04
Cze
2018

KONFLIKT – MOCNY FUNDAMENT ZWIĄZKU. NIE BÓJ SIĘ KŁÓCIĆ!

   Unikasz kłótni z partnerem w obawie przed rozstaniem? Niesłusznie, różnice zdań nie niszczą relacji, a ją budują. Przeciwieństwem miłości nie jest przecież gniew, a obojętność. – Konfrontacja pozwala porzucić wyobrażenia o idealnym partnerze i zobaczyć go, jakim jest naprawdę – twierdzą terapeuci. Co nas łączy, a co dzieli?
– Przez lata pracy jako terapeutka obserwuję pewne wspólne cechy u par, które z powodu kryzysu małżeńskiego lądują na mojej kanapie – pisze w serwisie mindbodygreen.com Ester Boykin, psychoterapeutka zajmująca się terapią par i rodzin. Pierwszy czynnik stanowiący zagrożenie dla związku jej zdaniem to unikanie konfliktów. Owszem: unikanie konfliktów, nie ich obecność.

MIT NR 1: „KŁÓTNIE PROWADZĄ DO ROZSTANIA”

Czujesz strach za każdym razem, gdy przydarzy się wam spięcie czy bardziej emocjonalna wymiana zdań? Być może partner podsyca w tobie lęk, twierdząc, że rozpoczynając spór, wytaczasz broń przeciwko wam.
– Parom często wydaje się, że kłótnie są znakiem, że związek się rozpada. Tymczasem gniew i frustracja nie są przecież przeciwieństwem miłości. Jest nią obojętność – podkreśla Boykin. – Zagrożenie tkwi nie tyle w konflikcie, co w omijaniu tematów, w których się różnicie. Prawdziwym sygnałem ostrzegawczym jest moment, gdy osoby przestają ze sobą rozmawiać – mówi. – Nie ma na świecie dwóch osób, które zawsze będą zaspokajały swoje wzajemne potrzeby – przekonuje terapeutka.
Przekrzykiwanie się, rzecz jasna, nie jest najlepszym sposobem budowania bliskości. Kłótnia największy sens ma, gdy potraficie rozmawiać w asertywny, nieagresywny sposób. Jakakolwiek by jednak nie była, świadczy jednak o istniejącym zaangażowaniu partnerów. Dopiero gdy zaangażowanie wygasa, oznacza to, że partnerzy wycofali energię ze związku, a relacji może zacząć brakować paliwa. W tym paliwa, aby go ratować.

ZWIĄZEK SYMBIOTYCZNY – JA I TY TO JEDNOŚĆ

W naszej kulturze wciąż pokutuje przekonanie, że dobre związki żyją w ciągłej zgodzie, że nie zdarzają się im kryzysy. Ot, harmonijna sielanka. Popkultura definiuje miłość jako zakochanie, czyli dwie zapatrzone w siebie osoby, które zawsze myślą i czują to samo.
W psychologii taki związek nazywa się symbiotycznym. Jego pierwowzoru należy upatrywać w całkowicie zależnej relacji matki i noworodka, w którym niemowlę nie zdaje sobie jeszcze sprawy, że nie jest jednością z rodzicielką. W relacji dwojga dorosłych symbioza ma prawo bycia w pierwszej fazie zakochania. Potem staje się nierozwojowa. Dojrzała relacja zaczyna się, gdy uczestniczą w niej dwie odrębne osoby ze swoimi światopoglądami, zainteresowaniami, światami. Czyli gdy da się wyodrębnić dwa różne „ja” – podkreśla psychoterapeutka „Przychodni Terapeutycznej” Anna Bal.
– Gdy kończy się okres zakochania, zaczynamy dostrzegać więcej różnic między sobą i partnerem. Ta druga osoba może nas zacząć irytować. Nieodłączną częścią dojrzewającej miłości jest to, że pojawia się dużo tarć. Pokazują one, że spotkały się dwa różne światy. Z takiej perspektywy, a nie ze zlania dwóch osób czy traktowania partnera jako przedłużenia siebie, może pojawić się coś wartościowego. Przez to, że ktoś jest inny, może nas ciekawić – zauważa psychoterapeuta z „Przychodni Terapeutycznej” Bronisław Hońca. To, czy jesteśmy chętni doświadczyć tej inności mówi wiele nie tyle o związku, co o nas samych. Co takiego?

RELACJA Z PARTNEREM – ZWIERCIADŁO RELACJI ZE SOBĄ

– Sposób budowania relacji z partnerem odzwierciedla twój sposób budowania relacji z samym sobą, światem, innymi ludźmi – podkreśla Bronisław Hońca. – Gdy zamiast patrzeć na to, co się dzieje między tobą a partnerem, kreujesz sobie obraz tego, jak powinno być, to nie widzisz już tej drugiej osoby. Nie jesteś w związku, a raczej we własnej głowie. Jeśli ktoś ma wyidealizowany obraz tego, co ma się dziać w związku, to prawdopodobnie na co dzień też raczej wymyśla rzeczywistość niż w niej uczestniczy – zaznacza.
– Unikanie konfliktów prowadzi do pseudobliskości, w której ludzie nie mogą się naprawdę spotkać. Ale żeby relacja mogła się rozwijać, tak kontakt, jak i konflikt muszą być możliwe. Do tego potrzeba mocnego ugruntowania w sobie. Gdy brakuje nam wewnętrznej stabilności, możemy się obawiać ujawniać różnice – zwracają uwagę terapeuci.
Jeśli związek ma dobre podstawy, kłótnia mu nie zagrozi. Doświadczenie przejścia przez konflikt może budować poczucie bezpieczeństwa, stanowić potwierdzenie, że relacja nie jest domkiem z kart, który zawali się przy słabszym podmuchu wiatru, a solidniejszą konstrukcją.
Co jeśli się wywróci? W takim wypadku mieszkanie w nim i tak byłoby czekaniem w strachu, kiedy dach zawali ci się na głowę. A tak możesz szybciej zacząć budować stabilniejsze fundamenty. Co nimi jest? – Budowanie siebie samego i swojego życia, tak żeby stać na własnych nogach – podkreśla Anna Bal. Mocny fundament to ty, nie partner.

TRIANGULACJA, CZYLI TROJE W KONFLIKCIE DWOJGA

„Powiedz tatusiowi, że to mamusia ma rację” – mówi matka do nastoletniego dziecka podczas sporu z ojcem. „Powiedz mojej żonie, że nie powinna w taki sposób do mnie mówić” – zwraca się dorosły syn do matki w obecności żony. – Gdy się nie zgadzacie, w którymś z was może pojawić się pokusa, aby zwrócić się o poparcie do osoby trzeciej: dziecka, członka rodziny czy przyjaciela – zaznacza Boykin. Oczekujesz, że ta osoba opowie się po twojej stronie, a może za ciebie powie partnerowi, co myślisz i rozwiąże wasz problem bez twojego udziału? – To kolejny czynnik ryzyka – twierdzi terapeutka.
– Triangulacja, czyli włączenie osób trzecich do rozwiązywania problemu w parze to taktyka, która bardzo osłabia związek. Jej stosowanie świadczy o tym, że jest on bardzo niestabilny – podkreśla Bronisław Hońca. – Z drugiej strony, trójkąt utrzymuje ten związek. Jeżeli trzecia osoba wyszłaby z niego, możliwe, że musiałby się rozpaść – mówi.
– Najczęściej do konfliktu dorosłych w ten sposób jest włączane dziecko. Jedno z rodziców lub oboje dążą do tego, aby stworzyć z dzieckiem koalicję przeciwko drugiemu. Największe koszty psychologiczne ponosi w tej sytuacji osoba włączana, czyli nieukształtowane jeszcze dziecko.

OFIARA – OPRAWCA – WYBAWCA

– Triangulacja uniemożliwia zbudowanie bliskości pomiędzy dwojgiem. Unikanie rozwiązywania konfliktu we dwójkę jest unikaniem intymności – zaznacza Anna Bal.
– W sytuacji trójkąta lęk przed prawdziwym kontaktem z partnerem jest ogromny. Osoba nie konfrontuje się ze swoim problemem, nie rozwiązuje go, przenosi na inne osoby – tłumaczy. – To pewna forma zrzucania odpowiedzialności za swoje wybory i związek na osoby trzecie. Zaczynamy się rozglądać za kimś, kto by nas odbarczył z tej odpowiedzialności, za kimś, kto by nas uratował. Postępujemy według instrukcji trójkąta dramatycznego. Jakiej?
– Jest para. Pojawia się trzecia osoba, która ma uratować jednego z partnerów. I wtedy te dwie osoby prześladują tego partnera, który jest nazywany „zarzewiem konfliktu”. To jest dynamika ratowania, bycia ofiarą i prześladowania – mówi Bronisław Hońca.
Dopóki trójka jest uwięziona w rolach „oprawca – ofiara – wybawca” żadne z nich nie znajdzie rozwiązania. Nikt nie jest bowiem w tym układzie tym, kim myśli, że jest. Ofiara nie jest ubezwłasnowolnioną istotą, która nie może wziąć spraw w swoje ręce. Oprawca nie jest katem odpowiedzialnym za całe zło. Wybawca nie jest ratownikiem przynoszącym ocalenie. Nie należy nawet do związku, nie ma mocy poprawienia relacji dwojga.
Związek to para: dwie osoby, nie więcej. Między tymi dwoma stronami, nie trzema czy czterema powinien toczyć się ich spór.
– Aby zbudować głęboką, znaczącą relacje, trzeba nauczyć się, jak przetrwać burzę jako zespół. Niezbędna do tego jest uczciwa komunikacja, ustalenie jasnych granic, ale też gotowość do dopuszczenia partnera do wrażliwej, podatnej na zranienie części siebie – mówi terapeutka.
Rodzina i przyjaciele mogą stanowić wspaniały system wsparcia dla partnerów będących w związku. Mogą wysłuchać, doradzić, dodać otuchy. Jednak jako ktoś z boku, a nie aktywnie uczestniczący w związku.

TYM, CO TWORZY RELACJĘ, JEST BYCIE W RELACJI

– Nadrzędną ideą, która reguluje związek jest chęć bycia razem, a bycie razem wiąże się z pewnymi „kosztami”. Wiele osób nie chce tego faktu zaakceptować. – Kosztami są m. in. konflikty, rezygnacja z innych partnerów, z różnych kawalerskich czy panieńskich przyjemności. Pojawia się wspólne mieszkanie, inne wspólnie wykonywane czynności – mówi. Jedno zmienia się w drugie. – Warto mieć świadomość, że płacę z wyboru, nie z przymusu – podkreśla terapeuta.
– Aby związek się nie rozpadł, musimy mu też poświęcić czas – dodaje Anna Bal. – Jeśli jednak mówimy o spędzaniu razem czasu to warto pamiętać, że możemy wykonywać zwykłe obowiązki domowe i być w tym razem. Możemy też robić wspaniałe rzeczy wspólnie i wcale nie być razem – zaznacza.
Słowem: związek generuje koszty, a gdzie zyski, nagrody, wspólne przyjemności? – To brzmi jak wymiana handlowa, a nie tym jest związek – zaznacza Bronisław Hońca.
– Przyjemności to iluzja. Nie musimy dzielić wspólnych zainteresowań, pasji, miłych chwil, żeby być razem w pełni – podkreśla Anna Bal. – Nie jest tak, że dopóki będziemy wspólnie cieszyć się tym samym, dopóty będzie nam dobrze razem. Takie przekonanie może wręcz doprowadzić parę do rozpadu. To nie jest możliwe na stałe. To coś, co się czasem przydarza. Czasem rzeczywiście coś podoba się równocześnie obojgu partnerom. Tym, co tworzy relację nie są wspólne przyjemności, a bycie w relacji. To bycie w relacji jest tu nagrodą – mówi.

„DZIEŃ DOBRY, WIDZĘ CIĘ”

– W poradnikach dla kobiet znajdziemy pewnie wiele gotowych rad, jak scalić związek, żeby np. zapisać się razem na jogę czy tango, ale nie o to chodzi, żeby sobie coś na siłę narzucać – zauważa Bronisław Hońca.
– Jeśli już coś chcemy zrobić, to jest takie ćwiczenie, żeby partnerzy przez 3 minuty dziennie po prostu posiedzieli naprzeciwko siebie i nic nie mówiąc, się sobie przyglądali. Patrząc na tę drugą osobę sprawdź, co się wtedy w tobie dzieje: w twoim sercu, ciele. Dla części par to może być niezwykle uzdrawiające doświadczenie. Niektórzy mogą zdać sobie sprawę, że nie wiedzą, kto to w ogóle jest po drugiej stronie. Albo zachwyt, pomyśleć: „ale to fajny człowiek, dlaczego wcześniej tego nie widziałem/am”.
– W filmie „Awatar” bohaterowie mieli zwyczaj witania się nie przez mówienie „dzień dobry”, a „widzę cię”. Myślę, że to dobry pomysł, żeby para przynajmniej raz dziennie w ten sposób się witała. Wypowiedzenie takiego komunikatu czy usłyszenie go zazwyczaj coś w nas porusza. Bo o to przecież w tym wszystkim chodzi, żeby się widzieć – podkreśla terapeuta.

Autorka artykułu: Małgorzata Skorupa
http://zdrowie.gazeta.pl/…/1,105806,16905198,Konflikt___moc…

 

Czytaj więcej ...
Czytaj mniej ...
19
Maj
2018

BYŁY PARTNER

Większość ludzi pozostających w związkach partnerskich miała wcześniejsze doświadczenia z innymi partnerami. I nie ma to znaczenia, czy była to szkolna miłość, uwielbienie dla idola czy poprzednie małżeństwo. Aby można było powiedzieć o wcześniejszym związku „były związek”, w naszym wnętrzu musi panować zupełny spokój, gdy wracamy wspomnieniem do ”tamtej” historii. Bo jak długo osoba, zdarzenia, konsekwencje związku wywołują w nas emocjonalny zamęt, czy tylko niewygodę, nie można powiedzieć o związku, że został zakończony.

Łatwiej to powiedzieć niźli osiągnąć. Może więc warto pomyśleć o konsekwencjach noszenia w sercu i ciele (wszelkie emocje zapisują się jako napięcie w mięśniach) negatywnych uczuć, by znaleźć wystarczającą motywację, by zadawać sobie trud uzyskania wewnętrznego spokoju.

Po pierwsze wszystko, co „złe”, kojarzy się nam się z byłym związkiem, rzutuje na związek obecny (względnie utrudnia zbudowanie nowego). Jesteśmy jakby „przeczuleni” na punkcie zachowań, słów, gestów, planów, które doskwierały w poprzednim związku. Jeśli były partner był rozrzutny finansowo i to rodziło określone bolesne sytuacje i nie wyciągnęliśmy z tego „lekcji” na przyszłość, to w nowym związku zachowania partnera w tej dziedzinie będą brane pod lupę. I nawet, jeśli nie będzie miał skłonności do nadmiernej rozrzutności, możemy robić mu zarzuty niewspółmierne do wydarzeń, przerysowywać drobne niedociągnięcia, „wysysać pretensje z palca”. Lub wprost przeciwnie poszukamy partnera, który będzie bardzo rozważny w wydawaniu pieniędzy i… może się okazać, że mamy do czynienia ze sknerą. To, czego się obawiamy, czego nie lubimy, co nas drażni rośnie w naszym umyśle jak odbicie w krzywym zwierciadle.

Mężczyzna, który wsiada do swojego świeżo nabytego samochodu, spostrzega znienacka, że ulice są pełne aut tej marki i tego właśnie koloru. Kobiety poznają takie „zakrzywienie rzeczywistości”, gdy są w ciąży – wtedy ulice wypełniają się kobietami z krągłymi brzuszkami. A gdy na świat przychodzi dziecko, nagle świat wypełnia się matkami pchającymi wózki.

Co należy robić, aby uwolnić się od swoich było-partnerskich uwarunkowań? Zasada jest niezwykle prosta. Stawiać sobie pytania przywracające władzę nad własnym życiem. Czego mogę nauczyć się z tego zdarzenia, sytuacji, od tej osoby…? Można powiedzieć, że wszystko, co spotyka nas w życiu jest lekcją, na której mamy zapoznać się z nowym materiałem. Problem rodzi się wtedy, gdy uparcie nie „odrabiamy” lekcji. Gdy winimy innych za nasze wybory, gdy przypisujemy losowi magiczną władzę, gdy obarczamy siebie winą za wszelkie grzechy tego świata. Wtedy stajemy się bezsilni i bezradni.

Ale pytając siebie, czego nowego uczymy się w każdej trudnej sytuacji, stajemy się panami swojego losu. Sytuacje tracą w pierwszym rzędzie moc niszczenia nas. Stają się warunkami stworzonymi (nawet przez niesprzyjający los) po to, byśmy mogli nauczyć się stawiać im czoła. Samo nazwanie problemowej sytuacji „lekcją” zmienia jej postrzeganie. Umysł automatycznie zwraca się w kierunku poszukiwania interesującej nas informacji.

Trudność polega na tym, że ciągle wydaje się nam, iż to, czego doświadczamy, jest doświadczeniem uniwersalnym. Jeśli nienawidzimy pluchy i mamy wtedy chandrę, to myślimy, że zapewne wszyscy czują się podobnie. Jeśli denerwują nas dzieci hałasujące na podwórku, to wierzymy, że znajdziemy zrozumienie dla naszych odczuć u matek tychże dzieci. A to jest największa pułapka w naszym myśleniu o świecie. Nasze postrzeganie „faktów” może nie mieć nic wspólnego z odbiorem tej samej „rzeczywistości” przez inną osobę.

Toteż, aby zrozumieć drugiego człowieka trzeba „wczuć się” w jego wewnętrzny świat. Nie jest to zupełnie proste, ale można się tego nauczyć stosując różne „tricki”. Podstawowym elementem ułatwiającym dotarcie do emocji i myśli drugiej osoby jest przyjęcie jej postawy ciała, ułożenie w analogiczny sposób barków i rąk, odtworzenie charakterystycznego wyrazy twarzy, czyli napięcie mięśni w taki sposób, by „odwzorować” jej „wewnętrzną strukturę”. Następnie dobrze jest wyobrazić sobie, że jest się ubranym tak jak druga osoba. Wczuć się w jej wagę, wzrost, zapach, spojrzenie, grymas twarzy, dokuczające obszary ciała…

Po wykonaniu tego pierwszego kroku „stawania się” drugą osobą warto zacząć przypominać sobie historię tej osoby. Skąd pochodzi, w jakich warunkach wychowała się, jaką atmosferę tworzyła rodzina, jak rodzice okazywali uczucia, czego jej brakuje do szczęścia, co jest jej największą niezaspokojoną potrzebą, jaka jest intencja zachowań, które nas dotykają obecnie czy też zraniły w przeszłości. Czego ta osoba oczekiwała od nas, czy byliśmy w stanie zaspokoić jej potrzebę miłości, czego chciała nas nauczyć i po co… Dziesiątki pytań, które zazwyczaj zadajemy sobie, ale udzielamy na nie odpowiedzi posługując się naszym doświadczeniem bez kontaktu z wewnętrzną dynamiką drugiej osoby.

Może być niezwykłym doświadczeniem „wejście w skórę” tyrana i odkrycie przerażonego, małego, słabego dziecka wewnątrz, które za żadne skarby świata nie chce przyznać się do swojej słabości. Ale… czyż człowiek prawdziwie silny wewnętrznie stale udowadnia światu jaki jest mocny poprzez krzyk, brutalność czy kontrolę? Gdy ktoś jest przekonany, że jest silny, wtedy emanuje siłą i każdy to czuje. Gdy ktoś lubi, akceptuje i ceni siebie, to nie pokazuje na każdym kroku, jaki jest wspaniały. Nie potrzebuje przechwalać się lub nie łaknie (żąda i oczekuje) pochwał, zachwytów i respektu. Jest wartościowy, przyjmuje pochwały naturalnie i z przyjemnością, ma łatwość w docenianiu innych.

Teoretycznie wiemy to wszystko a jednak nie wpływa to na poziom naszego żalu, strachu, złości… Natomiast połączenie tej wiedzy z doświadczaniem „bycia drugą osobą” można porównać do zjawiska wglądu – nagłego olśnienia, kiedy teoretyczne informacje stają się wewnętrzną mądrością. Takie „olśnienie” zrozumieniem motywów postępowania drugiej osoby powoduje ogromne uwolnienie od targających nami emocji. Kiedy na przykład zrozumie się, że druga osoba wiecznie szuka uczucia, którego nie otrzymała w swoim rodzinnym domu, to znika poczucie winy, że nie byliśmy dość dobrzy by zaspokoić jej wymagania. Nikt z zewnątrz nie może naprawić braków przeszłości. Może dać tyle, na ile go stać, ale nie odpowiada za „dziury” w psychice partnera. Tylko właściciel wewnętrznych kłopotów może się z nimi uporać i tylko on jest odpowiedzialny za zachowania, które „serwuje” światu. Jeżeli odkryje się, że złość kierowana ku nam była związana z wiecznym wewnętrznym niedocenianiem siebie (albo pragnieniem docenienia ze strony rodzica, ważnego nauczyciela, starszego brata…) wtedy wraca poczucie własnej wartości. Zarzuty nie były tak naprawdę kierowane ku nam lecz wynikały z wewnętrznej niskiej samooceny.

Lepsze zrozumienie „duszy” drugiej osoby pozwala na kolejny krok. Na zastanowienie się, czego nauczyliśmy się w tej relacji. Jakie cechy, umiejętności, wiedzę, wartości zyskaliśmy w obcowaniu z tym człowiekiem? Czasami trudno znaleźć korzyści bezpośrednie, czasami warto zadać sobie inne pytanie: przed czym uchroniła mnie ta sytuacja lub do czego zmobilizowała? Często efektem cierpienia w związkach jest rozpoczęcie własnego, niezależnego życia. Ono może być nawet materialnie czy organizacyjnie trudniejsze, ale przywraca nam władzę nad sobą, decyzjami, atmosferą w domu… Kolejne pytania dotyczą wykorzystania nabytej mądrości i umiejętności do budowania relacji, która wspiera obie strony. Dotyczy to zarówno nas jak i partnera. Wolność od przeszłości polega na tym, że nie żywimy żalu do drugiego człowieka ani nie zarzucamy sobie niczego w związku z nim. A więc te same pytania adresujemy i do siebie i do drugiej osoby. Czego ona mogła była nauczyć się od nas? Jak mogłaby to wykorzystać w swojej przyszłości? A jeśli nie zrobi tego, to już jest jej odpowiedzialność, nie nasza.

Często osoba, która zdecydowała o zakończeniu relacji, ma poczucie winy. Warto wtedy wrócić do tamtego czasu, przypomnieć sobie, kim byliśmy, jakie motywy kierowały nami, co pragnęliśmy uzyskać podjęciem takiej decyzji, czego oczekiwaliśmy od przyszłości. Czy umieliśmy i byliśmy w stanie podjąć wtedy inną decyzję? I zaakceptować siebie młodszego, który dokonał takiego wyboru. Być może dzisiaj, z dzisiejszym doświadczeniem i mądrością podjęlibyśmy inną decyzję. I dobrze. To znaczy, że nie stoimy w miejscu. Ale wtedy byliśmy tacy, jacy byliśmy. I tego nic już nie zmieni. Odrzucanie siebie za decyzje z przeszłości jest podobne wymaganiu od dziecka, by zachowywało się jak dojrzały człowiek. Całe życie uczymy się i wzrastamy i tylko od nas zależy czy dostrzeżemy to wzrastanie, czy zapędzimy siebie samokrytyką w ślepy zaułek.

Kolejnym krokiem jest wypowiedzenie, najlepiej na głos, życzenia dotyczącego przyszłości drugiej osoby. Widząc i czując przed sobą drugą osobę dobrze jest zwrócić się do niej w drugiej osobie. Np. „Anno, życzę ci, byś odnalazła spokój w swoim sercu”, czy: „Wacku, życzę ci znalezienia wspaniałej partnerki i szczęścia w rodzinie”.

To życzenie ma dotyczyć dobrostanu drugiej osoby, a nie spełnienia naszego marzenia o jej zmianie. Ludzie często mówią: „życzę ci, żebyś nie była taka zarozumiała i żebyś traktowała mnie z szacunkiem”. To nie jest życzenie dotyczące drugiej osoby, ale nas samych.

Życzenie winno być wyrażone w sposób pozytywny. A więc nie: „życzę ci, byś się tak nie denerwował”, ale np.: „życzę ci, byś był opanowany i spokojny”. Życzenie, błogosławieństwo wypowiedziane szczerze, ma moc, której nie sposób przecenić. To jest jak otwarcie wrót dla przepływu wspierających uczuć i zachowań.
Ćwiczeniem, które pozwala człowiekowi lepiej zrozumieć problemy w relacji, jest mentalna zabawa z drugą osobą. Dobrze jest wybrać zajęcie, które może sprawiać przyjemność obu stronom. I starać się w wyobraźni zorganizować działanie (nie ma znaczenia, czy to będzie gra w kosza, wspólne zakupy czy rąbanie drew), które zadowoli obie strony. W trakcie tworzenia mentalnego filmu obrazującego te zajęcia, pojawiają się sceny, zachowania, uczucia, które w sposób symboliczny opisują trudności w relacji. Celem jest takie mentalne przebudowywanie sytuacji, by doprowadzić do stanu, gdy obie strony czerpią radość ze znalezionego rozwiązania. I nawet, jeśli nie do końca zrozumiemy powody kłopotów pojawiających się między aktorami w naszej głowie, doprowadzenie relacji do stanu obustronnego zadowolenia, tworzy wizję poprawy, odbudowuje możliwość czucia się dobrze na myśl o drugim człowieku. Chcę tutaj natychmiast dodać, że proces „naprawy” uczuć związanych z mocno „poszarpaną” relacją może zająć wiele czasu. Na początku może pojawić się totalny brak zainteresowania współpracą ze strony przywołanej mentalnie drugiej osoby. Ale ta osoba jest wywołana przez nasz umysł i ten opór jest naszym wewnętrznym oporem. I to od nas zależy czy wysiłkiem wyobraźni, zaangażowaniem i poświęceniem temu nieco czasu (parę minut dziennie aż do skutku) doprowadzimy do wewnętrznej harmonii (która odzwierciedli się na zewnątrz szybciej niż możemy przypuszczać).

Jest też automatycznie zwróceniem uwagi na niedobory w naszym samopoczuciu. Jeżeli np. oczekuję od partnera opieki, to oznacza, że nie chcę stać się dorosłą osobą. I w ten sposób odkrywam, nad czym mam się skupić. Co mogę zrobić, aby wziąć odpowiedzialność za swoje życie? Może zdobywając nowy zawód, ucząc się języków, tworząc grono przyjaciół, idąc na terapię, szukając wspierającego Boga…

Poprawianie swojego samopoczucia i uwalnianie od zależności może być dobrą zabawą.

autor: Monika Zubrzycka-Nowak

http://www.psychologia.net.pl/artykul.php?level=92


Czytaj więcej ...
Czytaj mniej ...
07
Maj
2018

urlop

W dniach 07.05 – 13.05.2018 gabinet zamknięty – urlopujemy się… 

 

 

 

Czytaj więcej ...
Czytaj mniej ...
18
Sty
2018

PLOTKA …

PLOTKA – KIEDY DOCIERA DO INTELIGENTNEGO UCHA, UMIERA.

 Zdaje się, że proces jest zawsze ten sam: najpierw plotka wychodzi z ust jakiegoś hipokryty, który pragnie, aby rozeszła się do naiwnych uszu wierzących we wszystko, co usłyszą. Plotka kończy swe życie tylko kiedy dociera do inteligentnej osoby, której zaszczepione serce albo puszcza ją mimo uszu, albo nie odpowiada na rzeczy, które nie mają najmniejszego sensu.

W książce opublikowanej w 1947 przez psychologa społecznego Gordona Allporta pod tytułem Psychologia Plotki, wyjaśnione zostało coś niezwykle ciekawego: plotka służy po to, by stworzyć pewną więź miedzy różnymi grupami ludzi oraz przeciwstawić się jakiejś osobie. Jednocześnie takie zachowania sprawiają im przyjemność, uwalniają endorfiny oraz pomagają w zwalczaniu stresu.

W wielu przypadkach, plotka przemienia się w mechanizm kontroli społecznej, która daje pewną władzę. Czyni z plotkarza centrum uwagi w danej grupie ludzi, którzy są szczególnie podatni na jakiekolwiek pogłoski, czy jakiekolwiek zniekształcone informacje. Pozwala im to uciec od rutyny oraz wykorzystać ten nowy bodziec, jako rodzaj oderwania się.

Jak każdy może Ci powiedzieć, plotkarze nie wiedzą jak być szczęśliwymi. Zbytnio przejmują się kamuflowaniem goryczy za pomocą pustych, niepotrzebnych działań, które zwiększają poczucie ich własnej wartości.

ŻARŁOCZNA PLOTKA I JEJ PSYCHOLOGIA

Zastanówmy się przez chwilę nad tym, jak szybko plotka, bezpodstawna czy nie, zaczyna być „zaraźliwa” w świecie sieci społecznych. Internet już i tak stał się niemal jak samowystarczalny mózg, gdzie jego neurony karmią nas nieskończoną ilością informacji, która nie zawsze jest prawdziwa i życzliwa wobec innych.

Eksperci od marketingu i reklamy zawsze jako fatalne efekty żarłocznej plotki podają przykład napoju „Tropical Fantasy”. Produkt ten wszedł na rynek w 1990 i osiągnął niemal natychmiastowy sukces w Stanach Zjednoczonych. Aż do momentu, kiedy pojawiła się absurdalna, acz przerażająca plotka. Zaczęto mówić, że ten tani napój został stworzony przez Ku Klux Klan z bardzo konkretnym zamiarem. Jego niska cena miała przyciągnąć dużą część społeczeństwa afroamerykańskiego. Jednocześnie jego skład miał służyć ponurym celom: zmniejszyć jakość spermy afroamerykańskich mężczyzn, by nie mogli mieć więcej dzieci.

Nikt nie wie kto zapoczątkował tę plotkę, ale jej wpływ był drastyczny w skutkach. Minęły lata zanim fima produkująca „Tropical Fantasy” podniosła się na rynku. W rezultacie, nawet dzisiaj stara się ona do każdej reklamy włączyć Afroamerykanina cieszącego się tym napojem.

Nie było istotne jak szalona czy bezpodstawna wydała się ta plotka, ponieważ udało jej się zaatakować wrażliwość pewnej grupy ludzi. Nawet wiedząc, że jest to nieprawda, emocjonalny ślad pozostaje. To wyraźny przykład na to, że plotki mogą pozostawiać po sobie blizny.

BRONIENIE SIĘ PRZED PLOTKAMI I POGŁOSKAMI

Czy to nam się podoba, czy nie, nasze społeczeństwo opiera się na związkach władzy, gdzie plotka i pogłoska są prawdziwą bronią palną. Manipulowanie prawdą służy wielu osobom. Pozwala im na zdobycie wyższej pozycji oraz często przynosi konkretne korzyści.

Wtedy, jest niezbędnym, abyśmy stali się tym inteligentnym uchem, które zadziała jako bariera zatrzymująca atak, tą bezsensowną, fałszywą informację oraz iskrę ognia, która zawsze pragnie zabrać kogoś ze sobą.

W rezultacie, aby lepiej zrozumieć procesy psychologiczne, które są tak powszechne w naszym kontekście społecznym, proponujemy, abyś pamiętał o tych filarach, które utrzymują łańcuch plotki, poczynając od plotkarza, aż po naiwne osoby, które powtarzają zasłyszane pogłoski.

Wszyscy wiedzą, że aby zerwać łańcuchy, musimy po prostu pozbyć się jednego ogniwa. Jeśli plotka działa jak prawdziwy wirus w naszym środowisku pracowniczym, w naszej rodzinie lub kręgu społecznym, ważne jest, abyśmy mieli wokół siebie zaufanych ludzi, którzy pomogą nam i będą działać jak zapora wodna. Aby mogli działać jako inteligentne ucho oraz pozbyć się rzeczy, które wydają się bezsensowne.

Pogłoski rozprzestrzeniają się, kiedy ktoś chce „wybić się” naszym kosztem. Stając twarzą w twarz z taką sytuacją możemy zadziałać na dwa sposoby: albo puścić wszystko mimo uszu, albo reagując asertywnie wyznaczyć granicę oraz wyraźnie wyrazić to, co myślimy.

Powinniśmy być świadomi tego, że w każdej organizacji, dzielnicy czy grupie społecznej znajdzie się jakiś oficjalny „plotkarz”, miłośnik pogłosek.

I zawsze powinniśmy okazać integralność, uczciwość oraz nie dokarmiać tego typu zachowania poprzez uleganie wirusowi plotki. Należy również wiedzieć, że wcale nie jest łatwo pozbyć się plotki; czasami słowa nie wystarczają. Potrzebujemy przekonywających faktów, aby zdyskredytować pogłoski oraz pokazać jak bardzo są mylne.

Jadowite języki zawsze będą nas otaczały w taki lub inny sposób, zatem najlepiej po prostu ich unikać i pamiętać, że plotka jest dla bezmyślnej masy, a informacja dla mądrego ucha.

Plotka – kiedy dociera do inteligentnego ucha, umiera

 

 

Czytaj więcej ...
Czytaj mniej ...
15
Gru
2017

NIEPŁODNOŚĆ – CZY TO WYROK?

Na pytanie: „Kiedy wy?”, można odpowiedzieć: „Kochani, chcieliśmy wam powiedzieć, że staramy się o dziecko, ale w tej chwili mamy z tym pewien problem, leczymy się. Jak nas kochacie, to się módlcie albo trzymajcie kciuki, ale nie pytajcie nas o to, bo to dla nas trudne”. Z Bogdą Pawelec, psycholożką, psychoterapeutką rozmawia Karolina Domagalska

Czy osoby leczące się z niepłodności powinny od początku znajdować się pod opieką psychologa? 

Nie, ale lekarz powinien być świadomy tego, że niepłodność to ogromne obciążenie psychiczne, i kiedy pojawią się problemy emocjonalne, obniżony nastrój, zasugerować wizytę u psychoterapeuty. Niestety, nadal niewielu lekarzy przywiązuje do tego wagę. Potrafią powiedzieć: „Niech pani nie idzie do terapeuty, bo on pani w głowie tak namiesza, że pani już na pewno dziecka mieć nie będzie”. To cytat z Krakowa.

Tymczasem niepłodność to choroba stygmatyzowana prawie jak AIDS, tylko AIDS jest trochę niżej w hierarchii. Badania pokazują, że osoby, które leczą się z niepłodności, przeżywają takie emocje jak te, które cierpią na choroby nowotworowe, ciężkie schorzenia kardiologiczne, czyli choroby na granicy życia i śmierci. Dlatego że brak dziecka, świadomość, że po nas nikt nie zostanie, to jest przecięcie granicy życia i śmierci.

Jest to również granica psychiczna, emocjonalna, ponieważ to jest silna potrzeba biologiczna. To nie kaprys typu nowe buty, nowe auto czy wycieczka zagraniczna.

NIEPŁODNOŚĆ – BY NIE TRACIĆ CZASU I NERWÓW

Czy to zawsze jest czysta biologia? 

Tak jest na samym dnie, ale piętro wyżej jest nacisk społeczny. Nie należy go odbierać negatywnie, bo myślę, że on też wypływa z biologii. To najbardziej znienawidzone przez pacjentów pytanie: „Kiedy wy?”, nie jest pytaniem złośliwym, to jest atawizm: kiedy wy też będziecie mieli dziecko, bo jak nie będziecie mieli, to nasze stado zginie.

Zanim pojawią się nieprzyjemne pytania, para pełna nadziei zaczyna „się starać”. 

To jest zazwyczaj radosny czas: robią nastrój, cieszą się, że będą robić „dzidziusia”. No i najczęściej po roku, a jak para jest starsza, czyli ma ok. 35 lat, to po pół roku zaczynają odczuwać niepokój. Więc idą do lekarza – i teraz wszystko zależy od tego, na kogo trafią. Albo na kogoś niekompetentnego, kto będzie ich mamił, przeciągał badania w nieskończoność, albo na profesjonalistę, który zrobi odpowiednie badania i powie, że trzeba się leczyć albo już zdecydować na in vitro. Dlatego warto, żeby pacjenci wiedzieli jak najwięcej o leczeniu, inaczej mogą stracić sporo czasu, nerwów i pieniędzy.

Kiedy w końcu pada propozycja in vitro, zwykle jest szok. Co gorsza, niepłodność jest taką chorobą, w której bardziej potrafimy pomóc parze mieć dziecko, niż odpowiedzieć na pytanie, dlaczego go nie mają.

NIEPŁODNOŚĆ – CZAS NA AKCJĘ UŚWIADAMIAJĄCĄ 

Jak pacjenci reagują na tę diagnozę? 

Wiedzą, że to jest ostateczność w drodze do posiadania własnego biologicznego dziecka. Nie pozostaje im nic innego. Jak zachowujemy się wobec ostateczności? Albo się uda, albo nie.

Słyszy się opinie, że in vitro to pójście na łatwiznę. 

Łatwiznę? Zastrzyki w brzuch, kontrolowanie cyklu, sztucznie wywołana menopauza, bo w przypadku długiego protokołu najpierw podajemy hormony wstrzymujące produkcję komórek, co może przypominać objawami menopauzę. Potem znieczulenie, pobieranie komórek, potem ból, bo to przecież boli. Tych komórek trzeba wydobyć dziesięć, a nie jedną, żeby mieć większą szansę, że kilka się zapłodni. Wiemy, że w naturze na dziesięć zarodków tylko trzy się będą rozwijać. Choćbyśmy wrzeszczeli, że tam jest dziesięcioro dzieci, to i tak statystycznie tylko trzy zarodki przetrwają.

Szkoda, że to nie jest wiedza powszechna. 

To powinna być elementarna wiedza. 15 lat temu, gdy nie było jeszcze akcji „Rodzić po ludzku”, kobieta myślała, że musi być upokorzona. Teraz jest czas na akcję uświadamiającą, czym jest niepłodność.

NIEPŁODNOŚĆ – NIE MOŻNA CZUĆ SIĘ WINNYM 

Jak leczenie niepłodności przeżywają kobiety, a jak mężczyźni? 

Wiele par przychodzi do mnie i używa słowa „wina”. Wtedy pytam: „Czy jak ktoś w pani rodzinie ma cukrzycę, to jest to jego wina?”. No nie jest. I wtedy pani zaczyna mówić dalej, na przykład: „Ja ostatnio na męża tak nawrzeszczałam, że nawet dziecka nie potrafi zrobić”. A mąż siedzi skulony, chciałby zareagować, ale nie może, bo ona jest przecież „biedna”. Wtedy musimy zacząć od początku: że niepłodność jest chorobą jak każda inna, że nie można czuć się winnym za to, że jest się chorym, skoro się do tego nie doprowadziło. „No bo gdybyśmy wiedzieli, to byśmy nie zwlekali i poszli się leczyć wcześniej” – mówią mi pacjenci. Gdyby wiedzieli, toby to zrobili, ale nie wiedzieli i nie zrobili, koniec dyskusji. Muszą wziąć za to odpowiedzialność, a nie nawzajem się oskarżać, chociaż to kobieta częściej oskarża mężczyznę. Mężczyzna nie ma takiego parcia na dziecko.
To również kobiety wybierają lekarzy, umawiają spotkania, pilnują kalendarza. 

Na całym świecie tak jest. Kobiety mają większą potrzebę, mężczyznom się tak nie śpieszy, mają więcej czasu. Choć to nie do końca jest prawda, bo jakość spermy spada w ostatnich latach na łeb na szyję. Mężczyźni mają też opory przed oddawaniem nasienia do badania, bo wiąże się to z masturbacją, a masturbacja to przecież „grzech”. Poza tym wstydzą się, że wszyscy wiedzą, że oni się masturbują. Ale po kampanii społecznej promującej badanie nasienia trochę się to zaczęło zmieniać.

Gdy przychodzą do mnie pary, to najczęściej w terapii pozostaje kobieta, mężczyzna zazwyczaj radzi sobie lepiej. Chyba że problem jest po jego stronie. Kiedy mężczyzna odbiera wyniki badań nasienia i dowiaduje się, że jest wszystko okej, to na jego twarzy pojawia się blask i uśmiech, bo to oznacza, że jest mężczyzną. Mężczyzna musi poczynić kolosalny wysiłek, żeby uwierzyć, że plemniki to nie jest wyraz jego męskości, że on może być supermęski, ale jednocześnie mieć bardzo słabe plemniki. Jeden mądry facet powiedział mi kiedyś, że dla niego wyrazem męskości nie jest brak nasienia, ale to, jak mężczyzna potrafi sobie z tym poradzić.

Skąd się bierze to obwinianie? Przecież na rozum wiemy, że nie jesteśmy winni. 

Obwinianie jest wytłumaczeniem. Kiedy weźmiemy winę na siebie, pojawia się kara i przynajmniej wszystko ma sens. Do tego dochodzi jeszcze myślenie omnipotentne, magiczne. Nie mogę mieć dziecka? To na pewno dlatego, że kiedyś się zabezpieczałam, że za mało chciałam, że zazdrościłam. I teraz mnie spotyka kara. Kiedyś byłam na warsztacie wybitnego psychoonkologa, który mówił, że dla niego najtrudniejszy moment to ten, kiedy pacjent z nowotworem patrzy na niego i krzyczy: „Dlaczego ja?!”. A odpowiedź jest jedyna: „A dlaczego nie?”.

NIEPŁODNOŚĆ – DZIECKO WIRTUALNIE JEST 

Leczenie niepłodności może trwać lata, średnio po dwóch latach pojawiają się konsekwencje psychologiczne w postaci obniżonego nastroju i depresji. W pani książce można znaleźć proste, ale wstrząsające przeliczenie: jeśli ktoś leczy się pięć lat, przeżywa stratę 60 razy. Do czego można porównać stratę, którą pary przeżywają co miesiąc? 

Do utraty dziecka, po prostu. Gdy leczymy się z niepłodności, to raz w miesiącu to dziecko wirtualnie jest, a potem znika, umiera. Co miesiąc huśtawka, góra – dół, nadzieja, że będzie dobrze, i rozpacz, że ciąży nie ma, czyli cały czas życie w żałobie, w rozpaczy i utracie. Jedna z moich pacjentek to pięknie opisała: to jest taka żałoba, której nie można przeżyć do końca, bo za miesiąc jest następna.

Mężczyzna tak samo to odbiera? 

Nie, mężczyzna odbiera tylko ból żony, jeśli ją kocha. Ale często jest tym bardzo zmęczony, chciałby, żeby ona nie miała takiej obsesji, boi się jej o tym powiedzieć, jeśli jest dojrzały, bo wie, że tego nie da się rozwiązać. Mężczyzna, który jest niedojrzały, często odchodzi w komputer, w kochankę, w alkohol, robi się agresywny. Tak, niestety, też bywa. A nawet jeżeli sobie z tym radzą, to ten problem pozostaje. I co miesiąc muszą się zbierać na nowo, a on musi jej dawać wsparcie. Dobrze by było, gdyby ona zrozumiała, że on nie jest w stanie tego wszystkiego unieść i jeszcze zarabiać na to in vitro, bo ona przecież nie może zmienić pracy. Bo jak zmieni, to może nie będzie miała świadczeń, jak się dziecko urodzi. A ono się rodzi np. przez pięć lat.

Nie planują wakacji, większych wydatków, nie spotykają się ze znajomymi, bo co będzie, jak się czymś zarażą. Wszystko podporządkowują ciąży, która może się pojawić. 

Tak, czasami zaczyna się to przeradzać w obsesję. Ale nie można ich za to winić, obsesja jest rozumiana jako coś pejoratywnego: „Głupi jesteś, sam sobie to zrobiłeś”. Jeśli ktoś ma zaburzenia obsesyjne, to nie jest niczemu  winny, bo to jest choroba, a jeżeli zaczyna obsesyjnie myśleć o dziecku, to też nie jest choroba, tylko konieczność, instynkt.

Do tego dochodzą jeszcze problemy z seksem. Ona mówi przez zaciśnięte zęby: „Dziś jest 14. dzień cyklu, musimy iść do łóżka”. On na taki komunikat reaguje impotencją, a jeśli się udaje, to seks staje się mechaniczny i oni nie mają ochoty sypiać ze sobą w międzyczasie.

A lekarz mówi: „Wyluzujcie się”. 

A ja mówię: „Ma pan nowotwór, ciężka chemia przed panem, to niech się pan wyluzuje”.

Rodzina też dorzuca swoje mądrości. 

Pijany wujcio może powiedzieć: „Nie umiesz zrobić dziecka, to ja ci pomogę”, albo matka powie: „Jakżeś nie urodziła, jak miałaś 20 lat, to teraz masz za swoje”. Albo: „Weź sobie to dziecko na ręce, to się zapatrzysz”. A dla niej ostatnia rzecz, na którą ma ochotę, to wziąć cudze dziecko na ręce. I jeszcze się tego wstydzi.

NIEPŁODNOŚĆ – GDY POJAWIAJĄ SIĘ PYTANIA 

Co robić w takiej sytuacji? 

Mówić prawdę, to jest jedyny sposób. Na pytanie: „Kiedy wy?”, można odpowiedzieć: „Kochani, chcieliśmy wam powiedzieć, że staramy się o dziecko, ale w tej chwili mamy z tym pewien problem, leczymy się. Jak nas kochacie, to się módlcie albo trzymajcie kciuki, ale nie pytajcie nas o to, bo to dla nas trudne”. Taktowny nie będzie dalej pytał, nietaktowny zapyta i wtedy możemy mu trochę ostrzej powiedzieć, co o tym myślimy. Nazwanie rzeczy po imieniu jest rzeczą najtrudniejszą, ale najskuteczniejszą. Bo powiedzenie: „Nam się do dzieci nie śpieszy”, „Ja w tej chwili robię karierę”, „Byliśmy na Bahamach”, budzi agresję. Nie musimy też wcale odpowiadać na tysiące pytań i słuchać tysiąca rad, mamy prawo stawiać granicę.
A co może robić otoczenie, które już wie, żeby wspierać? 

Zadawać proste pytania: „Jak mogę ci pomóc? Czego ode mnie oczekujesz?”.

Zazdrość o dziecko to kolejne trudne uczucie związane z niepłodnością. Jak można sobie z nią poradzić? 

Jeśli kobieta ma odwagę, może powiedzieć przyjaciółce albo siostrze: „Tak się cieszę, że masz to dziecko, ale jednocześnie tak mnie boli, że ja go nie mam, tak ci go zazdroszczę”. Tylko nie mylmy tego z zawiścią. Zazdrość jest kreatywna, zawiść – destrukcyjna.

Co z tymi, którzy podejmują próby, ale rezygnują? 

Jest pewien nikły procent kobiet, które miały tak traumatyczne doświadczenia związane z macierzyństwem, relacjami w rodzinie, że pomimo prób nie są w stanie zdecydować się na dziecko. Mam pacjentki, którym mówię: „Ma pani prawo nie chcieć mieć dziecka, jeżeli psychika zwyciężyła biologię”.

Ale dla kobiet, które czują potrzebę biologiczną, sprzeciwianie się jej jest jak bicie się z koniem. Moim zdaniem jest to moment, kiedy para mówi: „Uświadomiliśmy sobie, że nie możemy już dłużej”, albo: „W ogóle nie będziemy wchodzić w tę machinę starania się, bo ona jest potwornie trudna”. I wtedy przychodzą do mnie, zazwyczaj patrząc przerażonymi oczami, czy im wolno przestać się starać. Oczywiście, że wolno.

Ale kiedy słyszę, jak ktoś mówi: „Jest tyle biednych dzieci na świecie, weź sobie zaadoptuj”, to mi się nóż w kieszeni otwiera. Ja nie jestem przeciwko adopcji, to jest wspaniała droga do macierzyństwa i ojcostwa, która wymaga dużej dojrzałości i przygotowania. Ale nie można parze narzucać takiego sposobu starania się o dziecko. To musi być ich i tylko ich wybór.

NIEPŁODNOŚĆ – NIE DLA NAGONKI 

Jak nagonka Kościoła na in vitro wpływa na pani pacjentów? 

Poprosili mnie, żebym zdjęła wizytówkę na dole. Na piętrze, na drzwiach mam napisane tylko „gabinet terapeutyczny”, o niepłodności jest wyłącznie na mojej stronie.

Mam też pacjentów, którzy mówią, że nie wybierają kliniki w swoim mieście, tylko tę 200 km dalej, ponieważ boją się, że ktoś zobaczy ich w poczekalni. Mam jedną parę z małej wsi podhalańskiej, która podjęła decyzję, że wyprowadzają się z kraju – po to, żeby zarobić pieniądze, ale też po to, żeby zrobić w innym miejscu in vitro i wrócić z dzieckiem, żeby nikt nie wpadł na to, że to dziecko z in vitro. Ci ludzie mają taki lęk w oczach, boją się, że jak ktoś na nich spojrzy, to zobaczy, że oni idą do in vitro. Są pary, które nie boją się o tym mówić otwarcie, nie boją się, że ktoś powie: „Jak będziecie żyć ze świadomością, że skazaliście na śmierć siostry i braci swojego dziecka? Wiecie, jakie wam się dziecko z bruzdą urodzi, jakie będzie miało problemy genetyczne?”. I oni, ponieważ są generalnie zdrowi, życie im dało tak zwany kręgosłup związany z tożsamością, stosunkiem do wiary, do siebie samego, potrafią powiedzieć: „Twoim zdaniem jesteśmy mordercami, a naszym nie i na tym poprzestańmy”.

Choć są też pary, które rezygnują z leczenia ze względu na wiarę. Miałam u siebie katolików, którzy musieli wybrać między biologią a wartościami katolickimi. I mimo że kobieta miała depresję i nawet katolicka rodzina namawiała tych ludzi na in vitro, postanowili, że zaadoptują.

Czy zdarza się tak, że niepłodność spowodowana jest wyłącznie psychiką? 

W jakichś 10 proc. tak. Kiedyś przyszła do mnie pacjentka, na oko 16-latka. Kwiatuszki we włosach, guma balonowa, miniówa, konwersy. Okazało się, że ma 28 lat, nie może zajść w ciążę, mimo że medycznie wszystko jest z nią w porządku. Kiedy miała pięć lat, urodził się jej brat, którego rodzice od razu postawili na piedestale, był lepszy, mądrzejszy. Przypomniało jej się, że kiedyś go zamknęła w szafie i mało się nie udusił. Więc uważała, że jej problemy z płodnością są karą za to, że chciała to małe dziecko udusić. Do tego doszła rywalizacja z bratem, która zatrzymała ją na etapie nastolatki: skoro on taki mądry, to ja zostanę z tą gumą balonową. Dopiero przepracowanie tego wszystkiego w terapii, zamiana kwiatuszków na garnitur, dorośnięcie sprawiły, że zaszła w ciążę.

Zdarza się też, że najstarsze córki mają blokadę, bo dziecko kojarzy im się ze zniewoleniem, ponieważ musiały się opiekować młodszym rodzeństwem. 

Czasami, gdy rodzi się młodsze rodzeństwo, to dziecko, które traci pozycję, myśli, że ją odzyska, jeśli będzie wspaniałe i pomoże mamusi. Terapia takiej osoby polega na tym, by uświadomić jej, że ona nie musi, tylko chce, a dzieci nie muszą jej zabrać całego życia.

Zdarza się też, że podświadomie boimy się samej ciąży? 

Jest dużo takich pacjentek i trochę czasu potrzeba, żeby one się do tego przyznały. Niektóre kobiety potwornie boją się porodu, tego, że ktoś będzie na nie krzyczał, że one będą wrzeszczeć, że to będzie wstydliwe, odczuwają lęk przed utratą kontroli.

Ale większość to dwa w jednym – jest powód medyczny, a na niego nakłada się sfera psychiczna: problemy z samooceną, wstyd, obawa przed in vitro, lęk przed wyrzuceniem z Kościoła, przed odrzuceniem przez rodziców, problemy w związku, poczucie winy. Na terapii obieram te wszystkie warstwy cebuli. 

http://www.wysokieobcasy.pl/wysokie-obcasy/1,100961,14918251,Nieplodnosc___czy_to_wyrok_.html?disableRedirects=true

 

 

Czytaj więcej ...
Czytaj mniej ...
24
Sie
2017

offline

W dniach 25.08 – 03.09.2017

gabinet będzie nieczynny.

Na wszelką korespondencję będę odpowiadała od 04.09.2017

Surfing, Aerial

Surfing, Aerial

Czytaj więcej ...
Czytaj mniej ...
13
Lip
2017

SFEJSOWANI….

Kiedy moi pacjenci chcą się przekonać, czy są uzależnieni od Facebooka, proszę ich, żeby nie korzystali z niego przez 48 godzin

Agnieszka Jucewicz

Codziennie w gabinecie słyszę jakąś historię związaną z Facebookiem. Ktoś się z kimś pokłócił na śmierć i życie, inny czuje się coraz gorzej z własnym życiem, kiedy porównuje je z życiem znajomych, a jeszcze inny właśnie odkrył, że jego partner go zdradza – z dr Suzaną Flores, autorką „Sfejsowanych”, rozmawia Agnieszka Jucewicz

Do jednego z pacjentów w trakcie sesji terapeutycznej musiała pani wezwać karetkę. Jego fatalny stan spowodowany był zajściem na Facebooku. Muszę przyznać, że ten fragment pani książki czytałam z pewnym niedowierzaniem. Może być aż tak źle?

– To był ten jeden z niewielu razy w życiu, kiedy po prostu odjęło mi mowę. Mój pacjent nie miał poważnej choroby psychicznej, nie cierpiał na depresję, nie miał zaburzenia osobowości, przychodził do mnie, bo miał bardzo stresującą pracę. Był w okolicach czterdziestki, piastował poważne stanowisko, podobnie jak jego narzeczona, z którą wkrótce mieli wziąć ślub. Tego dnia, z Facebooka, dowiedział się, że zerwała zaręczyny. Nie powiedziała mu tego wprost, tylko zmieniła status – z „zaręczonej” na „w związku z X”. Dodam, że X był najlepszym przyjacielem mojego pacjenta… Okazało się, że od kilku miesięcy mieli romans. Gdyby narzeczona powiedziała mojemu pacjentowi, że odchodzi, też by cierpiał, ale robiąc to na Facebooku, upokorzyła go publicznie i sprawiła, że o jego życiowym nieszczęściu dowiedzieli się wszyscy, którzy mieli dostęp do jego profilu. Tego dnia jego telefon wibrował bez przerwy. Wszyscy chcieli wiedzieć, co się stało, a on był zmuszony do tłumaczenia się z czegoś, czego sam nie rozumiał. To było ponad jego siły. U mnie w gabinecie dostał ataku paniki. W życiu nie widziałam nikogo, kto by z taką ochotą jechał do szpitala psychiatrycznego. Marzył tylko o tym, żeby zabrać mu laptopa, telefon i zakazać odwiedzin. Inny mój pacjent doznał szoku po tym, gdy z Facebooka dowiedział się o śmierci swoich rodziców, którzy zginęli w wypadku samochodowym.

Jak to możliwe?

– Jego kuzynka zamieściła na swoim profilu zdjęcie płonącego samochodu, pisząc, że w tym samochodzie właśnie zginęło jej wujostwo. Tłumaczyła się potem, że musiałaby powiadomić tak dużą liczbę osób, że wolała zrobić to za jednym zamachem. Tak było szybciej, ale też łatwiej, bo dzięki temu nie musiała konfrontować się z bolesnymi reakcjami na wieści o tej śmierci.

Rozumiem, że nastolatki mogą zrobić coś tak bezmyślnego, ale dorośli? To Facebook nas tak ogłupia?

– Obserwuję pewien regres emocjonalny wśród ludzi, którzy według metryki są już dojrzali. Czy jest to wina jedynie Facebooka? Nie sądzę, ale faktycznie jest tak, że dla pewnych ludzi facebookowa rzeczywistość jest po prostu ważniejsza od tej, w której są. To tam toczy się ich życie, tam są ich „przyjaciele”, tam są emocje, ciekawe informacje, tam odbywają się znaczące „rozmowy”. Kiedy na spotkaniach z czytelnikami czy studentami mówię, że FB to iluzja, mam jak w banku, że zaraz ktoś krzyknie: „Ależ co pani opowiada!”. Często to są ci sami ludzie, którzy w realnym życiu zaniedbują obowiązki, relacje z bliskimi, zdrowie. Tak ich ta facebookowa rzeczywistość wsysa. Przypadki klientów, którzy skończyli na ostrym dyżurze w szpitalu psychiatrycznym, są ekstremalne, spotkałam tylko trzy takie osoby, ale codziennie w gabinecie słyszę jakąś historię związaną z Facebookiem. Ktoś się z kimś pokłócił na śmierć i życie, ktoś inny cierpi, bo zaszło jakieś nieporozumienie, którego nie potrafi wyjaśnić twarzą w twarz, inny czuje się coraz gorzej z własnym życiem, kiedy porównuje je z życiem znajomych, a jeszcze inny właśnie odkrył, że jego partner go zdradza. Podobno już w 20 proc. spraw rozwodowych w Ameryce pojawia się temat Facebooka.

Mam też coraz więcej pacjentów, których poczucie sensu i własnej wartości zależy od tego, ile dostaną „polubień” pod postami. Dramat polega na tym, że zależność od cudzej akceptacji jest zabójstwem dla poczucia własnej wartości. Takie błędne koło.

Większość ludzi naprawdę nie zdaje sobie sprawy, jak Facebook oddziałuje na psychikę, i korzysta z niego w bezrefleksyjny sposób. Od siebie dodam, że większość ludzi nie zdaje sobie też sprawy z tego, jak bardzo są samotni i co ich pcha do korzystania z tego medium.

Oficjalnie w diagnostyce nie istnieje jednak taka jednostka jak „uzależnienie od Facebooka”.

– Jeszcze nie, acz moim zdaniem powinna. Objawy są te same co w przypadku innych behawioralnych uzależnień, jak zakupoholizm, hazard, seksoholizm. Facebook jest jak automat do gier: czasem się wygrywa, czasem przegrywa, ale nie można przestać, bo to, że się raz wygrało, sprawia, że wraca się po więcej. Na Facebooku tymi „wygranymi” są reakcje na nasze posty, ciekawe statusy znajomych, interesujące informacje, wymiana zdań, która podbudowuje ego. Pobudzany jest układ nagrody w mózgu i uwalnia się dopamina, tzw. hormon szczęścia, który sprawia, że pragniemy, aby ten stan nigdy się nie kończył. Proszę zauważyć, że na FB otaczamy się głównie ludźmi, którzy są podobni do nas, którzy nas lubią, więc te wszystkie komentarze i reakcje na nasze posty są w dużej mierze pozytywne. Naprawdę jest więc po co wracać!

Kolejny czynnik, który sprzyja uzależnieniu, to sama struktura Facebooka. Wszyscy nasi „przyjaciele”, a ja bym raczej użyła słowa „kontakty”, stają się naszą widownią, a my – performerami, którzy chcą dobrze przed nią wypaść, więc staramy się grać, jak najlepiej umiemy, i czujemy się odurzeni, kiedy biją brawo. Są osoby, które, gdy stwierdzą, że nie dostały wystarczająco dużo „lajków” za swój post, kasują go albo poprawiają, żeby osiągnąć lepszy wynik i w ten sposób dostać swoją „działkę”.

Podobno co czwarta osoba na Facebooku przedstawia nieprawdziwe informacje na swój temat.

– Są tacy, którzy grają w stu procentach, ale większość z nas w jakimś stopniu oszukuje. Najczęściej pokazujemy pozytywne aspekty siebie, a te, których się wstydzimy, ukrywamy, więc to, kim jesteśmy na Facebooku, to zredagowana wersja naszego „ja”. Proszę spojrzeć choćby na zdjęcia profilowe – ile osób wygląda na nich tak jak w rzeczywistości? Kadrujemy, dobieramy odpowiednie filtry albo zamieszczamy zdjęcia sprzed dziesięciu lat, kiedy ważyliśmy o pięć kilo mniej. Albo statusy – dokładnie przemyślane, wyedytowane, takie, które mają świadczyć o tym, że jesteśmy zabawni, inteligentni, że nasze życie to pasmo sukcesów. Większość ludzi stara się wypaść na tej facebookowej scenie jak najkorzystniej. Pokażą zdjęcie dziecka z dyplomem za wygrane zawody, ale zdjęcia z karczemnej awantury nad pracą domową już nie.

Często słyszę protest: „Ja? Ja jestem autentyczny!”. Wtedy proszę taką osobę, żeby sobie przypomniała, kiedy ostatnio, pisząc status, skasowała go i napisała od nowa przed publikacją, albo – czy zdarzyło się jej wyretuszować zdjęcie. To edytowanie „ja” jest na Facebooku czymś normalnym, ale rzeczywistość jest przecież nieidealna i nieprzewidywalna. Wyglądamy, jak wyglądamy, nie zawsze mamy się czym pochwalić, zdarza się nam coś chlapnąć bez sensu, czego nie da się już cofnąć. Pomiędzy tymi dwiema rzeczywistościami istnieje przepaść.

Nie powiedziałam jeszcze o jednym. Uważam, że nie mielibyśmy takiego problemu z uzależnianiem się od Facebooka, gdyby nie smartfon, to nasze współczesne przedłużenie ręki. Internet w telefonie, te wszystkie powiadomienia typu „push”, które dźwiękiem przypominają o każdej aktywności na Facebooku, to poważny wyzwalacz, który wymusza na nas natychmiastową reakcję i sprawia na przykład, że osoba siedząca naprzeciwko nas staje się mniej ważna. To mnie bardzo niepokoi.

Co dokładnie?

– To, że cyfrowe kontakty coraz liczniejszej grupie ludzi zaczynają zastępować kontakty w realu. Niektórym wydaje się, że ponieważ prowadzą tyle rozmów na Facebooku, nie potrzebują już spotkań z ludźmi twarzą w twarz. Dochodzi do tak absurdalnych sytuacji, że znajomi się irytują, kiedy dzwonimy, żeby im złożyć życzenia urodzinowe, bo przecież mogliśmy im je złożyć na „wallu”. Sztuka konwersacji też powoli zamiera, bo ludzie coraz częściej komunikują się krótkimi zdaniami, w biegu, albo jednocześnie prowadzą kilka wirtualnych rozmów.

Wiara w to, że kontakty wirtualne i realne są tożsame, to złudzenie, za które prędzej czy później przyjdzie zapłacić. Bo człowiek jest stworzeniem pięciu zmysłów. Spotkanie, podczas którego możemy naszego przyjaciela dotknąć, spojrzeć mu głęboko w oczy, usłyszeć jego głos, jest zupełnie innym rodzajem kontaktu niż pogaduszki na czacie. To pierwsze karmi naszą psychikę. Zresztą coraz więcej jest badań, które wskazują, że długotrwałe korzystanie z mediów społecznościowych zwiększa ryzyko depresji i zaburzeń lękowych.

Choć są i takie, które pokazują, że media społecznościowe umożliwiają ludziom samotnym czy introwertycznym nawiązanie relacji.

– Nawiązanie tak, ale jeśli chcą tę relację rozwinąć, pogłębić, muszą do tego człowieka wyjść, poznać go. Ciągle słyszę od ludzi, że zakochali się w kimś, kogo poznali na Facebooku, mimo że jeszcze go nie widzieli. Poprawiam ich wtedy: „Nie zakochaliście się w prawdziwej osobie, tylko w avatarze. W wyabstrahowanej wersji tego człowieka”. Nie twierdzę, że taki związek nie ma szans, ale na razie ta „miłość” jest miłością pewnej ułudy.

Mówi pani, że większość osób na Facebooku dba o to, żeby pokazać się w jak najlepszym świetle, ale są takie, które, kiedy na przykład przechodzą trudny okres, traktują Facebook jak idealne miejsce do zwierzeń. Myślę teraz o znajomej w trakcie rozwodu, która bez przerwy zwierza się na Facebooku ze swojej trudnej sytuacji, najczęściej pisząc coś nieprzychylnego o mężu. Co jej to daje?

– Różne są sposoby na zabieganie o akceptację. Jedni pozują na półbogów i dzieci szczęścia, inni, jak pani znajoma, postanawiają się zwierzać ze swoich problemów 300 znajomym naraz. I w jednym, i w drugim chodzi o to samo: „Napiszę coś, a wy mi powiedzcie, ile jestem warta”. Zdrowiej by było w przypadku pani koleżanki poszukać wsparcia w realu, wśród kilku zaufanych ludzi, ale widocznie wydaje się jej, że to nie wystarczy. Poza tym Facebook sprawia, że ludziom puszczają hamulce, a granica pomiędzy tym, co intymne, a co nie się znacznie przesuwa. Ekran komputera czy smartfona jest tarczą, za którą można się schować, tworzy dystans, więc ludzie mają poczucie, że więcej im wolno. Odzierają się z intymności i nawet nie czują, że posunęli się za daleko. A kiedy pani znajoma napisze, jaki jej mąż jest okropny albo jak jest jej trudno, to najprawdopodobniej zaraz usłyszy: „On nie jest ciebie wart”, „Dobrze zrobiłaś, że zdecydowałaś się odejść.” I od razu poczuje się lepiej.

To źle?

– W doraźnym szukaniu wsparcia czy potwierdzenia na Facebooku nie ma niczego złego. Problem zaczyna się wtedy, kiedy Facebook zaczyna być głównym czy jedynym źródłem wsparcia, czy też poczucia własnej wartości. Bo to odbiera siłę naszemu własnemu wewnętrznemu głosowi, osłabia naszą intuicję, upośledza nasz osąd co do tego, czym powinniśmy się dzielić, czym nie. Jeśli zaczynamy polegać w sprawie tego, kim jesteśmy i ile jesteśmy warci, tylko na Facebooku, to w rzeczywistości narażamy się na cierpienie, emocjonalny chaos, a przede wszystkim na niezgodę na to, kim jesteśmy naprawdę. Bo, jeśli pokazujemy światu tylko to, co chcemy pokazać, to i ten świat, i my z czasem chcemy tylko to widzieć.

Jest takie powiedzenie: „Przyjaciele powiedzą ci to, co chcesz usłyszeć, ale najlepsi przyjaciele powiedzą to, co powinieneś usłyszeć”. Na Facebooku częściej mamy do czynienia z tymi pierwszymi. A świat, w którym wszyscy mówią ci to, co chcesz usłyszeć, nie wydaje mi się dobrym światem.

Opieranie własnego poczucia wartości na opinii innych wydaje mi się niebezpieczne też z tego powodu, że te opinie są zmienne.

– Opinie są jak fale, jednego dnia wynoszą cię na górę, innego zatapiają. Celebryci przerabiają te lekcje codziennie, ale coraz częściej też zwykli ludzie, którzy swoje szczęście budują na „lajkach”. Tracą wiarę we własną ocenę i nieuchronnie lgną do tych, którzy oceniają ich przychylnie. To zagrożenie ma wymiar nie tylko indywidualny, ale również społeczny. Ludzie ślepną na opinie tych, którzy mają odmienne poglądy, odmienne wartości. Tak sobie dobierają znajomych na Facebooku, żeby się z nimi zgadzać, żeby było miło, tyle że zamykanie się we własnej bańce jest szalenie niebezpieczne. Jaki może mieć skutek, widać choćby na przykładzie ostatnich wyborów prezydenckich w Stanach Zjednoczonych. Wielu ludzi wciąż nie może dojść do siebie. Nie wiedzą, jak to się stało, że Trump wygrał, skoro „nikt ze znajomych na Facebooku na niego nie głosował”! Wydaje się, że Facebook to kopalnia wiedzy, wrota do całego świata, tymczasem okazuje się, że on potrafi bardzo ograniczyć naszą perspektywę. Na Facebooku nie ma specjalnie miejsca na ironię, na głębszą refleksję, bo on wymusza natychmiastową reakcję. Jest komentarz, jest odpowiedź. Przyszła wiadomość, trzeba odpisać, itd. Mnie osobiście ta impulsywność przeraża. Kiedy rozmawiam z nastolatkami i milenialsami, wielu z nich mówi, że nawet rozmowa telefoniczna jest już dla nich niekomfortowa. Oni wolą się porozumiewać SMS-ami, wiadomościami, tweetami albo obrazkami.

Co im tak przeszkadza w rozmowie twarzą w twarz?

– Pauzy. Nie znoszą tego, że ktoś milknie, zastanawia się, zawiesza głos. Jeśli ktoś nie reaguje błyskawicznie w mediach społecznościowych, to oznacza, że albo jest zajęty, albo padła mu bateria. Pauzy w zdaniu, w żywej rozmowie, wzbudzają niepokój. To jest pokolenie, które jest przyzwyczajone do natychmiastowych reakcji. Gdzie tu miejsce na namysł? Na refleksję?

Z drugiej strony to właśnie młode pokolenie odpływa z Facebooka.

– Odchodzą, ale do innych platform społecznościowych, gdzie jest mniej „dramatów”. Facebook jest dla wielu nastolatków obciachowy, również przez to, co wyprawiają na nim ich 40-50-letni rodzice. Te wszystkie selfie w łazience, to obnażanie szczegółów życia prywatnego (również tych dotyczących ich dzieci), te prowokacyjne posty, komentarze, kłótnie. To ich żenuje. Pytała mnie pani, czy Facebook sprawia, że głupiejemy. Jest jeszcze jedna ważna rzecz, o której należy pamiętać. Ludzie, którzy znajdują się w szponach uzależnienia, nie zachowują się racjonalnie. Oni zrobią wszystko, żeby zdobyć swoją „działkę”, nawet jeśli to będzie głupie, żenujące i złe.

Mówi pani, że dziś wiele osób, przeżywając coś, czuje natychmiastowy przymus, żeby się tym podzielić. Czy bywa i tak, że ludzie decydują się na jakieś doświadczenie tylko po to, żeby pochwalić się tym na Facebooku?

– Oczywiście. Część ludzi, zamiast być tu i teraz, traktuje dane doświadczenie jak status, który zaraz wrzuci na Facebooka. My w ogóle jesteśmy coraz słabsi w zatrzymywaniu w sobie emocji, zwłaszcza tych przykrych. W byciu sam na sam z różnymi stanami, nastrojami, myślami. Czujemy się zobligowani do tego, żeby je z siebie natychmiast wyrzucić. Niezwykłe jest to, że ta potrzeba występowania na Facebooku czasem bierze górę nad zwykłą ludzką przyzwoitością. Zdarza się na przykład, że ludzie, zamiast pomóc, nagrywają zamieszki, wypadki samochodowe, oznaczają się na zdjęciach w jakimś dramatycznym wydarzeniu po to, żeby się móc pochwalić na Facebooku, że są jego świadkami. To dopiero świadczy o tym, jak bardzo jesteśmy sfejsowani.

Sugeruje pani, że powinniśmy zrezygnować z Facebooka?

– Nic podobnego. Uważam, że to bardzo przydatne narzędzie do komunikacji, ale namawiam, żeby korzystać z niego bardziej świadomie. Nie traktować go jak równie wartościowej, jeśli nie bardziej wartościowej rzeczywistości. Idziesz na koncert? To posłuchaj muzyki, nie sięgaj od razu po telefon. Podróżujesz? Nie musisz wszystkiego nagrywać i wrzucać na Fejsa. Popatrz, doświadcz, bądź obecny, zachowaj coś dla siebie, znacznie bardziej na tym skorzystasz.

Kto jest najbardziej podatny na uzależnienie się od Facebooka?

– Każdy może się uzależnić. Im więcej czasu tam spędza, tym bardziej prawdopodobieństwo rośnie. Ale kluczem jest zadowolenie z życia, tego realnego. Im bardziej czujemy się autentycznie spełnieni, tym mniejsze zagrożenie, że Facebook nas wciągnie.

Jakie są symptomy tego, że się już przekroczyło granicę rozsądku?

– Sprawdzanie Facebooka tuż po przebudzeniu, a potem kilkanaście razy w ciągu dnia i tuż przed zaśnięciem. Poczucie, że coś ważnego nas omija, jeśli nie sprawdzamy, co się tam dzieje, wystarczająco często (to tzw. FOMO – fear of missing out), albo że to, co się dzieje na Face- booku, jest ważniejsze, atrakcyjniejsze od tego, co nas spotyka w rzeczywistości. Nieudane próby ograniczenia korzystania z Facebooka albo zrezygnowania z niego w ogóle. Kolejne straty: pogorszenie jakości pracy, relacji. Poczucie, że nasza aktywność na Facebooku nas wyczerpuje, pozbawia energii, rozprasza. Poczucie wyalienowania, stany lękowe.

Kiedy moi pacjenci chcą się przekonać, czy są uzależnieni od Facebooka, proszę ich, żeby nie korzystali z niego przez 48 godzin. Jeśli są w stanie to znieść bez zagryzania zębów, to najprawdopodobniej wszystko z nimi w porządku. Niestety, przewiduję, że uzależnionych będzie przybywać, bo taka jest natura mediów społecznościowych. Również osób z problemami na tle impulsywnych zachowań i koncentracją uwagi.

Właściciele Facebooka dbają, żeby nas zatrzymać. Konto można zawiesić, ale łatwo je przywrócić, natomiast zupełna likwidacja konta jest trudna. Nie mówiąc o tym, jak wiele wydarzeń ogłasza się już tylko na Facebooku.

– Niektórzy twierdzą, że Facebook się kończy, że coraz więcej ludzi z niego rezygnuje. Moim zdaniem Facebook i inne media społecznościowe donikąd się nie wybierają. Nie ma co liczyć na to, że znikną i w ten sposób pozbędziemy się problemu. Musimy się nauczyć z nich mądrze korzystać. Warto, żeby każdy zadał sobie pytania: Dlaczego w ogóle tam jestem? Czy np. traktuję to jedynie jako narzędzie pracy? Wyobrażam sobie, że np. w pani zawodzie i kilku innych Facebook bardzo się przydaje. Ale może jest tak, że tak naprawdę nie jestem zadowolony ze swojego życia, a Facebook pozwala mi o tym zapomnieć? Uciec od rzeczywistości? Jaką pustkę nim wypełniam? I co w takim razie mogę zrobić ze swoim realnym życiem, żeby nie musieć od niego uciekać?

Wszystko jest dla ludzi. Facebook też, ale jeśli ktoś czuje, że jego obecność tam mu szkodzi, że te wszystkie informacje, aktualizacje, porównywanie się sprawiają, że czuje się przybity, niespokojny, to może powinien zrobić sobie przerwę? Albo solidnie popracować nad ustawieniami na Facebooku. Czy wie pani, że ponad 13 mln użytkowników nie tknęło swoich ustawień prywatności? Publikują jak leci, tak że każdy ma do tego dostęp. Mamy wybór, co i komu chcemy pokazać. Na szczęście Facebook daje nam takie opcje. Mamy też wybór, co chcemy czytać i oglądać. Irytującego znajomego nie od razu trzeba blokować, można ukryć jego posty.

Co jeszcze można zrobić, żeby w zdrowszy sposób korzystać z Facebooka?

– Ludzie często pytają mnie, co mogą zamieszczać na Facebooku, a czego nie powinni. Nie mnie o tym decydować. Ja się kieruję taką zasadą: jeśli czułabym się swobodnie, ogłaszając coś przez megafon w towarzystwie znajomych w miejscu publicznym, np. w ulubionej kawiarni, to znaczy, że mogę się tym podzielić na Facebooku. Ze zdjęciami jest jeszcze inaczej. Wszystko, co „wrzucamy” na Facebooka, nawet jeśli widzą to tylko nasi znajomi, tam zostanie. Nie wiemy, jak to zdjęcie może zostać użyte. A może ktoś je skopiuje i pośle dalej? Zastanowiłabym się też, jakie kierują mną motywy: czy publikuję coś, bo szukam potwierdzenia? Czy może chcę wzbudzić u kogoś zazdrość? Czy jest to produkt mojej biernej agresji, żeby komuś dopiec? Co chcę przez to uzyskać? Wzbudzanie zazdrości, poszturchiwanie innych, prowokowanie kłótni, pozowanie na wiecznie niezadowolonego albo przeciwnie – odnoszącego same sukcesy. Wszystko to oznaki braku pewności siebie. Osoby mocno osadzone w sobie unikają takich zachowań.

A co robią na Facebooku?

– Na przykład dzielą się ciekawymi informacjami, są pozytywne, ale bez przesady, poprawiają innym nastrój albo w ogóle rzadko coś publikują, bo zajmują się innymi, ważniejszymi rzeczami. Najczęściej nie mają żadnej strategii w swoich postach, czasem dzielą się swoimi przemyśleniami, czasem informują o tym, co dla nich ważne. Na pewno nie używają Facebooka do tego, żeby ranić innych czy kreować alternatywną rzeczywistość.

Co by pani radziła, jeśli chodzi o częstotliwość zaglądania na Facebooka?

– Trudno coś odgórnie narzucać, bo są ludzie tacy jak pani, dla których Facebook to narzędzie pracy. Zanim narzucimy sobie jakąś dyscyplinę, w ogóle warto się przyjrzeć, ile czasu spędzamy na Facebooku, prowadząc przez kilka dni uczciwy dzienniczek. Może się okazać, że wchodzimy tam trzy razy dziennie na kilka minut, i dobrze, a może się okazać, że w sumie spędzamy tam po kilka godzin. Jeśli uznamy, że czas na zawieszenie konta na Facebooku, pamiętajmy, że na początku może nas spotkać nieprzyjemny zespół odstawienia – wzmożony niepokój, lęki, obsesyjne myśli. Z czasem to powinno ustąpić, a jeśli nie, może warto skontaktować się ze specjalistą.

Co z tymi, którzy czują, że przekroczyli granicę zdrowego rozsądku, ale nie mogą zupełnie zrezygnować z Facebooka, no bo właśnie na przykład potrzebują go do pracy?

– Ważne, żeby za każdym razem, kiedy wchodzą na Facebooka, przypominali sobie, po co to robią. Nie dla rozrywki, nie dla zabicia nudy, nie dla polepszenia sobie nastroju, ale właśnie ze względów zawodowych.

Ma pani jakieś własne zasady dotyczące korzystania z Facebooka?

– Mam, bo to, że jestem świadoma tych wszystkich mechanizmów, nie oznacza, że jestem na nie odporna. Zaglądam na Facebooka trzy razy dziennie po kilka minut. Jeśli nie widzę niczego szczególnie istotnego, wylogowuję się. Często jestem pytana: „A jeśli ominie panią jakaś ważna informacja? Tekst? Zaproszenie?”. Jeśli to jest naprawdę ważne, to prędzej czy później do mnie dotrze, być może jakimś innym kanałem. Podobnie, jeśli ktoś będzie chciał się ze mną skontaktować. Facebook nie jest jedynym miejscem, gdzie można mnie znaleźć. Mówiąc to, jednocześnie wiem, że łamię te zasady. Podczas ostatniej kampanii wyborczej siedziałam z nosem przyklejonym do telefonu i nie potrafiłam się powstrzymać. Też dlatego, że w dużej mierze ta kampania toczyła się w mediach społecznościowych. Trump przecież powiedział jakiś czas temu, że wybory wygrał dzięki Twitterowi. I jest w tym stwierdzeniu coś przerażającego.

Same media społecznościowe nie są problemem. Problemem jest to, do czego i w jaki sposób ludzie ich używają. Ja mam ostatnio wrażenie, że coraz częściej używają ich do poniżania, ranienia i dziobania innych. Ale media społecznościowe mogą też inspirować, mobilizować do zaangażowania, do zmiany, dać głos tym, którzy są go pozbawieni. Dobrym przykładem jest choćby ostatni marsz kobiet w USA przeciwko dyskryminującej polityce nowego prezydenta. Początkowo ten marsz miał odbyć się tylko w Waszyngtonie. Dzięki m.in. Facebookowi podobne marsze odbyły się w wielu miejscach na świecie. Facebook jest jak wszystko, co ma potężną moc. Można go użyć do czynienia dobra, a można – do czynienia zła.

Dr Suzana Flores – licencjonowana psycholożka kliniczna, wykładowczyni m.in. w The Chicago School of Professional Psychology. Prowadzi prywatną praktykę terapeutyczną. Jej książka „Sfejsowani. Jak media społecznościowe wpływają na nasze emocje” ukaże się w marcu nakładem wydawnictwa Muza SA

10 sposobów na oderwanie się od mediów społecznościowych:

* Wyloguj się z Facebooka, kiedy skończysz zmieniać status.

* Wyłącz wszelkie powiadomienia na swoim laptopie i telefonie.

* Uśpij komputer i umieść go razem z telefonem w innym pokoju, zanim pójdziesz do łóżka.

* Zapewniaj siedzącej przed tobą osobie swoją całą, niepodzielną uwagę i oczekuj tego samego.

* Kiedy bierzesz kąpiel, zostaw urządzenia mobilne za drzwiami łazienki.

* Ogranicz się do zaglądania na Facebooka trzy razy dziennie na pół godziny.

* Postaw w jadalni lub kuchni koszyk, w którym będą lądować telefony podczas posiłków.

* Nie korzystaj z żadnej elektroniki po 22.

* Postaraj się poświęcić taką samą ilość czasu na podtrzymywanie swoich znajomości poza internetem.

Dziewięć oznak uzależnienia:

(mogą wystąpić jednocześnie lub osobno, na podst. „Sfejsowanych” dr Suzany Flores)

PRZEJMOWANIE SIĘ – często masz myśli o facebookowych doświadczeniach, czy to przeszłych, przyszłych, czy wyobrażonych.

TOLERANCJA – jak w każdym uzależnieniu, czujesz, że chcesz spędzać na Facebooku coraz więcej czasu, żeby uzyskać tę samą dozę przyjemności czy ekscytacji.

POGOŃ – nadmiernie skupiasz się na swoich statusach nakłaniających do odpowiedzi albo reakcji ze strony znajomych.

RYZYKO W ZWIĄZKACH – spędzasz zbyt wiele czasu na Facebooku i w mediach społecznościowych pomimo regularnych próśb ze strony partnera, żeby tego nie robić, albo utrzymujesz z kimś sekretną relację na portalu, mimo że ryzykujesz kryzys bądź rozpad związku.

RYZYKO UTRATY SZANS – nie możesz się wylogować z Facebooka na wystarczająco długo, by skupić się na pracy, nauce, czy też innych osobistych szansach, nawet jeśli ryzykujesz ich utratę.

KŁAMSTWO – kłamiesz swoim przyjaciołom, członkom rodziny, terapeucie lub współpracownikom w kwestii ilości czasu, który rzeczywiście spędzasz na Facebooku.

UTRATA KONTROLI – nieskutecznie próbowałeś zmniejszyć ilość spędzanego na Facebooku czasu lub orientujesz się, że nie jesteś w stanie zupełnie skasować swojego konta.

UCIECZKA – spędzasz czas na Facebooku, by poprawić sobie nastrój lub uciec od problemów.

GŁÓD – w ekstremalnych przypadkach doświadczasz drażliwości i pobudzenia podczas prób zaprzestania bądź ograniczenia korzystania z Facebooka.

Tekst pochodzi z miesięcznika „Wysokie Obcasy Extra” nr 3, wydanie z dnia 16/02/2017.

facebook-cho-dung-bi-danh-2-

 

Czytaj więcej ...
Czytaj mniej ...
27
Mar
2017

FANTAZJE EROTYCZNE…

z dr. Alicją Długołęcką rozmawia Paulina Reiter

Bądźmy paniami samych siebie, swojej seksualności. Nie oczekujmy księcia na białym koniu lub dominującego hydraulika, by wyzwolił w nas jakiegoś demona. Jeśli chcemy ostrego rżnięcia, to zapewne chcemy też lizania za uchem i dmuchania w kark. W pełni jest pies pogrzebany. W nomenklaturze seksuologicznej o fantazjach kobiecych się mówi „secret garden”.
A o ogród trzeba zadbać.

Poprosiłyśmy czytelniczki „Wysokich Obcasów”, by przesyłały nam swoje fantazje erotyczne. I przyszły.
Dołączyły do fantazji, które zbieram od lat. Powstanie książka. Zbieram je z uwagą, bo dzięki nim można dotknąć istoty kobiecej seksualności. Zazwyczaj fantazje erotyczne traktuje się jako produkt uboczny seksualności. Ja sądzę, że stanowią jej rdzeń. Jakie było pani pierwsze wrażenie po przeczytaniu fantazji czytelniczek?

To często literatura erotyczna, świadcząca o dużej wrażliwości. Bałam się wulgarności. W artykułach o fantazjach erotycznych kobiet najczęściej pojawiają się stada hydraulików i czarnoskórzy strażacy gwałciciele z wielkimi sikawkami.

A coś w tym złego? Od razu uprzedzam, że nie będziemy wartościować fantazji, bo to wolna strefa naszej wyobraźni. Nie uniknęłyśmy jednak subiektywizmu i w ramach „konkursu” wybrałam tę, która jest wielowymiarowa, symboliczna i bardzo zmysłowa. Czytelniczka pisze: „Nadróbmy to szybko. Ziemia jest jeszcze zimna, jej zapach przygniata sterczącą zieleń traw. Uginamy się pod ciężarem kwietnia. Zdjęłam kurtkę, żeby położyć ci pod plecy. Trzęsę się, choć wcale nie jest zimno. Już dawno zapomniałam o posiwiałej korze, szronie i kamieniach(…).Czytałam, że w takich chwilach powinno się czuć euforię i szaleć, tracić panowanie nad sobą. Ja wolę patrzeć jak drżą ci powieki i bieleją ramiona. Jest ciepło, spójrz, właśnie zakwitła pierwsza dzika śliwa. Kwiecień wdziera się do serc”.

O czym świadczą nasze fantazje?

Możemy oczywiście traktować je jako wyraz pewnych tęsknot, ale nie diagnozujmy czy zaspokojonych czy nie. Interpretacja każdej nadesłanej fantazji byłaby nadużyciem. Nie znając kontekstu życiowego ich autorek to nie ma sensu. Sprowadzałoby się do prostackiej konkluzji, że oto jakieś niezaspokojone kobiety spisały swoje fantazje. Możemy to potraktować jako intymną, otwartą dyskusję na temat ścieżek kobiecej wyobraźni- tylko i aż tyle. Też byłam zaskoczona, jak subtelne są fantazje czytelniczek WO. To tak, jakby kobiety w Polsce, prawdopodobnie te o otwartych umysłach, wykształcone, zapracowane, mieszkanki miast, bardzo tęskniły za niuansami emocjonalnymi i prawdziwą zmysłowością. Ogarnęła mnie seksuologiczna melancholia, przypomniały mi się słowa profesor Magdy Środy, że wiele Polek jest już gotowych na partnerstwo, a polscy mężczyźni o wiele rzadziej. Bo te fantazje są wyrazem rozbudzenia na „głębszych poziomach” i otwartości na seks. I to nie tak, jak się stereotypowo kojarzy wyzwolenie, że kobiety są gotowe na przekraczanie wszelkich granic i odgrywanie gwiazd porno. Często we wstępie do tych fantazji pojawiała się uwaga, że czytelniczki marzą, by je zrealizować z mężem, po kilku latach małżeństwa. Albo, że mają mężów i dzieci, ale marzą o mężczyznach z przeszłości. Albo, że jeszcze nie są na takim etapie znajomości, żeby przed mężczyzną, z którym są, w pełni się otworzyć, ale ich fantazje są wyrazem ich gotowości na pełne przeżywanie seksu. Szkoda, że z jakichś przyczyn nie mogą realizować tych potrzeb.
Jedna z czytelniczek pisze: „Choć innym moja fantazja erotyczna wyda się codziennym zwykłym seksem marzę o tym, by mój partner mnie dotykał przy przygaszonym świetle w pokoju, w blasku świec, gdy ja w seksownej bieliźnie leżę bezpiecznie na środku wielkiego łóżka, w ciemnoczerwonej jedwabnej pościeli. Kochamy się bez pośpiechu, tym razem jest tylko dla mnie.”

„Tym razem jest tylko dla mnie”- to ważne. I to, że się kochają. Najprostszy wyraz erotycznej tęsknoty. W tej wypowiedzi wyczuwa się presję, że jeśli chcemy się uważać za kobiety otwarte, powinnyśmy pójść w kierunku jakiegoś ekstremum. Pseudoestremum oczywiście. To raczej wzorce promowane przez kulturę masową. Często kompletnie rozmijają się z naszymi marzeniami i emocjami. Smutne, ze wyrażanie potrzeb seksualnych w prosty, oczywisty sposób uznajemy za wstydliwe. Tak jak rozmawianie o chorobie i śmierci. Potrafimy swobodnie rozmawiać o punkcie g i o orgazmie. A o zwykłej, ludzkiej potrzebie bliskości erotycznej już nie, bo to krępujące.

Po co fantazjujemy?

Wiadomo od tysięcy lat, że kobiety mają olbrzymią wyobraźnię erotyczną, a jeśli jest to poparte praktyką, to się robią „nienasycone”. Takie opinie obowiązują w islamie i hinduizmie, pośrednio w chrześcijaństwie, gdzie właśnie z tych powodów przykłada się dużą wagę do kontroli kobiecej seksualności. Seks zaczyna się w głowie. Jeśli więc pani pyta o funkcje fantazji to podstawową jest to, że stymuluje nas seksualnie. Tak jak pornografia podnieca mężczyzn, tak fantazje podniecają kobiety. Wyobraźnia erotyczna to trzon naszej seksualności. W literaturze seksuologicznej podkreśla się, ze mężczyźni są ubożsi w tej sferze. Ja jak zwykle stanę w ich obronie i postawię tezę, że ta różnica to raczej kwestia wzorców kulturowych i treningu.

Czy to znaczy, że kobieta która nie fantazjuje jest zblokowana?

Być może tak. Bardzo zachęcam kobiety do fantazjowania. Ale świadomego.

Czyli?

Można to porównać do medytacji- świadomego kierowania swojej uwagi na energię seksualną. W nomenklaturze seksuologicznej fantazje kobiece określa się mianem „secret garden” – „tajemniczy ogród”. A o ogród trzeba zadbać. Można go pielęgnować, kreować, zmieniać. On sam zmienia się w zależności od pór roku, fazy życia, nastroju. Możemy odkrywać w nim różne zakątki, posadzić w nim egzotyczne i piękne rośliny. Świadome fantazjowanie polega na tym, że same podejmujemy decyzję o tym, że to robimy lub nie. Wybieramy sobie czas i miejsce. Trenujemy w ten sposób wyobraźnię erotyczną.

Jak rozwijać swoje fantazje, jeśli jesteśmy zblokowane.

A jak pani myśli?

Może przez literaturę, film. Pamiętam jak ogromne wrażenie zrobiła na mnie skandaliczna książka Pauline Rege „Historia O.”

A na mnie opowiadania Anais Nin, które czytałam już jako dorosła kobieta. Literatura i filmy mogą nas poruszyć, sprawić, że odkryjemy, że coś nam zdecydowanie pasuje, jest zgodne z naszymi wewnętrznymi skryptami, ukrytymi przed nami samymi. Możemy też oglądać pornografię np. tę kobiecą, o której rozmawiałyśmy, ale dobrać taką, która przemawia do naszej wrażliwości. Nie warto zapychać wyobraźni byle czym.

W tym naszym ogrodzie są nie tylko piękne lilie, ale można też tam spotkać przerażające bestie.

Mogą tam znaleźć się rzeczy nie do końca zgodne z kanonami piękna, ale mające dla nas osobisty urok. Kojarzy mi się „Raz w roku w Skiroławkach” Nienackiego, kultowa książka w latach 80, musiałam to czytać jak byłam dość młoda. Był tam opis erotycznych spotkań młodej dziewczyny z nieznajomym mężczyzną w pociągu skojarzony z zapachem suszonych śliwek. Ten zapach miał dla niej już na zawsze seksualny wymiar. Ale nie każdemu musi odpowiadać zapach zeschniętych śliwek, tak jak nie musi komuś odpowiadać fantazja jednej z czytelniczek, w której kobieta kładzie się na zimnej ziemi i innej, która tę ziemię zjada!

Czy wkładanie zeschniętych badyli do pochwy, które pojawia się w jednej z fantazji jest piękne? Albo stymulacja dwoma penisami w muzeum regionalnym? Nie – ale liczy się tzw. kontekst i w tym kontekście nawet niezbyt apetyczny pan kustosz może być ekscytujący.

W fantazjach jest wszystko, jest pełnia. To, co się wydaje piękne może być jednocześnie bardzo niebezpieczne. A to co przyziemne, chropowate lub bezbarwne, co może się kojarzyć z rozkładem, rozpadem, może zawierać w sobie ukryty sens. To może być coś pierwotnego, bezpiecznego. Może się nawet wiązać z myśleniem o rozkoszy w kategoriach śmierci i seksu. Przecież w przeżywaniu orgazmu jesteśmy tak bliskie uczuciu rozpływania się w niebycie. To, co w życiu może wydawać się negatywne i przerażające, w wymiarze fantazji staje się naturalne, piękne i oswojone.

Można przesadzić z fantazjowaniem? Rozerotyzować się za bardzo?

Jesteśmy wolnymi, myślącymi ludźmi i w fantazjach, jak i we wszystkim innym – oglądaniu telewizji, jedzeniu, spotykaniu się z mężczyznami – powinnyśmy zachować umiar. A jeśli już podejmować ryzyko i przekraczać granice to ze świadomością, że może zaboleć. Nie widzę zagrożenia, jeśli człowiek zachowuje przytomność umysłu. Chyba, że ma jakiś olbrzymi deficyt związany z niezaspokojeniem jakichś potrzeb seksualnych. Z drugiej strony fantazjowanie jest o wiele bezpieczniejsze niż wchodzenie w ryzykowne relacje z jakimiś facetami z internetu. I bezpieczniej i przyjemniej. I zmysłowo.

Fantazje zmieniają się wraz z wiekiem?

Zmieniają się tak, jak się zmienia kobieta. A kobieta z wiekiem albo staje się coraz bardziej świadoma siebie, albo coraz mniej, kiedy wpada w kierat życia, w scenariusz, który ktoś za nią pisze. U dziewczyn młodszych widać, że w fantazjach bardziej próbują się podporządkować wzorcom, które oferuje im kultura, zwłaszcza ta masowa i obyczajowość środowiska, z którego się wywodzą. Albo buntują się i próbują się z tego jarzma wyzwolić i nieświadomie stają się niewolnicami tego „wyzwalania”. Kobiety dojrzalsze często lepiej znają swoje pragnienia, nie boją się swoich fantazji i potrafią im się przyglądać z dystansem, a niekiedy ze wzruszeniem lub przymrużeniem oka. Ale jest też grupa kobiet, które karmią się tym, co ich seksualność niszczy i zabija.

Czym?

Rozpamiętywaniem urazów i kreowaniem toksycznych, czarnych scenariuszy. Ale również tęsknotą za tym, czego w życiu nie mają, za seksem który pamiętają z młodości, w czasach kiedy jeszcze czuły w sobie tę energię.

Jeśli żyjemy według narzuconych wzorców, z którymi się nie identyfikujemy, to chodzimy z taką energią jak kamieniem w dole brzucha i nie wiemy zupełnie jak z niej skorzystać.

Pamięta pani naszą rozmowę o pożądaniu? Mówiłyśmy, że możemy poszukiwać tej energii szurając jesiennymi liśćmi pod stopami jak dziecko albo sikając na skraju puszczy patrząc na żurawie. Fantazje erotyczne są potwierdzeniem tego, że seks jest w nas, że to pewna energia, która rozlewa się tam, gdzie może popłynąć dalej.

Dzięki fantazjom uczymy się jak kierować tą energią. Ale nie tego jesteśmy uczone, raczej jesteśmy uczone kontroli polegającej na jej wewnętrznym cenzurowaniu i wygaszaniu.

Idziemy na żywioł.

Tak, jak mamy szczęście i dzieło przypadku sprawi, że się z tą energią skontaktujemy. Ale często tak się nie dzieje. To jeden z podstawowych celów mojej pracy z kobietami, żeby stały się paniami samych siebie, swojej seksualności. Bo w naszą kulturę wpisane jest, że ma przyjechać książę na białym koniu, albo ten dominujący hydraulik i on ma w nas wyzwolić jakiegoś demona. A to my same mamy w sobie wyzwalać demona przy autentycznym partnerze. Autentycznym czyli realnym i takim, który jest tego wart. I wtedy będziemy mogły się skoncentrować na tym, żeby seks sprawiał rozkosz i jemu.

Dlaczego kobiety tak często fantazjują, że są wiązane, krępowane, nie mogą się ruszyć, a mężczyźni robią z nimi „wszystko”.

Trochę statystyki. Z badań wynika, że połowa Polek marzy o przeszłości. Świadczy to o pewnym infantylizmie. Koncentrujemy się na tym co było, więc nie mamy świadomości tego, kim jesteśmy w tym momencie życia.

Co trzecia kobieta fantazjuje o gwałcie. Kompletnie inne wyniki są we Francji i w Ameryce. To daje do myślenia. Dlaczego polskie kobiety tak często marzą o seksie z elementem przemocy? Nie można przecież tego brać dosłownie! U Francuzek więcej jest na przykład marzeń homoseksualnych. Dość dużo fantazji homoerotycznych było wśród fantazji naszych czytelniczek. Może to jest jakiś pozytywny objaw, że męska dominacja nie jest niezbędna do poczucia wyzwolenia seksualnego. Bo tych fantazji również nie można interpretować dosłownie w kontekście orientacji seksualnych .

Dalej: co piąta Polka fantazjuje o seksie grupowym, a co dwudziesta, że jest obserwowana.

Fantazjujemy o namiętnych obcych kochankach, o seksie z odrobiną przemocy, w deszczu, pod prysznicem, na plaży. Czasami ci kochankowie mają cechy osób znanych, słynnych.

I teraz wróćmy do fantazji naszych czytelniczek. Pierwsza fantazja, która rzuca mi się w oczy opiera się na baśni o Śpiącej Królewnie.

„Jedno z partnerów udaje, że jest pogrążone w głębokim śnie, podczas gdy drugie zaczyna go dotykać, głaskać, kąsać, łaskotać, a drugiej osobie nie wolno nawet drgnąć. W tej fantazji podnieca mnie to jak blisko muszą być partnerzy, żeby pozwolić drugiej osobie robić ze sobą wszystko na co ma ochotę, oraz poczucie władzy i dominacji, kiedy jest się tą osobą, która stara się swoim dotykiem zbudzić Śpiącą Królewnę ze snu”

Śpiąca Królewna jest kobietą, którą czeka na księcia. Zasnęła bo się ukłuła wrzecionem i poleciała jej krew – symbol miesiączki i budzącej się seksualności. A inna księżniczka – Śnieżka – bo zjadła jabłko. Też symbol seksualności. Wnioskujemy z tego, że budząca się dziewczęca seksualność ma pozostać uśpiona do momentu, kiedy pojawi się książę i ją rozbudzi. Taki skrypt kulturowy, że ho ho! Odsyłam do „Bajek rozebranych” Katarzyny Miller. Nie jesteśmy odpowiedzialne za swoją seksualność. W fantazjach ten motyw pojawia się bardzo często – najlepiej jak śpię, albo jestem związana, w coś uwikłana, nie mam wpływu na to co się ze mną dzieje, jestem odurzona, czasem pod wpływem alkoholu, czasem ktoś mnie namawia w taki sposób, że staję się bezwolna. Chodzi o to, że nie ja podjęłam tę decyzję. Ja tej sytuacji tak naprawdę nie chciałam, tylko ona „stała się sama”. Sprawił to ten nieznajomy, nie znający sprzeciwu kochanek- monter, strażak, policjant- uosobienie męskiej, pierwotnej, obezwładniającej siły.

Kobiety, wyzwalajcie się! I nie neguję męskiego pierwiastka, wręcz przeciwnie, zachęcam do pełniejszej konfrontacji z nim. Ale o tym porozmawiamy innym razem.

Kolejna fantazja rozgrywa się w teatralnej scenerii, przy świecach, w maskach. „Jedną z moich fantazji jest bycie wiązaną przez grupę seksownie odzianych mężczyzn i kobiet. Leżałabym na stole, całkiem naga pod badawczym wzorkiem wszystkich zebranych, drżałabym, ponieważ byłabym jedyną całkiem nagą osobą, czułabym swoją bezradność i obnażenie, ale nie odważyłabym się podnieść, ani zaoponować, gdyby jedna z osób zbliżyłaby się do mnie i zaczęłaby przywiązywać moje kończyny, boleśnie powoli, zmysłowo, do nóg stołu (…)”. Dlaczego kobiety marzą o tym zniewoleniu?

Powtórzę – żeby nie być odpowiedzialną za to wszystko, co się dzieje. Odpowiedzialną za moc, która ujawnia się dopiero za pomocą pocałunku księcia, czy w trakcie orgii rodem z filmu „Oczy szeroko zamknięte”. Dużo mamy takich fantazji w tym zestawie, np.: „Jestem naga i czuję dumę i wstyd. Mam na sobie tylko wielką, ozdobioną piórami maskę, oraz obrożę ze smyczą na szyi. Przywiązują mnie do metalowego krzyża, mam rozciągnięte ramiona i rozciągnięte ramiona i rozszerzone nogi, tak, że zgromadzeni widzą najintymniejsze miejsca mojego ciała”. Znowu mamy tę sytuację, kiedy to, co się dzieje nie jest od nas zależne, popełniamy straszliwe świętokradztwo, gdy jesteśmy związane, poniżone, a nasza seksualność pokazuje swoją twarz.

Zaznaczyłam sobie taki fragment: „Smak strachu jest przyjemny i sprawia, że jestem coraz bardziej podniecona. Coraz bardziej pragnę tych wszystkich ludzi. Kobiety są piękne. Na rozkaz mężczyzn zaczynają mnie dotykać. Robią to delikatnie i z czułością, doskonale wiedzą co lubię najbardziej” i dalszy opis „zdecydowanym, silnym ruchom mężczyzn cały czas towarzyszą czułe, ciepłe pieszczoty kobiet. Całuję się z nimi, patrzę w oczy, widzę współczucie ale i zazdrość. Szorstkie męskie dłonie ściskają moją szyję, przeżywam kolejne orgazmy pobudzona jednocześnie przez kobiety i przez mężczyzn”.

I dalej jeszcze jest o tym, że kobieta po tym wszystkim jest całkowicie wyczerpana. Czyli poddaje się, robią z nią co chcą, aż do utraty sił. Bo często kobiety swoją seksualność odbierają jako coś totalnie obezwładniającego. Często ta siła pojawia się jako natura- przyroda, czyli coś potężnego i kompletnie niezależnego od woli.

Ale jest też tak, że to my zniewalamy w fantazjach.

Bo z drugiej strony jeśli się czemuś poddajemy, to też chcemy mieć nad tym kontrolę. Chcemy mieć i to i to. I te delikatne pieszczoty kobiet i szorstkie dłonie mężczyzn. Albo może się zdarzyć tak, jak w fantazji jednej czytelniczki, że rozpina kobiecie bluzkę, pieści jej piersi a potem wkłada rękę w majtki a tam jest penis. W naszej kulturze mamy taką skłonność, że lubimy myśleć w kategoriach czarne-białe, albo-albo. Jeśli jesteśmy zdominowane to już nie dominujemy. A to są dwie strony tego samego medalu. Jeśli chcemy ostrego rżnięcia to też zapewne chcemy poczuć jego ciekawski język na swoim uchu i oddech na karku. W tej pełni jest pies pogrzebany. Nasza czytelniczka pisze: „Możecie uznać, że naoglądałam się za dużo filmów XXY, albo że chcę mieć wszystko naraz, ale po zdjęciu spodni chcę wsunąć rękę w jej majtki, przesuwać dłonią po sztywnym i płonącym penisie. Chcę go objąć ustami podczas gdy jej ręce będą błądzić po moim ciele”. Tak! To dokładnie wyraża tę potrzebę i nie jest to raczej fantazja homoseksualna. Przyzwyczajeni jesteśmy, że może być albo sado albo maso, albo homo albo hetero. Nie. W tajemniczym ogrodzie wyobraźni chodzi o pełnię, przekraczanie wyznaczonych granic i patrzenie co jest za i pomiędzy nimi.

Spójrzmy na fantazję w biurze z papierosem. „Mam na sobie ołówkową spódnicę, szpilki, obcisłą dość elegancką bluzkę, żakiet, długie włosy spięte, szyja odsłonięta. Wchodzę do nowoczesnego wnętrza. Pełen luksus”. W tym biurze nasza bohaterka spotyka blondynkę o zgrabnych łydkach. „Jest piękna, ponętna, dość typowa i zachwycona mną. Traktuję ją z wyższością i rezerwą. Lekko rozchylam kolana i podpieram się rękami, słowa stają się coraz bardziej dwuznaczne (…). Jest namiętna lecz lekko onieśmielona, za to ja ciągle oziębła i lepsza. Całuje mój biust, a ja kładę rękę na jej głowie i zniżam ją gwałtownie w dolne okolice ciała. Jest zachwycona, cieszy się, że wykazałam inicjatywę posyłając ją w dół. To niemożliwe dla niej, że ja – ta wspaniała, piękna, seksowna kobieta biznesu, chcę by ona mnie całowała i by mnie pieściła. Czuje, że mam wymagania i bardzo się stara. Używa rąk, ust i języka. A ja? Stoję w rozkroku w moich szpilkach, szarpiąc delikatnie jej włosy, od czasu do czasu dotykając swoich piersi, z delikatnie przyspieszonym oddechem i cienkim papierosem w ręku.”

To dokładna odpowiedź na tę przywiązaną panią pieszczoną przez tłum kobiet i mężczyzn, którzy robią z nią co chcą. To może być fantazja autoerotyczna, w której kobieta jest zarówno tą uległą i onieśmieloną i tą dominującą i śmiałą.

Mamy też fantazje o trójkątach. Jedna z nich opisuje scenę w której kobieta leży w łóżku z zawiązanymi oczami i myśli, że jest pieszczona przez mężczyznę, podczas gdy jest pieszczona na zmianę przez mężczyznę i kobietę, która została namówiona (zmuszona) do tego, by zachować ciszę i się nie ujawnić.

Mężczyzna rozdaje karty. Nasza czytelniczka pisze: „Chciałabym krzyczeć: pieprz mnie, rżnij mnie. Ale wiem, że tym razem będę miała orgazm w ciszy”. Pojawia się kolejny motyw związany układami zależnościowymi, czyli chęć zadowolenia mężczyzny. Nie chcę używać tu takich słów jak służebna rola kobiety, ale jest to rola w której rozkosz mężczyzny jest podstawą. „Jestem wykonawczynią jego woli” mówi bohaterka tej fantazji. „Czuję w sobie jego spermę, kojącą wilgoć. Znak, że mój samiec jest zaspokojony. On całuje mnie i gestem odsyła do kuchni. Wiem, pomoże tamtej się ubrać i przytuli. Powie, że jest niezwykła, odgarnie jej włosy z czoła, pocałuje w usta. Zamkną się drzwi. Dopijemy wino, wygładzę pościel w łóżku”.

Obie kobiety są Nią. I ta która została i ta która wyszła, i ta która pieściła i tak która była pieszczona. Równie rozkosznie jest się czemuś poddać i nad kimś dominować. Jeżeli wykonujemy czyjąś wolę, to równie ponętne mogłoby być, jeśli ktoś wykona naszą.

Dlaczego kobiety tak często fantazjują o gwałcie?

To tak jak z wiązaniem, tylko jeszcze bardziej. Najczęściej jest to wyraz tego, że dochodzi do namiętności w ogóle bez naszego udziału. To ekstremalny wyraz zrzucenia odpowiedzialności na drugą osobę za pożądanie, które się pojawia. Proszę zwrócić uwagę jak mało jest fantazji opartych na bliskości, na kontakcie z drugim człowiekiem. Te fantazje „orgiastyczne” mimo, tego, że są bardzo wyestetyzowane, traktują partnerów dość instrumentalnie. Mężczyźni i kobiety, którzy się tam pojawiają są wyzwalaczami jakiś doznań.

Dlaczego kobiety fantazjują o bólu?

A jak pani myśli?

Nie mam pojęcia. Boję się bólu, więc nie fantazjuję o tym, że mnie będzie boleć.

Można tak typowo seksuologicznie odpowiedzieć na pani pytanie, że seks jest taką dziedziną w której zmienia się nam próg odczuwania bólu, że jest to kompletnie inny sposób odczuwania siebie i rzeczywistości, doświadczenie graniczne, jakim jest orgazm. Ale jeszcze bym do tego ogródka dorzuciła, że niektóre z nas mają wdrukowane, że nasza seksualność wiąże się z zagrożeniem- lękiem przed cierpieniem fizycznym i psychicznym, z bólem i z niczym szczególnie przyjemnym. Może tak być, że w fantazji pokonujemy ten ból i odnajdujemy rozkosz za jego progiem. Tylko, że to jest dość dramatyczna interpretacja- że musimy pokonać ten próg, żeby dotrzeć do tej nienazywalnej istoty seksualności, o której rozmawiamy.

A może kobiecość w kulturze jest taka delikatna, że jesteśmy tą płcią piękną i fantazja o bólu wiąże się z tym, że już mamy dość tego, że wszystko co kobiece ma być takie wydelikacone.

Może sobie pani dowolnie fantazjować na temat fantazji pani Paulino. Ale w moim odczuciu, takiej interpretacji będzie bliższa fantazja o dominującej kobiecie biznesu, albo kobiecie, która ma czterech paziów na usługach. To one nie chcą być takie wydelikacone w seksie.

Nasze fantazje dość rzadko mają miejsce w sypialni. Częściej w jakiś barokowych wnętrzach, na łonie natury, gdzieś na działce. Z dala od domu.

Bo ważny jest tu wątek zawieszenia, oddzielenia spotkania seksualnego pełnego namiętności i żaru od życia codziennego. To może być syndrom tego, że nas, kobiety, życie codzienne obarcza wieloma problemami, gonitwą myśli: muszę odebrać dziecko z zajęć sportowych, mam jeszcze wizytę u dentysty, a potem wywiadówkę, na dodatek powinnam jeszcze wysłać kilka mejli, zrobić zakupy i wyprasować koszulę. Ta teatralizacja, śpiew operowy, maski jak i bycie na pustkowiu – jak w mojej ulubionej fantazji dotyczącej zimnej, kwietniowej ziemi – w lesie, to ucieczka od życia codziennego w miejsce odizolowane. Przeczytam pani jeszcze jedną fantazję: „Znajdujemy się o ogromnym, białym pomieszczeniu, jakby gdzieś zawieszonym, nie ma żadnych mebli oprócz łóżka, które jest jednocześnie podłogą i oprócz przezroczystych białych tkanin miejscami zwisających z sufitu. Jesteśmy tylko on i ja. Możemy tu uciec w każdym momencie, bo gdy to robimy w naszych rzeczywistościach zatrzymuje się czas. Gdy jesteśmy sami, zapada cisza. Słychać tylko oddechy. Czas płynie wolno, skupiony, onieśmielony”.

Seks potrzebuje ciszy. To nie znaczy, że nie można podczas seksu rozmawiać. To znaczy, że seks potrzebuje szczególnej przestrzeni i uwagi, i żeby w pełni go odczuwać nie możemy myśleć o prasowaniu.

W cytowanej fantazji czytelniczka pisze właśnie: „Nadróbmy to szybko! Ziemia jest jeszcze zimna, jej zapach przygniata, stercząca zieleń traw” Nadróbmy to, co straciliśmy, ten czas, który upływa na zabieganiu i niszczy autentyczny kontakt. Znajdźmy sobie taką niszę, takie miejsce, nawet jeśli jest puste i zimne, bo wypełnimy je swoim ciepłem. Trochę się zapędziłam, ale cóż, to wszystko przez ten „kwiecień wdzierający się do serc”.

Pięknie pisze o tym inna czytelniczka: „Wystarczyłby jeden wieczór, jeden wieczór w działkowym domku, skrytym w lesie nad brzegiem jeziora i nadzieja , ze nie będzie żadnego później i już byłoby wiadomo dlaczego, po co, kiedy i jak.” Kończę ten wątek – żeby się tak naprawdę wzajemnie odkryć, potrzeba do tego ciszy i przestrzeni.

Bardzo ważne są też te fantazje, gdzie kobieta nawiązuje kontakt ze swoim ciałem. „Czuję tylko pulsowanie narządów wewnętrznych i zapach ziemi, w którą chowam nos i jestem w półśnie, ale myśl o burzy trochę mnie niepokoi, zjadam trochę ziemi, jest pyszna i kojąca. Muszę iść uprasować koszulę myślę i chcę wstać”. Klasyczny opis sytuacji. Kobieta, która już prawie łapie kontakt ze swoją seksualnością, odrywa się od zmysłowych doznań, bo odzywają się „obowiązki”, ale pokonuje to „i chcę wstać, ale jakaś siła powstrzymuje mnie lekko i otwieram oczy prosto w słońce. Po dwóch sekundach kontury kobiety stojącej tuż nad moją głową staja się wyraźne i widzę potężną, atletyczną i kształtną postać, której Wenus nie śmiałaby dorównać”.

Niesamowite.

Znowu tak to odbieram, że to jest ona sama. Czująca moc swojego ciała.

Mamy też kilka takich realistycznych fantazji.

Są równie pełne namiętności. Te pozornie wulgarne fantazje, są jednocześnie zabawne, lekkie i nie ma w nich opresyjności. Czuje się, że są „zdrowe” tzn. że kobieta się świetnie bawi przyjmując manierę takiej świntuchy. Znajdźmy tę fantazję z muzeum regionalnego. Kobieta ze swoim mężem zostają zamknięci w muzeum regionalnym przez figlarnego kustosza, który namawia ich na wspólne harce.

„Ostatnio miałam taką rozpustną fantazję podczas wizyty w muzeum regionalnym (…). M dobrał się do macania mojej mokrej cipki. Po rozmasowaniu nadział mnie od tyłu. Oglądanie jak liżę innego bardzo go podniecało. Czułam się jak wynajęta dziwka i pozwalałam się tak traktować. Dotykali mnie wszędzie i traktowali jak klacz. Bili po pośladkach do czerwoności. Brali na podłodze, na stole. Prosiłam aby jednocześnie przerżnęli mnie na stojąco. To było cudowne! Rozpychanie przez dwa śliskie, spragnione kutasy, ruszające się na przemian. Oj lubisz na dwa baty, słyszałam.”

Mamy tutaj taką nieco rustykalną fantazję. Czuje się, że chodzi tu o taką sielską, wieśniaczą swobodę, która mogła się wyzwolić właśnie gdzieś w prowincjonalnym muzeum. Może nasza czytelniczka na sianie czy na łonie natury mogłaby dotrzeć do apogeum przyjemności seksualnej? To bardzo swobodna fantazja, taka z przymrużeniem oka.

Dlaczego w fantazjach tak często pojawia się nieznajomy mężczyzna?

A dlaczego seks tak siada w związkach? Bo nas zabija codzienność i niedogadanie w wielu sprawach życiowych. A kogoś nieznajomego można łatwo wypełnić dowolną treścią. To nam umożliwia swobodne sterowanie zachowaniami tej osoby w wyobraźni. Jest pozbawiona własnej woli. Możemy z nią zrobić rzeczy, których nie możemy zrobić z osobą realną. Im bliższy jest nam człowiek, tym będzie trudniej potraktować go instrumentalnie.

Jeśli jest obcokrajowcem, to jeszcze, w dodatku, nie można z nim porozmawiać i słowa niczego nie zepsują.

„Czasem wyobrażam sobie mojego męża i innego mężczyznę, którego znałam, znam, który mnie pożądał, ich razem, w jednym momencie…”

Kluczem jest tu „który mnie pożądał”. Ze statystyk wychodzi, że bardzo często fantazjujemy o byłych partnerach. Albo o osobach poznanych przelotnie- o sąsiedzie, który się do nas co dzień uśmiecha na klatce schodowej, albo o panu ze stacji benzynowej, który jak nam nalewa do baku i rozpoznajemy się wzrokiem to tak fajnie iskrzy, bo czujemy, że się sobie podobamy. Fantazjujemy często o osobach, które wysłały nam jakiś sygnał, bo to świetny bodziec do tego, żeby sobie pomarzyć. A ponieważ obowiązuje nas jakaś poprawność uczuciowa to czasami umiejscawiamy w tej fantazji również stałego partnera.

Czy mamy się dzielić fantazjami z naszym partnerem?

Nie. Bo czy naprawdę możemy się nimi podzielić? Fajnie by było, gdybyśmy mogli razem fantazjować i tworzyć wspólne fantazje. Ale tych indywidualnych raczej bliska osoba nie zrozumie lub zrozumie je opacznie. Może je brać zbyt dosłownie, do siebie, może być zazdrosna. Partner może nie wiedzieć dlaczego opowiadamy tę fantazję, (nawiasem mówiąc, czy my same wiemy?) i czy ma ją zrealizować? Zacznie znosić do domu jakieś dziwne gadżety, sznury, albo zapraszać kogoś do „trójkąta”. Gdybyśmy chciały wcielać w życie te nasze fantazje, to mogłoby się okazać, że jest to w rezultacie śmieszne, albo koszmarne i uwłaczające. Przecież niekoniecznie byśmy się dobrze czuły w tej smyczy na szyi penetrowane przez trzech nieznajomych mężczyzn. A na kwietniowej ziemi mogłoby być naprawdę za zimno. To w niczym nie umniejsza mocy tych fantazji. Jeśli działają na naszą wrażliwość, to są nasze i mają swoją tajemną moc.

Jak się uwrażliwić?

Tak jak uwrażliwiamy się na smaki, np. na wino i zaczynamy rozpoznawać z czasem jego gatunki. Zresztą seks i jedzenie mają ze sobą dużo wspólnego. Tak jak możemy stać się bardziej wrażliwe na dźwięki, tak samo możemy się stawać bardziej wrażliwe na bodźce o charakterze seksualnym- słuchowe, dotykowe, wyobrażeniowe. To znajdowanie śladów pożądania we wspólnym porannym piciu herbaty, odnajdowaniu kształtu jego ciała w koszuli porzuconej na krześle, zapachu w pościeli, dotyku jego ust na udzie, pierwszym skurczu w dole brzucha- wielu subtelnych sygnałów w relacji z człowiekiem z którym jesteśmy. Odkrywamy je i rozpoznajemy.

I jak już kiedyś powiedziałam można to rozpatrywać zarówno w kategoriach „kosmicznych”, kiedy rozkoszujemy się ciepłem pierwszych wiosennych promieni na skórze, albo zakładaniem miękkiego swetra, jak behawioralnych- bezpośrednio seksualnych. Jedno i drugie może być doznaniem erotycznym. W stanie takiego otwarcia potrafimy swobodnie, bez wewnętrznej cenzury odbierać to, co zmysłowo na nas działa. Bo zazwyczaj jest tak, że szybko pojawia się myśl- o rany, za bardzo mnie to rozbudza i jest w niezrozumiały sposób zagrażające. A chodzi o to, żeby odbierać ten bodziec i już. Nie oceniać go, ani mu się bezwolnie nie poddawać. Po prostu wyodrębnić go ze świata i zarejestrować: wyczuwamy pieszczący nasze zmysły zapach kawy (nie bez powodu, jest to erotyczny motyw wielu reklam) albo wyłapujemy widok mężczyzny z samochodu, który przejeżdża obok i ma tak fajnie obcięte włosy na granicy szyi. Przecież nie musimy od razu ani spuszczać powiek ani machać do niego kartką z numerem telefonu! Wystarczy, że odczuwamy to delikatnie na powierzchni skóry i jedziemy dalej.

http://www.wysokieobcasy.pl/…/1,96856,10415123,Fantazje_ero…

 

                                                      44329b0721d4a13a5e98f4db38c95e87
Czytaj więcej ...
Czytaj mniej ...
12
Mar
2017

CHORZY Z ZAZDROŚCI…

ZESPÓŁ OTELLA – CHORZY Z ZAZDROŚCI

Małgorzata Stańczyk

Otello, bohater dramatu Szekspira, zaślepiony nieuzasadnioną zazdrością, zabił ukochana żonę Desdemonę. To od jego imienia obłęd zazdrości nazywany jest też zespołem Otella.

Nieustannie sprawdzają, wypytują i śledzą, kontrolują esemesy i maile. Stale podejrzewają o zdradę, choć nie mają żadnych dowodów. Dlaczego niektórzy partnerzy tak się zachowują?

Narzeczony Agnieszki wciąż posądza ją o zdradę. Zabronił jej utrzymywania kontaktów z kolegami ze studiów i pracy. Jednego ze znajomych pobił, twierdząc, że mężczyzna zachowuje się szarmancko, by ją uwieść. Agnieszka nie potrafi policzyć, ile razy nazwał ją dziwką, oskarżając o seks z kim popadnie. Wyzwiska przeplatają się z wyrazami czułości i zapewnieniami miłości – przecież ją kocha. „Nie zawsze tak było, chociaż od początku bywał o mnie zazdrosny. Po zaręczynach to jeszcze się nasiliło. A najgorzej jest po paru piwach” – opowiada Agnieszka. „Mam wrażenie, że zaczęło się od takiego milczącego przeciągłego przyglądania się mi. Z czasem zaczął analizować każde moje zachowanie i nastrój. Jeśli byłam zbyt wesoła, oznaczało to, że mam kogoś na boku. Jeśli byłam smutna, mówił, że tęsknię za kochasiem”. Czasem przez tydzień lub dwa jest spokojnie, aż nagle narzeczony Agnieszki wykrzykuje, że nie da się dłużej robić w konia. O rzekomej niewierności partnerki opowiada też innym. Kontroluje jej esemesy i maile, sprawdza ją, wypytuje, śledzi. Po powrocie do domu wciąga powietrze i mówi, że czuje zapach mężczyzny.

Agnieszka w swoim doświadczeniu nie jest odosobniona. „Mój partner ciągle oskarża mnie o zdradę. Na cały dzień włącza kamerę i nagrywa drzwi, a po pracy ogląda, czy ktoś przychodził. Cały czas mnie śledzi, sprawdza, kontroluje” – pisze „Irys” na forum internetowym. Inna kobieta opowiada: „Też mam męża z chorą zazdrością. Na początku wymagał, bym się nie malowała, mówił, że źle się ubieram itp. (…) Zawozi mnie do pracy i przywozi, jestem na każdym kroku kontrolowana. Nigdy go nie zdradziłam, ale sama popadam w paranoję. Wydaje mi się, że wszystko robię źle”.

W internecie pod niemal każdą informacją na temat zespołu Otella wrze. Kilkanaście czy nawet kilkadziesiąt osób dzieli się swoimi prze-życiami. Zwykle są to kobiety, ale zdarzają się także wypowiedzi mężczyzn – tych, którzy walczą z chorobą, i tych, których żony przez całe życie niesłusznie podejrzewają o zdradę. „Urojenia zazdrości to nie jest tylko problem mężczyzn. Powiedzmy to w końcu głośno” – domaga się sprawiedliwości jeden z internautów.

Zazdrość czy choroba?

Chorobliwa zazdrość nazywana jest zespołem Otella, obłędem alkoholowym lub obłędem zazdrości. Istotą problemu są urojenia związane z niewiernością partnera lub partnerki. Mimo że nie ma realnych oznak zdrady, osoba chora jest przekonana, że partner nie jest jej wierny. „Część specjalistów wiąże podatność na zespół Otella z zaburzeniami osobowości, szczególnie osobowością paranoiczną, którą cechuje stała tendencja do nadmiernej podejrzliwości” – wyjaśnia Maria Rotkiel, psycholog, certyfikowana terapeutka poznawczo-behawioralna. „Przyczyną takiego zachowania może być też uszkodzenie układu nerwowego spowodowane alkoholem. Nadużywanie alkoholu powoduje degradację układu nerwowego, czego objawem są m.in. urojenia, które w przypadku zespołu Otella przejawiają się patologiczną zazdrością”.

Nie jest jednoznaczne, dlaczego część uzależnionych od alkoholu mężczyzn zapada na zespół Otella, a inni nie. „Najprawdopodobniej jest to związane ze stopniem uszkodzenia układu nerwowego oraz predyspozycjami osobowościowymi i dotychczasowymi wzorcami zachowań” – tłumaczy Maria Rotkiel.

Ludzie o osobowości paranoicznej są też nadmiernie wrażliwi na porażki, przeceniają swoje znaczenie dla innych i mają skłonność do tworzenia spiskowych teorii. Zdaniem ekspertów przy występowaniu zespołu Otella nie bez znaczenia może też być tendencja do agresji, nieufność, skłonność do reagowania lękiem i złością w relacjach z bliskimi.

Otello bywa kobietą

Nazwa choroby nawiązuje do szekspirowskiego dramatu „Otello”. Bohater zaślepiony przez graniczącą z obłędem zazdrość zabija ukochaną żonę Desdemonę. Gdy potem przekonuje się, że kobieta była mu wierna, popełnia samobójstwo. Wbrew powszechnej opinii zespół Otella dotyka nie tylko mężczyzn. „Na »obłęd zazdrości« chorują także kobiety i osoby w starszym wieku, które cierpią na psychozę z powodu zmian w ośrodkowym układzie nerwowym” – mówi Maria Rotkiel.

Szekspirowski Otello zabija żonę, a później sam targa się na swoje życie. Czy los pary, z której jedno dotknięte jest chorobą, może być równie tragiczny? „Chory jest przekonany, że jest zdradzany, i w związku z silnym napięciem, frustracją, złością, które odczuwa, oraz ograniczoną zdolnością do kontroli swojego zachowania potrafi być agresywny. Jeśli dodatkowo jest pod wpływem alkoholu, może zachowywać się w sposób zagrażający życiu i zdrowiu innych osób. Alkoholik ma ograniczoną zdolność samokontroli, dlatego chory na zespół Otella pobudzony silnymi emocjami może stanowić poważne zagrożenie” – potwierdza Maria Rotkiel.

Agresja i lęk w zespole Otella są związane z zaniżoną samooceną i strachem przed rozstaniem i utratą partnerki. „Osoba z zespołem Otella, jak wszyscy chorzy cierpiący na psychozę urojeniową, jest przekonana o słuszności swoich podejrzeń i kieruje się silnymi emocjami” – dodaje ekspertka. Dowodem zdrady może być dosłownie wszystko: rachunek z kawiarni, paragon ze sklepu czy pięć minut spóźnienia. Wraz z rozwojem choroby cierpiący na nią co-raz więcej energii angażuje w kontrolowanie, śledzenie i inwigilację. Bywa na przykład, że instaluje podsłuch lub kamerę, sprawdza billingi telefoniczne, esemesy, pocztę internetową, wynajmuje prywatnego detektywa, kontroluje bieliznę osobistą i pościelową. Nieustannie wypytuje o każdy krok, posuwa się do agresji, by wymóc przyznanie się do winy. Objawy mogą się nasilać i czasowo ustępować, ale z reguły im dłużej trwa choroba, tym dotkliwsze symptomy. Z czasem chorego całkowicie pochłaniają urojenia zdrady.

Koniecznością jest więc podjęcie leczenia psychiatrycznego. Jego podstawa to rezygnacja z alkoholu i przyjmowanie leków przeciwpsychotycznych. Niestety, bardzo trudno zachęcić osobę chorą do leczenia się, bo nieufna wobec partnera uważa, że wmawia mu on chorobę, by zatuszować zdradę. Rzadko zdarza się, żeby pacjenci podejmowali terapię z własnej woli. Zazwyczaj decydują się na wizytę u psychiatry dopiero, kiedy bliscy stawiają ultimatum, lub z nakazu sądu.

Jak sobie radzić, żyjąc z Otellem

Focus: Jak reagować na natarczywe bezpodstawne oskarżenia o niewierność? Zaprzeczać, ignorować, przytaknąć dla świętego spokoju?

Maria Rotkiel: Przyznanie się do bezpodstawnych oskarżeń najczęściej tylko nasila problem. Chory, utwierdzony w swoich podejrzeniach, coraz bardziej dręczy ofiary. Stosuje przemoc psychiczną i fizyczną. Ryzyko agresywnego zachowania wzrasta z czasem, jest też związane z osobowością chorego. Pamiętajmy jednak, że agresja to nie tylko przemoc fizyczna i bezpośrednie zagrożenie życia. Ofiary nie są bezpieczne, bo są maltretowane psychicznie. Żyją w ciągłym strachu, są poniżane i prześladowane. Dlatego często zapadają na choroby psychosomatyczne wywołane stresem, i psychiczne, takie jak depresja czy zaburzenia lękowe.

Focus: Czy da się przekonać partnera o swojej wierności?

M.R.: Urojenie to objaw psychotyczny, czyli wiara w niedorzeczne, bezpodstawne, absurdalne przekonanie. Chory nie wie, że jest to wytwór jego fantazji, i jest przekonany o prawdziwości swoich podejrzeń. Nie da się mu po prostu wytłumaczyć, że się myli. Próby rozmowy powodują silną złość i wyzwalają zachowania agresywne. Właśnie na tym polega psychoza – na nieodróżnianiu fikcji od rzeczywistości.

Focus: A abstynencja pomoże?

M.R.: Jest warunkiem koniecznym, ale niewystarczającym, często wskazane jest leczenie farmakologiczne. Najczęściej są to leki stosowane też w leczeniu schizofrenii, i przede wszystkim psychoterapia, która pomaga w powrocie do odpowiednich, nieagresywnych zachowań.

Focus: Ludzie latami trwają w takich związkach, akceptując to, że partner nie chce poddać się leczeniu. Dlaczego?

M.R.: Jest wiele czynników odpowiedzialnych za bierną postawę w związku, w którym jest przemoc. Czasem jest to kwestia związana ze światopoglądem, czasem lęk przed zmianą, a cza-sem zaniżona samoocena i własne problemy, takie jak depresja, która jest częstym skutkiem pozostawania w przemocowej relacji. Wpada się w błędne koło przygnębienia i lęku. Im dłużej ofiara jest dręczona, tym ma mniej siły i motywacji do podjęcia konstruktywnych działań.

Focus: Rozwiązaniem wydaje się naleganie na rozpoczęcie leczenia.

M.R.: Najlepsze rozwiązanie to zmotywowanie partnera do podjęcia terapii indywidualnej i podjęcie wspólnej terapii, pomagającej w zbudowaniu relacji partnerskiej, wolnej od zachowań agresywnych. Osoba chora powinna być pod kontrolą psychiatry i pójść na odwyk, jeśli jest uzależniona. Utrzymywanie abstynencji, farmakoterapia i stała kontrola lekarza oraz psychoterapia indywidualna i rodzinna – to warunki konieczne leczenia. Do tego należy dodać motywację, czyli chęć pacjenta do poddania się leczeniu – jak wynika z mojego doświadczenia, o ten warunek jest najtrudniej.

http://www.focus.pl/czlowiek/zespol-otella-chorzy-z-zazdrosci-13851

  • na zdjęciu spektakl w Teatro Cagnoni di Vigevano we Włoszech

Fot. Vivi Magenta

 

 

otello-bohater-dramatu-szekspira-18632_l

Czytaj więcej ...
Czytaj mniej ...
07
Mar
2017

ZABURZENIE PREFERENCJI SEKSUALNYCH…

ZABURZENIE PREFERENCJI SEKSUALNYCH (parafilie) 

– definicja, etiologia, leczenie

 Co to jest i jakie są przyczyny?

Mianem zaburzeń preferencji seksualnych bądź też parafilii określa się stan, w którym podniecenie seksualne lub satysfakcja seksualna pojawia się w odniesieniu do jakiegoś niezwykłego bodźca lub zachowania, różniącego się od tych, które są powszechnie uznawane za seksualnie pobudzające i satysfakcjonujące. Ogólnie rzecz biorąc, zachowania seksualne są prawidłowe gdy:

  • odnoszą się do partnera dojrzałego (fizycznie/emocjonalnie),
  • partner wyraża na nie zgodę (nie towarzyszy im przymus),
  • prowadzą do doznania przyjemności, rozkoszy (nie bólu lub upokorzenia),
  • nie szkodzą zdrowiu (fizycznemu/psychicznemu),
  • nie naruszają ogólnie przyjętych norm społecznych (np. zasady intymności).

Naruszenie któregokolwiek z powyższych kryteriów może (ale nie musi) wskazywać na występowanie parafilii, a więc preferowanie innych obiektów bądź zachowań seksualnych, aniżeli powszechnie uznane w danej kulturze lub społeczności. W zależności od tego, co dana osoba uznaje za szczególnie atrakcyjne i podniecające, a jednocześnie stojące w sprzeczności ze wspomnianymi zasadami, rozróżnia się rozmaite zaburzenia preferencji seksualnych, gdy zainteresowanie lub zachowania seksualne:

  • odnoszą się do osoby niedojrzałej, np. dziecka – mówimy o pedofilii;
  • nie uwzględniają zgody partnera – mówimy o sadyzmie, ocieractwie, ekshibicjonizmie, podglądactwie;
  • prowadzą do doznania bólu, upokorzenia, przykrości – mówimy o sadyzmie/masochizmie;
  • szkodzą zdrowiu (wiele rozmaitych parafilii);
  • naruszają ogólnie przyjęte normy społeczne, np. zasadę intymności poprzez obnażanie się w miejscu publicznym – mówimy o ekshibicjonizmie.

Nie każde jednorazowe zachowanie tego rodzaju musi wskazywać na występowanie u danej osoby parafilii (zaburzenia preferencji seksualnych). Jeżeli określony niezwykły bodziec (obiekt/zachowanie) pojawia się w postaci nawracających, silnych i pobudzających seksualnie wyobrażeń, potrzeb lub działań nakierowanych na jego zdobycie przez co najmniej 6 miesięcy i jeżeli osoba doświadcza z powodu tychże wyobrażeń, potrzeb lub działań istotnych problemów życiowych, zdrowotnych bądź społecznych, wówczas mówimy o podejrzeniu występowania parafilii (zaburzeń preferencji seksualnych).

Przyczyny

Pomimo prowadzonych badań nad genezą zaburzeń preferencji seksualnych nie opracowano jednej spójnej teorii wyjaśniającej. Spośród najczęściej występujących spotyka się teorie oparte na tezie, że dewiacje seksualne są skutkiem zaburzeń rozwoju seksualnego. Na podstawie tego założenia dwie szkoły myślenia – psychodynamiczna i poznawczo-behawioralna – opracowały koncepcje powstawania parafilii.

Z perspektywy teorii wywodzących się z klasycznej psychoanalizy perwersje seksualne są zatrzymaniem (fiksacją) lub powrotem (regresją) do wczesnodziecięcych form seksualności, które utrzymują się u danej osoby w życiu dorosłym. Wczesnodziecięca seksualność w formie szczątkowej zostaje zachowana w sferze świadomości, a sam akt perwersyjny ma formę rytuału, sztywnego wzorca niezbędnego do uzyskania orgazmu. Zdaniem przedstawicieli myśli psychoanalitycznej decydujące znaczenie dla rozwoju perwersji seksualnych ma lęk kastracyjny. Sam akt perwersyjny miałby być symbolicznym zaprzeczeniem kastracji.

Bardziej współcześni przedstawiciele teorii psychodynamicznych uznają, że oprócz wymienionych teorii popędów istotną rolę odgrywają relacje, jakim podlega osoba chora. Perwersje seksualne miałyby się odnosić do utrwalonych i stale ponawianych prób przekształcenia doświadczonych przez pacjenta wczesnodziecięcych urazów w triumf. Chory w fantazjach i zachowaniach perwersyjnych zaprzecza własnym traumom, jakich doświadczył ze strony opiekunów. Sposobem na odwet ma być zdehumanizowanie lub upokorzenie partnera lub siebie w perwersyjnym akcie seksualnym. Z kolei inne teorie psychodynamiczne zwracają uwagę, że sama perwersja seksualna może pełnić funkcję ucieczki przed bliską relacją. Chory z poczuciem zagrożenia utraty tożsamości angażuje się w czynności perwersyjne mające uchronić go przed nadmierną bliskością.

Teorie poznawczo-behawioralne zwracają uwagę na kształtowanie się parafilii w procesie uczenia się. Zachowania seksualne traktowane są jako wynik i konsekwencja nabywania i utrwalania nawyków na drodze powtarzania gratyfikujących czynności. Zdaniem przedstawicieli teorii uczenia, bodźce, które początkowo nie wywoływały reakcji seksualnej (były obojętne), przez dobór odpowiednich wzmocnień (pozytywnych lub negatywnych) nabierają znaczenia seksualnego i wywołują seksualną reakcję. W dalszej kolejności nabyte nawyki zostają poddane utrwaleniu poprzez stosowanie przez pacjenta zachowań masturbacyjnych. W procesie kształtowania i nabywania nawyków istotną rolę w narastaniu dewiacyjnych tendencji pełnią fantazje seksualne, jakim oddaje się chory. Przedstawiciele teorii społecznego uczenia wskazują na znaczenie pierwszych doświadczeń seksualnych okresu adolescencji, podkreślając, że zachowania wyuczone we wczesnej fazie dorastania są trwałe i z trudem ulegają wygaszaniu (tzw. teoria imprintingu – wdrukowania).

Jak często występuje?

Częstotliwość występowania parafilii nie jest jednoznacznie określona. Uważa się, że zaburzenia preferencji seksualnych częściej występują u mężczyzn, co nie oznacza, że zaburzenie to jest związane wyłącznie z płcią męską. Przypuszcza się, że istnieje znacząca liczba osób posiadających jakąś parafilię, które wybierają inne aniżeli preferowane, ale za to dopuszczalne obiekty i zachowania prowadzące do zaspokojenia seksualnego, nawet jeśli satysfakcja uzyskana w ten sposób bywa mniejsza. Badania oraz dane kliniczne dowodzą, że często zaburzenia o typie parafilii towarzyszą innego rodzaju zaburzeniom – zwłaszcza tym, które są związane z osłabieniem kontroli zachowań impulsywnych, np.: choroby psychiczne, zaburzenia wynikające z urazów mózgu, zaburzenia osobowości, zaburzenia emocjonalne, uzależnienia od substancji odurzających (alkohol, narkotyki) itp. Ponadto, zainteresowania czy też zachowania parafilijne (skoncentrowane na niezwykłym bodźcu) mogą się pojawiać u osób względnie zdrowych w sytuacjach obniżonej odporności emocjonalnej, przewlekłego stresu, przemęczenia bądź odurzenia substancjami.

Jak się objawia?

Wyróżnia się następujące rodzaje zaburzeń preferencji seksualnych:

  • Fetyszyzm – polega na tym, że część garderoby lub jakikolwiek inny przedmiot (tzw. fetysz) jest wystarczający do uzyskania podniecenia seksualnego oraz orgazmu (także oglądanie lub dotykanie części ciała partnera). Fetysze są przy tym zdecydowanie bardziej preferowane aniżeli sam partner
  • Fetyszyzm transwestycyjny – ubiór odmiennej płci pełni rolę fetysza, stąd ubieranie się i noszenie ubioru odmiennej płci wywołuje podniecenie seksualne, rozkosz i zaspokojenie
  • Pedofilia – skłonność do praktyk seksualnych z dziećmi, gdzie podniecenie seksualne wywołuje ciało osoby będącej przed okresem pokwitania lub na początku tego okresu
  • Ekshibicjonizm – polega na pokazywaniu własnych narządów płciowych innej, nieznanej osobie w celu osiągnięcia zaspokojenia seksualnego, przy jednoczesnym braku pragnienia doprowadzenia do stosunku seksualnego
  • Oglądactwo (voyeurism) – polega na tym, że podniecenie seksualne i rozkosz osiąga się przez skryte podglądanie innych osób rozbierających się lub wykonujących czynności intymne (np. kąpiących się, uprawiających seks)
  • Ocieractwo (frotteuryzm) – uzyskiwanie podniecenia seksualnego i rozkoszy poprzez dotykanie lub pocieranie genitaliami innych osób, przy wykorzystaniu możliwości zbliżenia się do nich w tłoku, np. w środkach komunikacji miejskiej
  • Masochizm seksualny – osiąganie rozkoszy seksualnej w sytuacjach związanych z całkowitym podporządkowaniem się i uległością wobec partnera seksualnego. Poddanie się przemocy drugiego człowieka sprawia, że zadawanie przez niego bólu fizycznego, upokorzenie lub poniżenie odczuwane jest jako rozkosz seksualna
  • Sadyzm seksualny – polega na odczuwaniu rozkoszy seksualnej związanej z dominacją i bezwzględnym podporządkowaniem sobie partnera. Jest to potrzeba całkowitego opanowania drugiego człowieka, zawładnięcia nim i podporządkowania go sobie w stopniu tak dużym, aby dowolnie można go poddawać nawet bólowi czy upokorzeniu

Co robić w razie wystąpienia objawów?

Występowanie objawów jest wskazaniem do zgłoszenia się na konsultację do specjalistów zajmujących się terapią zaburzeń seksualnych w celu ustalenia czy dane zachowania mieszczą się w kategoriach zachowań normatywnych, czy też wymagają podjęcia leczenia. Osobami zajmującymi się leczeniem są lekarze seksuolodzy, seksuolodzy kliniczni, lekarze psychiatrzy oraz certyfikowani psychoterapeuci.

Jak lekarz ustala diagnozę?

Podstawą do rozpoznania zaburzeń preferencji seksualnych jest szczegółowy wywiad obejmujący dane dotyczące rozwoju pacjenta i jego rozwoju psychoseksualnego. W przypadku parafilii opcjonalnie wykorzystuje się metody bazujące na pomiarze reakcji seksualnych pacjenta na określonego rodzaju bodźce. Metodę tę określa się mianem badań fallometrycznych.

Jakie są sposoby leczenia?

  1. Leczenie parafilii realizowanych pomimo braku zgody ze strony partnera (pedofilia, ekshibicjonizm, oglądactwo, ocieractwo)

W przypadku dewiacji seksualnych obejmujących podniecenie seksualne pomimo braku zgody ze strony partnera obiecujące wyniki przynoszą metody leczenia łączące techniki poznawcze oraz behawioralne.

Leczenie opiera się na poznaniu systemu myśli, błędnych przekonań i stereotypów, dewiacyjnych fantazji seksualnych oraz nastawienia emocjonalnego leżących u podstaw działania. W ramach pracy terapeutycznej m.in. poddaje się analizie etapy procesu decyzyjnego, prowadzącego do nadużyć (w literaturze określanego jako cykl dewiacyjny), co ma umożliwić pacjentowi odpowiednio wczesną interwencję i powstrzymanie się od zachowań przestępczych. W dalszej kolejności postępowanie terapeutyczne obejmuje modyfikację poznawczych (myślowych) elementów funkcjonowania pacjenta.

Powyższe metody psychoterapeutyczne najczęściej uzupełniane są o konkretne techniki obejmujące zachowania seksualne chorego. Pacjent w trakcie sesji terapeutycznych wyobraża sobie dewiacyjny akt seksualny – a następnie zostaje poddany działaniu nieprzyjemnych bodźców, np. inhalacji silnym przykrym zapachem. Innym wykorzystywanym w terapii zestawem ćwiczeń jest trening masturbacyjny, w trakcie którego pacjent, fantazjując na temat dewiacyjnych bodźców, doprowadza do wytrysku, a następnie kontynuuje masturbację cały czas wypowiadając własne fantazje seksualne. Zasadą powyższych ćwiczeń jest uzyskanie reakcji niechęci do wyobrażanych dewiacyjnych sytuacji – co w założeniu ma doprowadzić do trwałego wygaszenia pobudzenia seksualnego na nieodpowiednie sytuacje, osoby lub swoiste czynności.

W przypadku znacznego poziomu owładnięcia, obsesyjności seksualnej u pacjenta należy rozważyć włączenie leczenia farmakologicznego antyandrogenami, którego celem jest osłabienie lub zniesienie popędu seksualnego poprzez obniżenie stężenia testosteronu. Z uwagi na możliwe działanie niepożądane (zahamowanie spermatogenezy, możliwy przyrost masy ciała, zwiększona skłonność do zatorów i in.) leczenie to powinno się odbywać pod ścisłą kontrolą lekarza specjalisty. Z tych powodów zamiennie stosowane są również środki przeciwdepresyjne niewykazujące poważnych działań niepożądanych.

Czas trwania leczenia w przypadku parafilii przestępczych jest w zasadniczej mierze uzależniony od uzyskiwanych postępów. Terapia tego rodzaju zaburzeń seksualnych ma charakter długoterminowy. Programy terapeutyczne realizowane są przede wszystkim w placówkach o charakterze stacjonarnym oraz zamkniętym. Dominującą metodą terapii są spotkania grupowe, odbywające się z ustaloną wcześniej częstotliwością (najczęściej 2 razy w tygodniu po około 2 godziny). W przypadku parafilii przestępczych uznaje się, że zdecydowana większość osób poddanych leczeniu unika poszukiwania specjalistycznej pomocy w obawie przed konsekwencjami prawnymi własnego postępowania. Niektóre osoby dotknięte tego typu parafiliami mogą nie odczuwać potrzeby zmiany swoich preferencji seksualnych.

  1. Terapia parafilii – fetyszyzm, fetyszyzm transwestycyjny, masochizm seksualny, sadyzm seksualny

Odmienna sytuacja dotyczy zaburzeń preferencji seksualnych, których realizacja nie powoduje konsekwencji prawnych. Wśród specjalistów od lat toczy się dyskusja, czy tego typu parafilie należy obejmować specjalistycznym leczeniem psychoterapeutyczno-seksuologicznym. Istnieje pogląd, że perwersje seksualne realizowane w układzie partnerskim, przy akceptacji obojga stron, mogą stanowić istotne dopełnienie życia seksualnego. Jeżeli osoba, wprowadzając określonego rodzaju przedmioty (np. fetysze), zachowania (sadomasochistyczne), spotyka się z przychylną postawą partnera – parafilia może nie zakłócać gry miłosnej i prowadzić do wzrostu podniecenia. Przeciwnicy tego typu stanowiska wskazują, że istotą parafilii jest upośledzenie erotycznej więzi oraz utrzymania intymności w związku.

W takiej sytuacji przed rozpoczęciem postępowania terapeutycznego specjalista rozróżni samo zachowanie perwersyjne od jego intencji. Czynnikiem, który pozwala na odróżnienie normatywnych zachowań seksualnych od parafilii, jest intymność relacji. Perwersję rozpoznaje się wówczas, kiedy sam akt erotyczny ma służyć uniknięciu trwałej relacji opartej na bliskości emocjonalnej z partnerem. Bardzo często partnerzy osoby dotkniętej parafilią czują się wykluczone, sprowadzone do roli drugoplanowej – jeśli określona stereotypowa czynność, przedmiot są istotą kontaktu seksualnego niezbędną do uzyskania podniecenia. Z kolei osoby dotknięte takimi parafiliami, jak fetyszyzm, transwestytyzm, sadyzm i masochizm seksualny, często czują się winne, przeżywają poczucie wstydu – co może prowadzić do ograniczenia kontaktów seksualnych, poczucia osamotnienia i stanów depresyjnych. W tej sytuacji celem terapii jest redukcja cierpienia spowodowanego odrzuceniem przez otoczenie, wzmacnianie pewności siebie i uzyskanie stabilności emocjonalnej – a w perspektywie umożliwienie pacjentowi akceptację parafilnych skłonności.

Zachowania perwersyjne mogą również występować jako symptom nerwicowy (rozumiany jako forma obrony pacjenta przed nieuświadomionymi treściami konfliktowymi). W takiej sytuacji może to być wskazaniem do długoterminowej psychoterapii psychodynamicznej.

Jednym z celów leczenia w przypadku tej grupy pacjentów jest poznanie perwersyjności pacjenta i połączenie jej z całością funkcjonowania chorego – aby można równocześnie pracować nad zaburzonym zachowaniem i innymi aspektami życia. Pacjenci często mają trudność w łączeniu objawów parafilii z doświadczanymi stanami emocjonalnymi, zdarzeniami. Rolą terapeuty w tej sytuacji jest pomoc w uświadamianiu powiązania pomiędzy objawem (zachowaniem perwersyjnym) a jego znaczeniem (funkcją) dla pacjenta, a w dalszej kolejności zamiana stosowanych mechanizmów obronnych na bardziej jego dojrzałe formy.

Czy możliwe jest całkowite wyleczenie?

Preferencje seksualne są względnie stałe – rzadko ulegają zmianie lub samoistnemu wygaszeniu. Osoby z rozpoznaniem parafilii zazwyczaj samoistnie nie są zainteresowane zmianą sytuacji z powodu doświadczania przyjemności. Większość osób zgłasza się po pomoc pod wpływem doświadczanej presji – ze strony najbliższego otoczenia (rodziny, małżonka), w obawie przed konsekwencjami prawnymi lub z powodu nakazu sądowego (w przypadku zachowań seksualnych, których realizacja jest zagrożona karą). Przeszkodą w leczeniu jest zaprzeczanie – przekonywanie, że parafilie nie stanowią już dla pacjenta problemu. Terapię utrudnia niechęć pacjentów do skupiania się na parafilii. Komplikuje ją także częste współwystępowanie zaburzeń preferencji seksualnych, (zwłaszcza tych obejmujących kontakty seksualne realizowane wbrew woli drugiej osoby) z innymi zaburzeniami – z kręgu zaburzeń osobowości, uzależnień od środków psychoaktywnych (alkoholu, narkotyków, leków). Poddanie się leczeniu istotnie zmniejsza częstotliwość podejmowania zachowań dewiacyjnych przez osoby z zaburzeniami seksualnymi o typie pedofilii.

Co trzeba robić po zakończeniu leczenia?

  1. Leczenie parafilii realizowanych pomimo braku zgody ze strony partnera (pedofilia, ekshibicjonizm, oglądactwo, ocieractwo)

Zakończenie leczenia każdorazowo powinno być ustalane z terapeutą. Częstym zjawiskiem w leczeniu parafilii przestępczych jest przedwczesne kończenie lub przerywanie terapii. Po jego zakończeniu – rozumianym jako ukończenie podstawowego cyklu programu terapii – zaleca się udział w  cyklicznych spotkaniach profilaktycznych.

W znaczącej liczbie przypadków istotne znaczenie dla rokowań leczenia ma utworzenie odpowiedniego systemu kontroli. Mogą stanowić je osoby z najbliższego otoczenia (rodzina, znajomi, sąsiedzi) zdające sobie sprawę z problemów pacjenta, które na jego prośbę wyrażą gotowość do informowania specjalistów, kuratorów o niewłaściwym lub podejrzanym zachowaniu chorego. Badania wskazują, że na pozytywne efekty terapii wpływa również korzystanie z pomocy grup wsparcia. W przypadku tej podgrupy pacjentów mogą to być grupy samopomocowe, na przykład Anonimowi Erotomani lub też inne wyspecjalizowane grupy terapeutyczne. Istotną rolę pełni w grupie samopomocowej osoba, z którą chory powinien zawrzeć porozumienie, iż na wypadek pojawienia się nasilenia dewiacyjnych fantazji i/lub pragnień ich realizacji będzie mógł się z nią skontaktować. Fakt możliwości wyjawienia dewiacyjnych pragnień może znacząco zmniejszyć ryzyko powrotu do zachowań przestępczych.

Specjaliści zajmujący się terapią sprawców przestępstw seksualnych wskazują na znaczącą skuteczność w procesie leczenia wyznaczenia i realizowania tzw. celów dążenia – obejmujących podnoszenie poziomu zadowolenia z życia, rozwijania własnych zainteresowań. W przeciwieństwie do sytuacji, kiedy chory koncentruje się przede wszystkim na unikaniu zagrożeń, co w dłuższej perspektywie może prowadzić do narastania frustracji i poszukiwania doznań dewiacyjnych, jako sposobu radzenia sobie ze stresem.

  1. Terapia parafilii – fetyszyzm, fetyszyzm transwestycyjny, masochizm seksualny, sadyzm seksualny

Zakończenie leczenia każdorazowo powinno być ustalane z terapeutą. Ponowny nawrót zachowań parafilijnych jest wskazaniem do konsultacji u specjalisty w celu ustalenia dalszego postępowania terapeutycznego.

mgr Wojciech Sroka, mgr Rafał Rutkowski
www.psychoterapia-rzeszow.pl

https://seksuologia.mp.pl/inne-zaburzenia/104163,zaburzenie-preferencji-seksualnych-parafinie-definicja-etiologia-leczenie

 

11006422_10203776033264626_8320139889849976365_n

 

Czytaj więcej ...
Czytaj mniej ...