, najważniejszej teraz grupy odniesienia. Nastolatek, czując ich wsparcie, łatwiej może podjąć ten trudny separacyjny krok rozwojowy. Młody człowiek przeżywa, gdy rodzice krytykują, ośmieszają jego przyjaciół, mówią, że np. stać go na lepsze towarzystwo. Wbrew temu, co deklaruje, akceptacja przyjaciół przez rodziców jest dla niego ważna. Nie chodzi o to, by zapraszać ich do grupy znajomych na Facebooku, ale okazać im szacunek i zainteresowanie. Chaos w życiu emocjonalnym nastolatka pogłębia odkrycie, że świat jest inny, niż się wydawał, że niektóre pojęcia okazują się względne. Rozczarowują też rodzice, bo – wbrew temu, co dotąd myślał – nie są omnipotentni ani wszechmogący. Nie wszystko są w stanie załatwić, nie wszystko wiedzą, nie za wszystkim nadążają. – To odkrycie jest dla młodego człowieka bolesne, bo wie, że nie może już liczyć na rodziców w każdej sprawie, ale na siebie też jeszcze nie – wyjaśnia terapeutka.

(Nie)odczepcie się ode mnie!

Wbrew temu, co sądzą dorośli, ich dorastające dzieci wcale nie czują się komfortowo w sytuacji, gdy ich wzajemna relacja przestaje się układać. Choć młodzi ludzie wydają się prowokować konflikty, uciekają od trudnych rozmów, trzaskają drzwiami, krzyczą: „Odczepcie się ode mnie!”, to w rzeczywistości wcale nie o to im chodzi. Z jednej strony bardzo chcą być dorośli i decydować o sobie, z drugiej – boją się związanej z tym odpowiedzialności.

Są przestraszeni, że wkrótce będą musieli sami za siebie odpowiadać. – Nastolatki czują duży niepokój co do swojej przyszłości – mówi terapeuta. Rodzice naciskają, by młody człowiek określił się, kim chce być w życiu. Bywa też, że podejmują decyzję za niego i szczegółowo planują mu przyszłość. Gdy napięcie związane z oczekiwaniami rodziców: średnią, punktami i egzaminami, jest zbyt duże, młody człowiek, przeżywając to jako atak na budującą się niezależność, może przestać się uczyć, chodzić do szkoły, zachorować na depresję – mówi psycholog. Drażliwość, wybuchowość, agresja słowna, które rodzice nastolatków interpretują jako skandaliczne pogorszenie zachowania, bywają objawem depresji. Jeśli towarzyszy im apatia, obniżenie nastroju, rezygnacja z hobby i ograniczenie kontaktów z rówieśnikami do przestrzeni wirtualnej, w głowie rodzica powinna zapalić się lampka ostrzegawcza. Być może nastolatek ma depresję i potrzebuje wsparcia nie tylko ze strony rodziców, ale także konsultacji lekarskiej, a prawdopodobnie także terapii.

Bezpieczne granice

Aby chronić psychikę nastoletniego dziecka, trzeba je mądrze wspierać i nie podkręcać dodatkowo napięcia, które i tak w tym wieku sięga zenitu. Kluczową dla relacji z dorastającym dzieckiem kwestią jest przekonanie, że rodzice będą je wspierać w każdej sytuacji, nawet jeśli przyjdzie mu ponieść konsekwencje wyborów, których dokonał wbrew ich radom. Najlepsza nauka podejmowania decyzji to podejmowanie ich w bezpiecznym środowisku, przy mądrym wsparciu rodziców.

Rozmawiając z nastolatkami, można odnieść wrażenie, że chcieliby, najlepiej natychmiast, wyprowadzić się z rodzinnego domu, by wreszcie uwolnić się spod rodzicielskiego nadzoru i żyć po swojemu. To pozory. Młodzi ludzie buntują się przeciwko wytyczanym przez rodziców granicom, ale bardzo ich potrzebują. Gdy rodzic ulega presji, rezygnuje z granic i zaczyna traktować dziecko jak dorosłego, zaczyna ono myśleć, że matce czy ojcu już na nim nie zależy, jest dla nich mało ważne. – Granice dają poczucie bezpieczeństwa, są po to, aby nastolatek w pędzie ku niezależności mógł się od nich bezpiecznie odbić – tłumaczy Anna Zegarek. Sygnalizują, że więź nie została zerwana, bo rodzice ciągle się o niego troszczą, kochają go.

Bezpieczne doholowanie nastolatka do dojrzałości to jedno z najtrudniejszych wyzwań dla rodzica. Warto mieć świadomość, że to, jak sobie z tym poradzimy, będzie rzutować na jakość naszej relacji z dorosłym dzieckiem. Trudnych emocji nie da się uniknąć, nie o to zresztą chodzi. – Ważne jest, by w relacji z dorastającym dzieckiem rodzic nie zachowywał się jak nastolatek, ale reagował dojrzale na niedojrzałe zachowania ze strony syna czy córki. Oni mają prawo do niedojrzałości, my nie – podkreśla psycholog.

Tekst ukazał się w magazynie „Newsweek Psychologia”.

https://www.newsweek.pl/…/jak-rozmawiac-z-nastolet…/ekj0r1j…

Czytaj więcej ...
Czytaj mniej ...
16
Lut
2019

10 POWODÓW NIEMÓWIENIA PRAWDY NA TERAPII

DLACZEGO OKŁAMUJEMY TERAPEUTĘ?
10 POWODÓW NIEMÓWIENIA PRAWDY NA TERAPII

Mijanie się z prawdą w czasie terapii może być intencjonalne lub nieumyślne. W obu przypadkach utrudnia, a czasem wręcz uniemożliwia proces leczenia. John Grohol zanalizował przyczyny kłamania na psychoterapii. Jakie są powody oraz skutki niemówienia prawdy terapeucie?

OKŁAMYWANY TERAPEUTA – KONSEKWENCJE

Do czego prowadzi nie mówienie prawdy na terapii?

Niestety wszystkie konsekwencje oszukiwania terapeuty ponosi… pacjent.

Jeśli nie mówisz terapeucie całej prawdy, szczególnie o czymś ważnym w twoim życiu lub bezpośrednio związanym z twoimi problemami, marnujesz czas swój i twojego terapeuty. Jeśli powiesz swojemu terapeucie o swojej depresji, ale pominiesz fakt, że twoja mama zmarła w zeszłym miesiącu, jest to ważna, cenna informacja dla terapeuty. Jeśli powiesz swojemu terapeucie, że masz niską samoocenę, ale pominiesz fakt, że oczyszczasz się po zjedzeniu niemal każdego posiłku, po prostu utrudniasz swoje leczenie i zdrowienie.

Kilka faktów dotyczących niemówienia prawdy przez pacjenta:

1. Wyłapanie tego, że pacjent kłamie nie jest trudne – w grę wchodzi doświadczenie, obserwacja pacjenta, jego mowy ciała, konsekwencja wypowiedzi, wypowiedzi rodziny.

2. Przyłapanie pacjenta na kłamstwie nie oznacza, że psycholog, psychoterapeuta czy psychiatra od razu konfrontuje ten fakt ze swoim podopiecznym.

3. To, że pacjent kłamie i czego te kłamstwa dotyczą jest informacją równie ważną, jak sytuacje, w których pacjent jest szczery.

4. Psycholog czy psychoterapeuta okłamywany przez pacjenta nie czuje się urażony, zraniony, oburzony, poniżony, itd., ze względu na specyfikę relacji pacjent – psycholog/terapeuta.

5. Wszystkie konsekwencje tego, że pacjent kłamie, ponosi pacjent.

PRZYCZYNY NIEMÓWIENIA PRAWDY NA PSYCHOTERAPII

John Grohol sporządził listę dziesięciu najczęstszych powodów, dla których ludzie nie zawsze są całkowicie szczerzy ze swoim terapeutą. Stworzył ją na podstawie obserwacji i rozmów z uczestnikami terapii.

1. BOLESNE LUB KRĘPUJĄCE INFORMACJE

To jeden z najczęściej wymienianych powodów. Otóż mówienie o problemie niezwykle bolesnym, wstydliwym, gorszącym lub haniebnym jest po prostu trudne, niezależnie od osoby słuchacza. Ukrywamy nasz wstyd i ból przed innymi przez lata. Potrzeba czasu i wysiłku, aby powierzyć drugiej osobie swoje tajemnice.

2. NIEWIEDZA, ŻE DANA INFORMACJA JEST WAŻNA

Pomijanie pewnych faktów nie jest kłamstwem, jeśli pacjent nie zdaje sobie sprawy z tego, że są one istotne lub cenne w procesie ich terapii. Może to wynikać z braku wglądu.
Druga kwestia to mechanizmy obronne: wyparcie i zaprzeczenie. Zarówno zaprzeczanie, jak i wyparcie zniekształcają rzeczywistość „ukrywając wydarzenia przed świadomością”. W przypadku zaprzeczania nieprzyjemne fakty są ignorowane, realistyczna interpretacja tego, co się dzieje zostaje zastąpiona łagodniejszą, choć nieprawdziwą. Zaprzeczanie może dotyczyć zarówno uczuć, jak i faktów. W przypadku wyparcia, bolesne uczucia są początkowo uświadomione, a następnie zapomniane. Są jednak nadal przechowywane w nieświadomości, skąd, w pewnych warunkach, można je „odzyskać”. Wyparcie może przyjmować postać od chwilowych luk w pamięci, po całkowitą amnezję (niepamięć) w przypadku bardzo bolesnych doświadczeń. Rozpracowywanie tych mechanizmów obronnych jest celem samym w sobie na psychoterapii.

cały artykuł dostępny tutaj:

http://psychologger.pl/…/przyczyny-oklamywania-terapeuty.ht…

 

Czytaj więcej ...
Czytaj mniej ...
17
Gru
2018

PSYCHOTERAPIA DLA OSÓB, KTÓRE JEDZĄ KIEDY NIE SĄ GŁODNE

jak pokonać objadanie się

„Jedzenie emocjonalne”, „kompulsywne objadanie się”, „ciągłe bycie na diecie”, „otyłość”, to tylko kilka określeń problemu, w którym jedzenie może prowadzić do zależności i, w dalszej części, do uzależnienia. Jak wyjść z tego błędnego koła:
ochota na jedzenie – JEDZENIE – poczucie winy i wstydu – ochota na jedzenie…?

Katarzyna Wałęsa i Halina Szymanowska zapraszają na psychoterapię dla osób borykających się z napadami głodu emocjonalnego, otyłością, problemem ze schudnięciem, pomimo stosowania różnych diet.

Systematyczna, ukierunkowana terapia grupowa prowadzi do trwałej zmiany nawyków, staje się nowym, zdrowym stylem życia, a nie tylko chwilowym sukcesem.
Tak podsumowała na koniec swoją terapię jedna z uczestniczek: ”Zrzuciłam wagę (29 kg), jem regularnie, poprawiłam kondycję i wygląd, zmniejszyłam dawki na stałe przyjmowanych leków (m. in. na nadciśnienie), poprawiłam stan swojego zdrowia.”

Jeśli prześladuje Cię ten problem, albo masz poczucie, że zaczynasz tracić kontrolę nad ilością spożywanego jedzenia, a masa twojego ciała rośnie, weź udział w psychoterapii grupowej. Zapraszamy cię na comiesięczne spotkania.
Startujemy 19 stycznia 2019 roku. To nie będzie kolejne postanowienie noworoczne. Terapia, to 12 siedmiogodzinnych spotkań (terapii, warsztatów, psychoedukacji).

Szczegóły dotyczące terapii i informacje o koszcie przy zapisach:
Tel. 600 370 160 i 692497 299

http://www.psychosfera.com.pl/
http://gabinetinspiracja.pl/

 

Czytaj więcej ...
Czytaj mniej ...
06
Lis
2018

GASLIGHTING – PRZEMOC, KTÓREJ NIE WIDAĆ…

Co ty sobie ubzdurałeś!
Jesteś przewrażliwiona! 
Nie wiem w ogóle o czym mówisz.
To działo się tylko w twojej głowie… 
Chyba jesteś szalony, wcale tak nie było!
Pani jest niestabilna emocjonalnie, nie można brać pani słów na poważnie.

https://www.lessfear.pl/2016/06/gaslighting.html

 

Czytaj więcej ...
Czytaj mniej ...
21
Paź
2018

GHOSTING…

Wielu pozwala innym żyć w swoich sercach z jednym warunkiem: żeby niczego nie popsuli. Podejmujemy działania i ostrzegamy, ale to nadal się dzieje i nas zaskakuje. Dzieje się, gdy na przykład kiedy zdarza się zerwanie bez wyjaśnienia, kiedy z dnia na dzień w magiczny sposób znikają jako istoty z innego świata bez „Musimy porozmawiać”, „Później zadzwonię” lub „Przepraszam, to jest koniec”.

https://pieknoumyslu.com/zerwanie-bez-wyjasnienia-ghosting/

 

Niestety umiejętność eleganckiego kończenia znajomości to domena wyłącznie ludzi dojrzałych. Jeśli ktoś dojrzały nie jest, a przy tym ma tendencję do unikania konfrontacji twarzą w twarz – wówczas wybierze metodę na ducha – czyli uda, że go nie ma, że nie było całej znajomości, że nie istniejemy….
Rozmowa to podstawa zachowania we wszelkich relacjach ludzi dorosłych i odpowiedzialnych. Takich, którzy na równo szanują siebie, jak i innych. Powiem wprost – ghosting to niestety akt egoizmu, bo mamy tu sytuację, gdy ktoś dla świętego spokoju decyduje się nie uszanować uczuć drugiej strony i się ulotnić ze znajomości… jak duch.

 https://kobieta.onet.pl/…/ghosting-czyli-metoda-na-…/vq7e1gq

 

Ghosting ma różne odcienie, nie można go jednoznacznie oceniać, ale w zależności od konkretnego przypadku.
http://www.entertheroom.pl/…/5319-ghosting-czyli-o-byciu-du…
http://time.com/4779713/friendship-ghosting/

 

W naszym życiu zawodowym oraz prywatnym przychodzi czasem taki moment, w którym uświadamiamy sobie boleśnie, że nie ma innego wyjścia niż to, żeby podnieść się, ustanowić dystans i zdecydować się na zerowy kontakt. Czasami jest to jedyny sposób na to, by odzyskać kontrolę nad swoim życiem, aby oczyścić emocje, odzyskać godność osobistą oraz aby w końcu zaczęto traktować nas w sposób, na który zasługujemy.

https://pieknoumyslu.com/zerowy-kontakt-czas-zakonczyc/

 

Czytaj więcej ...
Czytaj mniej ...
10
Lip
2018

ROZWÓD…

 

Zdarza się, że rodzice rozstają się bez wrogości. Rodzic, który się wyprowadził, nadal może przychodzić do domu rodzinnego, bawić się tam z dzieckiem, usypiać je czy pomagać mu w odrabianiu lekcji – rozmowa z Barbarą Arską-Karyłowską i Magdaleną Śniegulską

CZY DLA WSZYSTKICH DZIECI ROZWÓD TO TRAUMATYCZNE PRZEŻYCIE? JEDNE DUŻE AMERYKAŃSKIE BADANIA POKAZUJĄ, ŻE 70 PROC. Z NICH NIE DOTYKA ROZWODOWA TRAUMA, INNE Z KOLEI SUGERUJĄ, ŻE ROZWÓD ZAWSZE ODCISKA PIĘTNO, NIEZALEŻNIE OD TEGO, JAK SPOKOJNIE PRZEBIEGA. JAKA JEST PRAWDA?

MAGDALENA ŚNIEGULSKA: Zawsze i na każdym? Byłabym ostrożna z generalizacją. W psychologii odchodzi się już od determinizmu. W życiu zdarzają się bardzo trudne sytuacje, ale nie możemy zakładać, że wpłyną na nasze życie wyłącznie negatywnie. Na pewno rozwód nie jest wpisany w cykl rozwojowy dziecka. Wiąże się z ogromną zmianą, do której trzeba się zaadaptować.

BARBARA ARSKA-KARYŁOWSKA: I większości dzieci zajmuje to dwa-trzy lata. Chociaż są i takie – powiedzmy, słabsze emocjonalnie – które potrzebują na to więcej czasu oraz dodatkowego wsparcia.

M.Ś.: Są też takie, dla których rozwód jest ulgą.

Ulgą?

M.Ś.: Bo na przykład żyły w rodzinie, w której od dawna był konflikt. Jak wiadomo z jeszcze innych badań, dzieci żyjące w pełnych rodzinach, w których są permanentne awantury albo ukryty konflikt, mają się najgorzej. Niektóre dzieci dzięki rozwodowi odzyskują rodzica, który do tej pory je zaniedbywał, pochłonięty np. pracą.

ALE JAK SIĘ POCZYTA LITERATURĘ ROZWODOWĄ, TO TE SCENARIUSZE NA PRZYSZŁOŚĆ DZIECI ROZWIEDZIONYCH RODZICÓW SĄ RACZEJ PONURE: KŁOPOTY Z BUDOWANIEM TRWAŁYCH ZWIĄZKÓW, NISKA SAMOOCENA, BRAK ZAUFANIA

B.A.K.: Statystyki rzeczywiście mówią, że np. połowa dzieci rozwiedzionych rodziców czuje się samotna, podczas gdy wśród dzieci z pełnych rodzin samotne czuje się jedno na od siedmioro do dziesięcioro. Że więcej z nich wcześniej rozpoczyna życie seksualne, sięga po alkohol czy narkotyki. Ale to są statystyki

M.Ś.: Trzeba też pamiętać, że my jesteśmy zanurzeni w pewnym przekazie kulturowym, który ma na nas wpływ. Inna była sytuacja dziecka rodziców, którzy rozchodzili się w latach 70., kiedy to było wstydliwą tajemnicą, inna jest teraz. Rozwody stały się bardziej powszechne, przynajmniej w środowiskach wielkomiejskich, więc jest większa gotowość, żeby o tym rozmawiać otwarcie.

I TO DZIECKU JAKOŚ POMAGA?

B.A.K.: Oczywiście. Dla dziecka bardzo trudna psychologicznie jest sytuacja, kiedy czuje, że nie może nikogo, komu ufa, o coś ważnego zapytać. Czy to będzie seks, śmierć, czy właśnie rozwód. Robienie wokół tego tajemnicy, nawet jeśli nie mówi się dziecku wprost: „Tylko nie mów nikomu!”, nasila jego poczucie osamotnienia.

JAK POWIEDZIEĆ DZIECKU O ROZWODZIE? A MOŻE NIE MÓWIĆ? OSTATNIO USŁYSZAŁAM OD PEWNEJ PIĘCIOLATKI, ŻE „ONA NIE WIE, DLACZEGO TERAZ MIESZKA SAMA Z MAMĄ”.

M.Ś: Zastanawiam się, jaki może być powód nieinformowania dziecka. Może rodzice jeszcze nie podjęli decyzji? A może jedno z nich nie wyraża zgody na rozstanie i broni się przed powiedzeniem, co się stało, bo liczy, że to przejściowy kryzys? A może wychodzą z założenia, że jest za mała i nie zrozumie?

A ZROZUMIE?

B.A.K.: Pięciolatek może nie zrozumieć słowa „rozwód”, ale dziecku w każdym wieku można „coś” powiedzieć. Bo ono i tak czuje, że coś się dzieje, tylko nie umie tego nazwać. Pamiętam trzyletnią pacjentkę, która dostawała napadów furii i w ogóle była trudna. Po jakimś czasie jej rodzice powiedzieli, że się rozstają, i przyznali: „Wie pani, ona wiedziała o tym wcześniej od nas. Wyczuwała to napięcie między nami”. Kiedy podjęli decyzję, uspokoiła się.

JAK MOŻNA TO ZAKOMUNIKOWAĆ KILKULATKOWI?

B.A.K.: Można powiedzieć, że mama i tata bardzo się ze sobą nie zgadzają i będą teraz mieszkać osobno. „Czasem tata będzie cię odbierał z przedszkola, czasem mama. Czasem tata będzie cię kładł do łóżeczka, a czasem mama. Oboje cię kochamy i zawsze będziemy się tobą opiekować, ale nie będziemy już razem”.

M.Ś.: Rodzice są w tej uprzywilejowanej sytuacji, że coś wiedzą. Znają datę rozprawy, wiedzą, kto się wyprowadza, kto zostaje. Nawet jeśli to wiedza na najbliższy tydzień czy dwa, to już coś. Dziecko nie wie nic i traci poczucie bezpieczeństwa. Ważne, żeby powiedzieć mu jak najwięcej i poinformować o tym, co się nie zmieni, np. przedszkole, zajęcia z piłki nożnej, wizyty u dziadków, a przede wszystkim, że nie zmieni się relacja mama – dziecko i tata – dziecko, bo oni nie rozwodzą się z dzieckiem, tylko ze sobą.

CZY DZIECKO MA BYĆ ŚWIADKIEM TEGO, JAK JEDEN RODZIC PAKUJE SWOJE RZECZY, CZY LEPIEJ MU TEGO OSZCZĘDZIĆ?

M.Ś.: Znam pewną pięciolatkę, która z własnej inicjatywy pakowała ojcu garnki. Ale w tej rodzinie nie było konfliktu, było jasne, co jest czyje, i dziewczynka miała swobodny dostęp do obojga.

B.A.K.: Na pewno trzeba dziecko uprzedzić. Powiedzieć na przykład: „Teraz pójdziemy na lody, a w tym czasie mama czy tata się spakuje”. Nie może być tak, że dziecko wraca ze szkoły niczego nieświadome i zastaje pustą szafę. To traumatyczne przeżycie. Sama pamiętam to z własnego doświadczenia. Mój ojciec czekał, aż skończę pierwszy rok studiów, żeby się wyprowadzić. Ja o niczym nie miałam pojęcia. Wróciłam do domu po ostatnim egzaminie na pierwszym roku i zastałam pokój ojca ogołocony z mebli i książek. Rodzice mnie często pytają, czy dziecko musi wiedzieć, dokąd ten rodzic idzie. Tak, ma przynajmniej zobaczyć, gdzie mieszka. Nie musi tam nocować, jeśli to są warunki przejściowe, ale musi zobaczyć przynajmniej dom. Okno. Inaczej będzie się o rodzica martwić.

M.Ś.: Małe dzieci, w wieku przedszkolnym i wczesnoszkolnym, kiedy rodzic się wyprowadza, często myślą, że mogą coś zrobić, by temu zapobiec. „Może jak będę grzeczniejsza albo się rozchoruję, to zostanie?”. Magiczne myślenie jest charakterystyczne dla okresu rozwojowego.

B.A.K.: Mnie ostatnio kilkuletnia pacjentka zapytała: „Ale jak zrobię porządek w szufladzie, to tata wróci, prawda?”. No, nie.

CZY MOŻNA ZARADZIĆ TAKIM INTERPRETACJOM?

M.Ś.: Tak. Bardzo ważne, aby w pierwszej rozmowie pojawiła się informacja, że w tym, co się dzieje, nie ma żadnej winy dziecka.

B.A.K.: „Nic takiego nie zrobiłeś, co spowodowało nasze rozstanie, ale też nic nie możesz zrobić, żebyśmy z powrotem byli razem”.

NADZIEJA NIE UMIERA. ZNAM DZIEWCZYNKĘ, KTÓRA TRZY LATA PO ROZWODZIE SIĘ DOPYTUJE, KIEDY RODZICE DO SIEBIE WRÓCĄ.

B.A.K.: Wtedy trzeba przypominać, że dziecko w ogóle nie jest partnerem w tym, co się dzieje, że to jest sprawa między dorosłymi oraz że rodzice się rozstali i już do siebie nie wrócą.

POWIEDZIAŁY PANIE, ŻE TO PRZYPISYWANIE WINY SOBIE JEST CHARAKTERYSTYCZNE DLA KILKULATKÓW. NASTOLATKI JUŻ TAK NIE MYŚLĄ?

M.Ś.: Nie, chociaż – paradoksalnie – bardzo źle znoszą rozwód. Wielu rodziców wychodzi z założenia, że jak dzieci będą starsze, to więcej zrozumieją, więc odraczają decyzję o rozstaniu. A to jest okres, kiedy dzieci bardzo potrzebują stabilnej bazy. Żeby mogły się w bezpieczny sposób buntować i szukać odpowiedzi na pytanie „kim jestem?”.

MÓWIĆ W SZKOLE, W PRZEDSZKOLU?

B.A.K.: Byłabym za tym, żeby mówić. Nie ma gwarancji, że wszyscy nauczyciele staną na wysokości zadania i zadbają o dziecko, ale dobrze, gdyby wiedzieli, że ono może się inaczej zachowywać – być smutne, mieć humory albo być agresywne. Dobrze, żeby byli pod tym względem uważni.

M.Ś.: Jeśli dziecko będzie mieć poczucie, że może o tym swobodnie rozmawiać, będzie mu łatwiej.

B.A.K.: Ale trzeba być delikatnym, bo są dzieci, które uważają, że to ich prywatna sprawa. I z „obcym”, czyli z nauczycielem albo nawet psychologiem, nie będą o tym rozmawiać. Za to świetnie w tej roli może się sprawdzić inna bliska osoba, niezaangażowana w konflikt – ciocia, wujek, przyjaciel rodziny.

M.Ś.: Ktoś, kto jest ważny dla dziecka i weźmie na siebie trudne emocje.

JAK DZIECI MOGĄ ZAREAGOWAĆ NA TĘ PIERWSZĄ INFORMACJĘ O ROZWODZIE?

B.A.K.: Bardzo różnie. Niektóre mówią: „Aha”, i koniec. Inne zadają mnóstwo pytań w obawie o przyszłość. Niektóre w ogóle się nie odzywają albo zasłaniają uszy. Jeszcze inne biegną do swojego pokoju i krzyczą: „Nie będę o tym rozmawiać!”. Niektóre zachowują się, jakby nic się nie stało.

RZECZYWIŚCIE TAK CZUJĄ?

B.A.K.: Nie wiem. Trzeba by się temu przyjrzeć. Może udają też przed sobą. Na pewno udają przed światem. Może być tak, że teraz się nic nie dzieje, ale reakcja będzie odroczona w czasie, więc warto przyglądać się dziecku. Jeśli jest bardzo smutne lub agresywne, jeśli nie cieszą go aktywności, które do tej pory je cieszyły, albo jeśli coś nagle się zmienia w jego zachowaniu, warto się skonsultować.

M.Ś.: Także wtedy, gdy dziecko narzeka na bóle brzucha, głowy, wymiotuje. Dzieci często reagują na rozstanie psychosomatycznie.
CO ZROBIĆ, JEŚLI JEDNO Z RODZICÓW NIE ZGADZA SIĘ NA ROZWÓD? ALBO ZGADZA SIĘ POINFORMOWAĆ DZIECKO, ALE NAJCHĘTNIEJ TAK: „TEN CH , TWÓJ OJCIEC, PORZUCA NAS DLA INNEJ PANI”.

M.Ś.: To jest najgorsze, co można zrobić. Bo jeśli obojgu zależy na „dobru dziecka”, to powinni zrozumieć, że kluczem do tego jest szacunek dla jego ojca i matki.

B.A.K.: Nie trzeba go czy jej kochać, nie trzeba nawet lubić, ale trzeba szanować. Bo dziecko wszelką krytykę skierowaną pod adresem drugiego rodzica bierze do siebie. Przecież ono od niego pochodzi, więc jeśli słyszy, że ojciec jest „ch ” albo matka jest „k ” – to co ma o sobie myśleć? Wiem, że kiedy emocje są w zenicie, to jest bardzo trudne, żeby się powstrzymać, ale za każdym razem przekonujemy, że warto powiedzieć o tym dziecku razem, bez wnikania w szczegóły.

Trochę starszemu dziecku można wytłumaczyć, że są różne rodzaje miłości: małżeńska, partnerska, w której rodzice się do siebie przytulają, całują się – i ta miłość się już skończyła – ale jest też miłość rodzicielska i tu się nic nie zmienia. Jedna z moich pacjentek zrobiła piękny plakat dla dzieci, żeby im to zobrazować. Na początku wkleiła zdjęcie swoje i męża jako narzeczonych trzymających się za ręce, przytulonych, potem były zdjęcia rodziny, a na końcu każdego rodzica z dzieckiem. I to dzieci jakoś uspokoiło, że rozwód nie oznacza, iż tracą któregoś z rodziców.

M.Ś.: Jeśli rodzice się ze sobą dogadują, to rzeczywiście jest wymarzona sytuacja. I większość rodziców, którzy się do nas zgłaszają, na początku to deklaruje: „dobro dziecka” jest dla nich najważniejsze. Ale potem niewiele trzeba, żeby na deklaracjach się skończyło.

CO MA PANI NA MYŚLI?

M.Ś.: Przyszła do mnie kiedyś niezwykle zgodna para. Nie było żadnego kłopotu, żeby ustalić, jak dalej będzie wyglądać ich życie, oboje szli sobie na rękę, aż ich zapytałam, dlaczego się rozwodzą. Okazało się, że pobrali się bardzo młodo, potem stali się świetnie działającym przedsiębiorstwem rodzinnym, ale poza tym niewiele ich łączyło. I chcieli, by ich dziecko doświadczyło bycia w rodzinie, w której jest uczucie.

Po jakimś czasie przyszła do mnie ta mama i opowiedziała o pewnym zdarzeniu, które dość dobrze obrazuje, co się może wydarzyć po drodze. Córka pojechała na weekend do teściów. Ona zadzwoniła, żeby porozmawiać z dzieckiem, które było nieprzyjemne, opryskliwe i rzuciło słuchawką. W niej się zagotowało: „Aha, czyli niby wszystko jest OK, a tak naprawdę to on ze swoimi rodzicami robi mojemu dziecku wodę z mózgu. Nastawiają ją przeciwko mnie. O, niedoczekanie twoje! Już ja cię załatwię! Nie będzie żadnego porozumienia!”. Już była umówiona z prawnikiem, już szła na wojnę. Wieczorem zadzwoniła teściowa: „Słuchaj, już jest lepiej. Zadzwoniłaś dokładnie w momencie sporu córki z dziadkiem. Teraz już ochłonęła i bardzo chce z tobą rozmawiać”.

I JAKI Z TEGO MORAŁ?

Gdyby teściowa o nią nie zadbała, to ona by nie wyhamowała, tylko zaczęłaby wcielać w życie plan odwetu. Wystarczyła jedna niejasność, żeby z dobrych intencji nic nie zostało.

ZACHOWANIE TEJ TEŚCIOWEJ TO JEDNAK RZADKOŚĆ. KIEDY LUDZIE SIĘ ROZSTAJĄ, TO ZWYKLE MAJĄ ZA SOBĄ CHÓR OSÓB, KTÓRE STAJĄ PO ICH STRONIE.

M.Ś.: No i często to jest problem. Trudno znaleźć bliską osobę, która spojrzy na sprawę trzeźwo i powie: „Ogarnij się, spróbuj spojrzeć na niego czy na nią inaczej. Zrób to dla dziecka”. Ludzie zapominają, że przecież kiedyś z jakichś powodów tego człowieka wybrali. I że poza tym, iż ma różne złe cechy, ma też te dobre i ich wspólne dziecko część z nich posiada. Dobrze jest to sobie przypomnieć. Ale często, niestety, „życzliwi” wtórują: „Tak, to cham”, „Ona jest potworem, jesteś dzielny, że tak długo z nią wytrzymałeś”. Jątrzenie nikomu nie służy.

B.A.K.: Zdarza się, że rodzice rozstają się bez wrogości. Rodzic, który się wyprowadził, nadal może przychodzić do domu rodzinnego, bawić się tam z dzieckiem, usypiać je czy pomagać mu w odrabianiu lekcji. Świetnie to funkcjonuje. Rodzic, który mieszka z dzieckiem, wtedy wychodzi, załatwia swoje sprawy. No, ale przychodzą różne koleżanki i mówią np.: „Pozwalasz mu tak? A jak on grzebie w twoich rzeczach? Przecież cię zdradził. Dziecku to miesza w głowie! Jeszcze urodziny razem świętujecie? Zgroza!”. No i wtedy zaczyna się to ukrócać: „To może lepiej już nie przychodź. Jeszcze te urodziny razem, ale następne to już osobno”.

A DZIECKU NIE MIESZA TO W GŁOWIE?

B.A.K.: Jeśli się wyraźnie pokazuje dziecku, że się szanujemy, ale nie ma między nami bliskości, nie całujemy się, nie przytulamy, tylko jesteśmy razem jako jego rodzice, to nie miesza.

W TYM JĄTRZENIU BIORĄ TEŻ UDZIAŁ ADWOKACI.

B.A.K.: Taki mają zawód, ale rzeczywiście czasem dolewają oliwy do ognia: „Dołożymy jej!”, „Załatwimy go!”. Zapominają, że dziecko to nie masa spadkowa.

TERAPEUCI TEŻ NIE SĄ ŚWIĘCI.

M.Ś.: Tak, i trzeba się uderzyć w piersi. Wielu psychologów mówi na przykład: „Dziecko musi mieć matkę i jeden dom. Musi pani zrobić wszystko, żeby nie miało chaosu. Jeśli zdecyduje się pani na opiekę naprzemienną, to naraża pani jego zdrowie psychiczne”. Zresztą sądy też często traktują opiekę naprzemienną jak aberrację, a już żeby ojciec się samodzielnie dzieckiem zajmował? Nie wchodzi w grę. Tymczasem najnowsze badania pokazują, że dzieci wychowane przez samotnych ojców są bardziej stabilne emocjonalnie i lepiej radzą sobie w życiu. Próba interpretacji jest taka, że ojcowie są bardziej zadaniowi, nie koncentrują się tak bardzo na przeżyciach i uczą dziecko, jak radzić sobie z trudami dnia codziennego.
PANIE UWAŻAJĄ, ŻE OPIEKA NAPRZEMIENNA TO DOBRE ROZWIĄZANIE?

B.A.K.: Jeśli rodzice się dogadują, jeśli oboje pragną mieć taki kontakt z dzieckiem, to tak. Nie jest to rozwiązanie dla każdego dziecka, ale praktycznie dla dziecka w każdym wieku. Dla dziecka nadpobudliwego, z kłopotami z koncentracją uwagi, nadwrażliwego – to może być za trudne.

CAŁY CZAS PODKREŚLACIE, ŻE NALEŻY MIEĆ SZACUNEK DLA TEGO DRUGIEGO RODZICA, ALE JAK TO ZROBIĆ, JEŚLI KTOŚ CZUJE SIĘ POTURBOWANY, SKRZYWDZONY, PEŁEN ŻALU?

B.A.K.: To jest bardzo trudne. Porzucony rodzic chciałby się zaszyć w mysiej norze, popłakać sobie, a tu mu mówią: „Musisz być stabilny, musisz działać, żyć”. Wtedy trzeba szukać dobrego wsparcia. Na przykład u terapeuty.

M.Ś.: Dobrze by było, gdyby rozwodzący się rodzice mieli na uwadze dobrostan „byłego” czy „byłej”, bo to się bezpośrednio przekłada na samopoczucie dziecka. Jeśli ten drugi rodzic gorzej znosi rozwód albo jest w dużo gorszej sytuacji finansowej, to dlaczego, jeśli mogę, mam mu nie pomóc? Może mogę przejąć część zobowiązań, jeśli mnie stać, a nie rozliczać się co do grosza: „Tu masz alimenty i sobie radź”? Może, jeśli drugi rodzic musi wyjechać służbowo, a nie jest to „mój” czas z dzieckiem, to mogę pójść mu na rękę?

„ALE JEŚLI TY NIGDY MI NIE POMAGAŁEŚ/POMAGAŁAŚ, JEŚLI MNIE SKRZYWDZIŁEŚ, TO DLACZEGO MAM CI POMAGAĆ CZY BYĆ DLA CIEBIE MIŁY?”

B.A.K.: Bo w ten sposób pomagam własnemu dziecku!

CZASEM POJAWIA SIĘ WĄTPLIWOŚĆ, CZY ON/ONA DOBRZE SIĘ TYM DZIECKIEM ZAJMUJE, SKORO DO TEJ PORY TEGO NIE ROBIŁ/A.

M.Ś.: Dopóki nie dostanie szansy, to się nie przekonamy. On może to robić inaczej, co nie znaczy, że źle.

B.A.K.: Miałam kiedyś 12-letnią pacjentkę, która mówiła: „Mój tata jest jak mały chłopiec. Zupełnie nieodpowiedzialny. Jeśli tego nie dopilnuję, to obiad będzie o 17. Teraz wyjeżdżam na zieloną szkołę i nie ma mowy, żeby moja młodsza siostra u niego została”. Obie z mamą, jako jedyne dorosłe w tej rodzinie, tak zdecydowały.

CO NA TO TEN OJCIEC?

B.A.K.: Jemu strasznie zależało na kontaktach z dziećmi. Bardzo się starał. Ale był zupełnie inny niż matka, która była świetnie zorganizowana. On zabierał dzieci na narty, urządzał wspaniałe pikniki, ale nie stawiał na stole trzydaniowego obiadu na czas, co nie znaczy, że dzieci chodziły głodne.

JEŻELI TE DWA DOMY SĄ TAKIE RÓŻNE, TO ŹLE?

M.Ś.: Moim zdaniem super, bo wtedy można doświadczyć bycia w różnych kontekstach.

B.A.K.: Tylko że jeśli te różnice są bardzo duże, to dla dziecka może to być trudne do udźwignięcia. Moim zdaniem lepiej by było, gdyby wymagania i zasady w obu domach były porównywalne. Inaczej za każdym razem będzie się musiało na nowo przestawiać, a to je dużo kosztuje.

M.Ś.: Wiele zależy od tego, jak dorośli tłumaczą te różnice dziecku. Jeśli mówią: „No tak, wiedziałam, znowu kostium niewysuszony i wszystko zgniło!”, „Nieprzeczytana lektura i praca domowa niezrobiona? Klasyka!” – to niedobrze. Bo cóż z tego, że z tatą było super, kiedy wracam i słyszę, że wszystko źle?

ALE JAKI MOŻE BYĆ POZYTYWNY KOMENTARZ DO TEGO, ŻE ZGNIŁ KOSTIUM I PRACA DOMOWA NIEODROBIONA?

M.Ś.: A czy w ogóle musi być do tego komentarz? Może warto się skupić na tym, co było fajne? Na pewno trzeba podkreślić: „My się z tatą różnimy. Dla mnie jest bardzo ważne, żebyście myły zęby przed snem i jadły regularnie, i tutaj się tego trzymajmy. A może jest coś takiego u taty, co można by wprowadzić do naszego wspólnego życia?”.

B.A.K.: To jest też dobry moment, żeby starsze dzieci uczyć pewnej niezależności od dorosłego, co w ogóle jest ważną lekcją. „Jeśli tata ma kłopot z zapamiętaniem, żeby po basenie wyjąć kostium z torby, to sama o tym pamiętaj”. Kłopot polega na tym, że po rozwodzie mamy tendencję, aby rozkładać nad dziećmi ochronny parasol. To uboczny skutek rozwodu, o którym mało się mówi.

M.Ś.: Rodzice mają poczucie, że teraz muszą temu „biednemu dziecku z rozbitej rodziny” nieba przychylić, więc nie dojedzą, nie dośpią, nigdzie nie wyjadą, zmienią swoje plany, żeby jemu tylko było dobrze. W ten sposób dziecko się przyzwyczaja, że świat ma się do niego dostosować i że potrzeby innych się nie liczą.

B.A.K.: A świat się najczęściej nie dostosowuje.
M.Ś.: Więc rodzice muszą się też nauczyć dbać o siebie, bo żeby komuś coś dać, trzeba mieć najpierw z czego.

ŁATWO POWIEDZIEĆ, ALE JAK SIĘ ZOSTAJE SAMEMU Z DZIECKIEM

B.A.K.: to wszystko wygląda zupełnie inaczej. Dzieci chcą jeść tylko makaron z serem, no to gotujemy makaron z serem. Dzieci chcą ze mną spać, to niech śpią, „a co to w sumie szkodzi”. Ostatnio jeden ojciec powiedział mi: „Wie pani, trudno mi będzie przestać spać z synem, bo to mi dawało poczucie bliskości”. W weekend: posprząta później, ugotuje później, „najważniejsze, żebyśmy zrobili, na co masz ochotę”.

TO CO ZROBIĆ?

B.A.K.: Stawiać granice, zrobić plan. Teraz ja czytam książkę albo robię coś dla domu, ty się bawisz sam, a potem gdzieś wychodzimy. To na początku może wyglądać sztucznie, ale dla dziecka jest bardziej rozwojowe.

CO, JEŚLI DZIECKO NIE LUBI CHODZIĆ DO MAMY LUB TATY?

M.Ś.: Pytanie, czy rzeczywiście nie lubi. Dziecko, które zostaje dłużej z jednym rodzicem albo jest z nim bardziej związane od początku, staje się jego sojusznikiem. Ten rodzic nic nawet nie musi mówić. Dziecko i tak czuje, że musi być lojalne, wspierać tatę czy mamę, zwłaszcza jeśli czują się skrzywdzeni, w związku z czym może „nie cierpieć” tego drugiego domu. A nawet jeśli spotka je tam coś przyjemnego, to nie pamięta. Jest też tak, że ono tam często idzie z potwornym napięciem i poczuciem winy, w związku z czym nie ma szans, żeby było dobrze. Z tym, z czym poszło, z tym wraca.

B.A.K.: Czasem dziecko w ten sposób chroni siebie. Pamiętam dziewczynkę, która kiedy dzwoniła od taty i mówiła mamie, że chce zostać u niego na noc, słyszała: „Dobrze, ale jak wrócisz rano, to nie wiem, czy jeszcze mnie zastaniesz”.

STRASZNE.

B.A.K.: To jej kompletnie zaburzało poczucie bezpieczeństwa, więc ona regularnie odpowiadała: „To ja już wracam”. Nawet nie bardzo rozumiała, co ta groźba konkretnie oznacza – czy mama wyjdzie na zawsze, czy ona nie będzie się mogła dostać do domu?

M.Ś.: Ale to może być subtelniejszy komunikat. Wystarczy powiedzieć: „Zostań u taty, jak chcesz, ale ja będę strasznie za tobą tęsknić!”.

B.A.K.: Jeszcze gorzej, gdy dziecko wraca od mamy czy taty, mówi, że było świetnie, a mamie z tego powodu smutno. I pokazuje, że cierpi.

M.Ś.: Nie chodzi o to, by nie informować dziecka, że jest mi smutno czy że gorzej się czuję, ale na pewno nie z tego powodu, że dziecku było dobrze z drugim rodzicem.

CZASAMI JEDNAK DZIECI WCHODZĄ W ROLĘ POWIERNIKA, POCIESZYCIELA.

B.A.K.: Nie pójdzie do kolegi, bo musi rozweselić tatę, nie odrobi lekcji, bo musi utulić mamę. To odwrócenie ról bardzo dziecko obciąża, bo dziecko ma być w relacji z rodzicem po prostu dzieckiem. A rodzic ma mu zapewnić poczucie bezpieczeństwa, stawiać granice, opiekować się nim i podejmować ważne decyzje. Nie może być jego pacjentem, partnerem czy kolegą.

W JAKIE JESZCZE ROLE SĄ „WKŁADANE” DZIECI W SYTUACJI ROZWODU?

B.A.K.: Pośrednika, mediatora. „Zapytaj mamę, kiedy ci kupi buty, w tych masz już dziury”, „Powiedz tacie, żeby ci dał na wakacje, bo inaczej nigdzie nie pojedziemy”.

M.Ś.: Ale też szpiega. „Czy tatuś się z kimś spotyka?”, „Czy z wami na pikniku był jakiś wujek?” Trzeba się tego wystrzegać.

CO, JEŚLI WIEM, ŻE TEN DRUGI RODZIC JEST FATALNYM RODZICEM? MA SŁABĄ WIĘŹ Z DZIECKIEM? PAL LICHO, ŻE NIE UGOTUJE OBIADU, ALE NP. ODDA DZIECKO BABCI, ŻEBY SPĘDZIĆ WEEKEND NA IMPREZACH, I NA KACU WEŹMIE JE NAJWYŻEJ NA LODY?

M.Ś.: I mimo to walczy o dziecko?

NIE WALCZY, ALE NP. WIDUJE JE CO DRUGI WEEKEND.

M.Ś.: A skąd ja wiem, że on w ten sposób spędza z dzieckiem czas?

OD DZIECKA, OD ZNAJOMYCH.

B.A.K.: To pewnie te kontakty powinny być inaczej uregulowane. Sądząc po opisie, taki rodzic pewnie niespecjalnie będzie o to walczył. Może lepiej, żeby dwa razy w tygodniu odbierał dziecko ze szkoły, przyprowadzał do naszego domu, spędzał z nim jakiś czas i wychodził?

M.Ś.: Tylko ja bym chciała wiedzieć, czy te informacje o jego sposobie funkcjonowania są potwierdzone. Czy mnie się tak wydaje, ponieważ do tej pory tak było? Bo to wcale nie znaczy, że tak będzie dalej. Jeśli on czy ona deklarują, że naprawdę im zależy, to dajmy im szansę.

B.A.K.: Może będzie potrzebny ktoś, kto będzie te wizyty nadzorował, ale to nie znaczy, że one mają się nie odbywać.

M.Ś.: Chociażby dlatego, że my nigdy nie wiemy, co się w naszym życiu wydarzy. Pamiętam dramatyczną historię, w której po wielu latach walk matka pozbawiła ojca praw rodzicielskich, po czym okazało się, że ma raka, i umarła. W ostatnim momencie zgodziła się na odnowienie relacji dziecka z ojcem, który walczył o to do końca. I to, że się nie poddał, było zbawienne, bo dzięki temu dziecko po jej śmierci nie zostało samo. W ogóle im więcej dziecko ma dobrych, bliskich relacji, tym dla niego lepiej.

CZASAMI JEST TAK, ŻE RODZICE ROZWODZĄ SIĘ DLA KOGOŚ

B.A.K.: Ja bym tylko namawiała, żeby poczekać, aż będziemy pewni, że to „ten” lub „ta”. Dla dziecka, które właśnie straciło rodzinę, wchodzenie do nowej i ryzyko jej utraty – a badania mówią, że ryzyko rozpadu kolejnego związku jest duże – to bardzo ciężkie doświadczenie. Nie ma nic złego w tym, że rodzice po rozwodzie chodzą na randki, ale nie wprowadzajmy od razu każdego nowego „wujka” czy „cioci” do domu jako taty bis czy mamy bis.

OSTATNIO USŁYSZAŁAM OD JEDNEJ MAMY, KTÓRA BYŁA JUŻ W DWÓCH KOLEJNYCH ZWIĄZKACH PO ROZWODZIE: „NAJWAŻNIEJSZE, ŻEBYM JA BYŁA SZCZĘŚLIWA, WTEDY MOJE DZIECI TEŻ BĘDĄ”. TAK TO DZIAŁA?

M.Ś.: Warto lubić siebie i dbać o siebie, ale to nie znaczy, że świat ma się kręcić wokół mnie. To czysty egoizm.

JAK DZIECKO PRZEŻYWA UTRATĘ TEGO KOLEJNEGO PARTNERA SWOJEJ MATKI CZY OJCA?

B.A.K.: Bardzo źle. Stawiamy je w niezwykle trudnej sytuacji. Ale jeśli już go zaakceptowało na równi z biologicznym ojcem czy z matką, zżyło się z nim, to ważne jest, żeby również miało szansę utrzymywać z nim dalej kontakt. Dla dzieci naprawdę ważne jest, żeby dom był pełny i stabilny.

M.Ś.: Zawsze się można rozstać, ale ważne jest to, by rozstanie nie było pierwszym i jedynym pomysłem, który przychodzi do głowy, kiedy coś jest nie tak. Bo jeśli się nie przyjrzymy temu, co jest, nie podejmiemy próby naprawy, to możemy tak szukać szczęścia w nieskończoność.

http://www.wysokieobcasy.pl/wysokie-obcasy/1,53664,18215355,Psychologia__Niektore_dzieci_dzieki_rozwodowi_odzyskuja.html

 

Czytaj więcej ...
Czytaj mniej ...
04
Cze
2018

KONFLIKT – MOCNY FUNDAMENT ZWIĄZKU. NIE BÓJ SIĘ KŁÓCIĆ!

   Unikasz kłótni z partnerem w obawie przed rozstaniem? Niesłusznie, różnice zdań nie niszczą relacji, a ją budują. Przeciwieństwem miłości nie jest przecież gniew, a obojętność. – Konfrontacja pozwala porzucić wyobrażenia o idealnym partnerze i zobaczyć go, jakim jest naprawdę – twierdzą terapeuci. Co nas łączy, a co dzieli?
– Przez lata pracy jako terapeutka obserwuję pewne wspólne cechy u par, które z powodu kryzysu małżeńskiego lądują na mojej kanapie – pisze w serwisie mindbodygreen.com Ester Boykin, psychoterapeutka zajmująca się terapią par i rodzin. Pierwszy czynnik stanowiący zagrożenie dla związku jej zdaniem to unikanie konfliktów. Owszem: unikanie konfliktów, nie ich obecność.

MIT NR 1: „KŁÓTNIE PROWADZĄ DO ROZSTANIA”

Czujesz strach za każdym razem, gdy przydarzy się wam spięcie czy bardziej emocjonalna wymiana zdań? Być może partner podsyca w tobie lęk, twierdząc, że rozpoczynając spór, wytaczasz broń przeciwko wam.
– Parom często wydaje się, że kłótnie są znakiem, że związek się rozpada. Tymczasem gniew i frustracja nie są przecież przeciwieństwem miłości. Jest nią obojętność – podkreśla Boykin. – Zagrożenie tkwi nie tyle w konflikcie, co w omijaniu tematów, w których się różnicie. Prawdziwym sygnałem ostrzegawczym jest moment, gdy osoby przestają ze sobą rozmawiać – mówi. – Nie ma na świecie dwóch osób, które zawsze będą zaspokajały swoje wzajemne potrzeby – przekonuje terapeutka.
Przekrzykiwanie się, rzecz jasna, nie jest najlepszym sposobem budowania bliskości. Kłótnia największy sens ma, gdy potraficie rozmawiać w asertywny, nieagresywny sposób. Jakakolwiek by jednak nie była, świadczy jednak o istniejącym zaangażowaniu partnerów. Dopiero gdy zaangażowanie wygasa, oznacza to, że partnerzy wycofali energię ze związku, a relacji może zacząć brakować paliwa. W tym paliwa, aby go ratować.

ZWIĄZEK SYMBIOTYCZNY – JA I TY TO JEDNOŚĆ

W naszej kulturze wciąż pokutuje przekonanie, że dobre związki żyją w ciągłej zgodzie, że nie zdarzają się im kryzysy. Ot, harmonijna sielanka. Popkultura definiuje miłość jako zakochanie, czyli dwie zapatrzone w siebie osoby, które zawsze myślą i czują to samo.
W psychologii taki związek nazywa się symbiotycznym. Jego pierwowzoru należy upatrywać w całkowicie zależnej relacji matki i noworodka, w którym niemowlę nie zdaje sobie jeszcze sprawy, że nie jest jednością z rodzicielką. W relacji dwojga dorosłych symbioza ma prawo bycia w pierwszej fazie zakochania. Potem staje się nierozwojowa. Dojrzała relacja zaczyna się, gdy uczestniczą w niej dwie odrębne osoby ze swoimi światopoglądami, zainteresowaniami, światami. Czyli gdy da się wyodrębnić dwa różne „ja” – podkreśla psychoterapeutka „Przychodni Terapeutycznej” Anna Bal.
– Gdy kończy się okres zakochania, zaczynamy dostrzegać więcej różnic między sobą i partnerem. Ta druga osoba może nas zacząć irytować. Nieodłączną częścią dojrzewającej miłości jest to, że pojawia się dużo tarć. Pokazują one, że spotkały się dwa różne światy. Z takiej perspektywy, a nie ze zlania dwóch osób czy traktowania partnera jako przedłużenia siebie, może pojawić się coś wartościowego. Przez to, że ktoś jest inny, może nas ciekawić – zauważa psychoterapeuta z „Przychodni Terapeutycznej” Bronisław Hońca. To, czy jesteśmy chętni doświadczyć tej inności mówi wiele nie tyle o związku, co o nas samych. Co takiego?

RELACJA Z PARTNEREM – ZWIERCIADŁO RELACJI ZE SOBĄ

– Sposób budowania relacji z partnerem odzwierciedla twój sposób budowania relacji z samym sobą, światem, innymi ludźmi – podkreśla Bronisław Hońca. – Gdy zamiast patrzeć na to, co się dzieje między tobą a partnerem, kreujesz sobie obraz tego, jak powinno być, to nie widzisz już tej drugiej osoby. Nie jesteś w związku, a raczej we własnej głowie. Jeśli ktoś ma wyidealizowany obraz tego, co ma się dziać w związku, to prawdopodobnie na co dzień też raczej wymyśla rzeczywistość niż w niej uczestniczy – zaznacza.
– Unikanie konfliktów prowadzi do pseudobliskości, w której ludzie nie mogą się naprawdę spotkać. Ale żeby relacja mogła się rozwijać, tak kontakt, jak i konflikt muszą być możliwe. Do tego potrzeba mocnego ugruntowania w sobie. Gdy brakuje nam wewnętrznej stabilności, możemy się obawiać ujawniać różnice – zwracają uwagę terapeuci.
Jeśli związek ma dobre podstawy, kłótnia mu nie zagrozi. Doświadczenie przejścia przez konflikt może budować poczucie bezpieczeństwa, stanowić potwierdzenie, że relacja nie jest domkiem z kart, który zawali się przy słabszym podmuchu wiatru, a solidniejszą konstrukcją.
Co jeśli się wywróci? W takim wypadku mieszkanie w nim i tak byłoby czekaniem w strachu, kiedy dach zawali ci się na głowę. A tak możesz szybciej zacząć budować stabilniejsze fundamenty. Co nimi jest? – Budowanie siebie samego i swojego życia, tak żeby stać na własnych nogach – podkreśla Anna Bal. Mocny fundament to ty, nie partner.

TRIANGULACJA, CZYLI TROJE W KONFLIKCIE DWOJGA

„Powiedz tatusiowi, że to mamusia ma rację” – mówi matka do nastoletniego dziecka podczas sporu z ojcem. „Powiedz mojej żonie, że nie powinna w taki sposób do mnie mówić” – zwraca się dorosły syn do matki w obecności żony. – Gdy się nie zgadzacie, w którymś z was może pojawić się pokusa, aby zwrócić się o poparcie do osoby trzeciej: dziecka, członka rodziny czy przyjaciela – zaznacza Boykin. Oczekujesz, że ta osoba opowie się po twojej stronie, a może za ciebie powie partnerowi, co myślisz i rozwiąże wasz problem bez twojego udziału? – To kolejny czynnik ryzyka – twierdzi terapeutka.
– Triangulacja, czyli włączenie osób trzecich do rozwiązywania problemu w parze to taktyka, która bardzo osłabia związek. Jej stosowanie świadczy o tym, że jest on bardzo niestabilny – podkreśla Bronisław Hońca. – Z drugiej strony, trójkąt utrzymuje ten związek. Jeżeli trzecia osoba wyszłaby z niego, możliwe, że musiałby się rozpaść – mówi.
– Najczęściej do konfliktu dorosłych w ten sposób jest włączane dziecko. Jedno z rodziców lub oboje dążą do tego, aby stworzyć z dzieckiem koalicję przeciwko drugiemu. Największe koszty psychologiczne ponosi w tej sytuacji osoba włączana, czyli nieukształtowane jeszcze dziecko.

OFIARA – OPRAWCA – WYBAWCA

– Triangulacja uniemożliwia zbudowanie bliskości pomiędzy dwojgiem. Unikanie rozwiązywania konfliktu we dwójkę jest unikaniem intymności – zaznacza Anna Bal.
– W sytuacji trójkąta lęk przed prawdziwym kontaktem z partnerem jest ogromny. Osoba nie konfrontuje się ze swoim problemem, nie rozwiązuje go, przenosi na inne osoby – tłumaczy. – To pewna forma zrzucania odpowiedzialności za swoje wybory i związek na osoby trzecie. Zaczynamy się rozglądać za kimś, kto by nas odbarczył z tej odpowiedzialności, za kimś, kto by nas uratował. Postępujemy według instrukcji trójkąta dramatycznego. Jakiej?
– Jest para. Pojawia się trzecia osoba, która ma uratować jednego z partnerów. I wtedy te dwie osoby prześladują tego partnera, który jest nazywany „zarzewiem konfliktu”. To jest dynamika ratowania, bycia ofiarą i prześladowania – mówi Bronisław Hońca.
Dopóki trójka jest uwięziona w rolach „oprawca – ofiara – wybawca” żadne z nich nie znajdzie rozwiązania. Nikt nie jest bowiem w tym układzie tym, kim myśli, że jest. Ofiara nie jest ubezwłasnowolnioną istotą, która nie może wziąć spraw w swoje ręce. Oprawca nie jest katem odpowiedzialnym za całe zło. Wybawca nie jest ratownikiem przynoszącym ocalenie. Nie należy nawet do związku, nie ma mocy poprawienia relacji dwojga.
Związek to para: dwie osoby, nie więcej. Między tymi dwoma stronami, nie trzema czy czterema powinien toczyć się ich spór.
– Aby zbudować głęboką, znaczącą relacje, trzeba nauczyć się, jak przetrwać burzę jako zespół. Niezbędna do tego jest uczciwa komunikacja, ustalenie jasnych granic, ale też gotowość do dopuszczenia partnera do wrażliwej, podatnej na zranienie części siebie – mówi terapeutka.
Rodzina i przyjaciele mogą stanowić wspaniały system wsparcia dla partnerów będących w związku. Mogą wysłuchać, doradzić, dodać otuchy. Jednak jako ktoś z boku, a nie aktywnie uczestniczący w związku.

TYM, CO TWORZY RELACJĘ, JEST BYCIE W RELACJI

– Nadrzędną ideą, która reguluje związek jest chęć bycia razem, a bycie razem wiąże się z pewnymi „kosztami”. Wiele osób nie chce tego faktu zaakceptować. – Kosztami są m. in. konflikty, rezygnacja z innych partnerów, z różnych kawalerskich czy panieńskich przyjemności. Pojawia się wspólne mieszkanie, inne wspólnie wykonywane czynności – mówi. Jedno zmienia się w drugie. – Warto mieć świadomość, że płacę z wyboru, nie z przymusu – podkreśla terapeuta.
– Aby związek się nie rozpadł, musimy mu też poświęcić czas – dodaje Anna Bal. – Jeśli jednak mówimy o spędzaniu razem czasu to warto pamiętać, że możemy wykonywać zwykłe obowiązki domowe i być w tym razem. Możemy też robić wspaniałe rzeczy wspólnie i wcale nie być razem – zaznacza.
Słowem: związek generuje koszty, a gdzie zyski, nagrody, wspólne przyjemności? – To brzmi jak wymiana handlowa, a nie tym jest związek – zaznacza Bronisław Hońca.
– Przyjemności to iluzja. Nie musimy dzielić wspólnych zainteresowań, pasji, miłych chwil, żeby być razem w pełni – podkreśla Anna Bal. – Nie jest tak, że dopóki będziemy wspólnie cieszyć się tym samym, dopóty będzie nam dobrze razem. Takie przekonanie może wręcz doprowadzić parę do rozpadu. To nie jest możliwe na stałe. To coś, co się czasem przydarza. Czasem rzeczywiście coś podoba się równocześnie obojgu partnerom. Tym, co tworzy relację nie są wspólne przyjemności, a bycie w relacji. To bycie w relacji jest tu nagrodą – mówi.

„DZIEŃ DOBRY, WIDZĘ CIĘ”

– W poradnikach dla kobiet znajdziemy pewnie wiele gotowych rad, jak scalić związek, żeby np. zapisać się razem na jogę czy tango, ale nie o to chodzi, żeby sobie coś na siłę narzucać – zauważa Bronisław Hońca.
– Jeśli już coś chcemy zrobić, to jest takie ćwiczenie, żeby partnerzy przez 3 minuty dziennie po prostu posiedzieli naprzeciwko siebie i nic nie mówiąc, się sobie przyglądali. Patrząc na tę drugą osobę sprawdź, co się wtedy w tobie dzieje: w twoim sercu, ciele. Dla części par to może być niezwykle uzdrawiające doświadczenie. Niektórzy mogą zdać sobie sprawę, że nie wiedzą, kto to w ogóle jest po drugiej stronie. Albo zachwyt, pomyśleć: „ale to fajny człowiek, dlaczego wcześniej tego nie widziałem/am”.
– W filmie „Awatar” bohaterowie mieli zwyczaj witania się nie przez mówienie „dzień dobry”, a „widzę cię”. Myślę, że to dobry pomysł, żeby para przynajmniej raz dziennie w ten sposób się witała. Wypowiedzenie takiego komunikatu czy usłyszenie go zazwyczaj coś w nas porusza. Bo o to przecież w tym wszystkim chodzi, żeby się widzieć – podkreśla terapeuta.

Autorka artykułu: Małgorzata Skorupa
http://zdrowie.gazeta.pl/…/1,105806,16905198,Konflikt___moc…

 

Czytaj więcej ...
Czytaj mniej ...